To jest ciekawe co mówisz o Starhawk bo Wicca jest akurat przykładem czegoś co teoretycznie miało strukturę dla obu płci - Wielka Matka i Rogaty Bóg, kapłanka i kapłan, koło roku z obrzędami dla wszystkich. Ale w praktyce przynajmniej na Zachodzie zdominowały to kobiety i ten aspekt męski gdzieś umknął.
Mityczny aspekt Rogatego Boga w Wicca jest w sumie dość rozbudowany jeśli ktoś sięgnie głębiej. Cernunnos, Herne, Green Man - to są archetypy które mają własne rytuały w cyklu roku, szczególnie Beltane i Samhain. Problem że literatura Wicca skupia się głównie na perpsektywie kapłanki i Bogini, a aspekt męski jest często tłem.
Nie spotkałam polskiego wydania, ale angielski oryginał jest dostępny w wielu bibliotekach. przy okazji - czy ktoś wie czy ten aspekt Boga w Wicca jest jakoś rytualnie zaznaczony inaczej niż tylko przez jego symbolikę? Pytam bo wydaje mi się że to co opisujesz to raczej teologia niż praktyka.
Wracając na chwilę do Flowersa bo tamten wątek urwał się - jest też inna pozycja której nikt tu nie wymienił, czyli Jan Fries i jego "Helrunar" fries jest zupełnie innym podejściem niż Flowers, bardziej szamanistycznym, mniej ceremonialnym. I tam akurat ten aspekt męski jest bardziej wyraźny, bo model pracy z runami który opisuje wywodzi się bezpośrednio z Odina jako szamana, nie jako boga wojennego.
Czekajcie, bo nie wiedziałam o tym rozróżnieniu. Czyli historycznie był podział na praktyki meskie i kobiece w nordyckiej tradycji? To jest dokładnie odpowiedź na pytanie Mieszka z początku wątku - były rytuały dla mezczyzn, tylko nikt o tym tak nie mówi.
Czyli Odyn łamał własne reguły i wszyscy to wiedzieli? To trochę jak te legendy o szamanach którzy przekraczają granice płci żeby uzyskać dostep do większej mocy. W wielu tradycjach syberyjskich szamani-mężczyźni przybierali kobiece atrybuty właśnie w kontekście rytualnym. To nie był przypadek ani dewiacja, tylko celowe przekroczenie.
eee, galdr to akurat obszar gdzie materiał źródłowy naprawdę istnieje i jest po części dostępny. Eddaiczne zaklęcia, Ljóðatal w Hávamál - to jest konkretna lista osiemnastu zaklęć werbalnych przypisanych Odynowi. Nie jest to podręcznik krok po kroku, ale daje strukturę. I co ważne - to był śpiew, nie tylko słowa. Sposób wymawiania miał znaczenie.
Havamal to nie ta nordycka ksiega w której sa też praktyczne porady o życiu? Czytałem fragment chyba w internecie kiedys ale nie wiedziałem ze tam jest cos o rytuałach.
Przy okazji Hávamál - jest jedno tłumaczenie polskie, Arent w przekładzie Łukasiewicz, ale jest stare i rzadko dostępne. Nowsze angielskie przekłady z komentarzem są dużo lepsze dla kogoś kto chce rozumieć kontekst, nie tylko tekst. Jackson Crawford na youtube robi też dość przystępne omówienia jeśli ktoś woli słuchać.
To jest chyba najważniejsze pytanie w tym wątku. Bo możemy rozmawiać o historii i teorii w nieskończoność, ale jeśli na końcu okazuje się że dostęp do praktyki wymaga albo zamkniętej grupy, albo wieloletniego uczenia się martwego języka, to dla większości ludzi to jest martwy punkt. Ja szukkam czegoś co można zacząć robić, niekoniecznie perfekcyjnie, ale zacząć.
A co konkretnie rozumiesz przez "zacząć"? Bo to jest kluczowe. Jeśli pytasz o coś co możesz robić sam, bez grupy, to galdr jako forma śpiewu czy intonacji dźwięków runicznych jest dostępna. anthony Robb i Edred Thorsson piszą o tym w sposób który można zastosować praktycznie. Ale jeśli pytasz o rytuał z pełną strukturą ceremonialną to potrzebujesz albo grupy albo zbudowania własnego frameworku.
Wtrącę się bo mam trochę inne podejście do tego. ojej Zanim ktokolwiek wejdzie w konkretne tradycje - nordycką, celtycką, cokolwiek - warto zadać sobie pytanie dlaczego ta tradycja a nie inna. Bo jeśli ktoś sięga po galdr dlatego, że akurat obejrzal serial o wikingah, to jest inny punkt wyjścia niż jeśli sięga po to z głębszego powodu. I to nie jest ocena, tylko praktyczna obserwacja - zakorzenienie w tradycji wymaga jakiegoś pokrewieństwa z jej logiką.
Rekonstrukcjoniści nordyccy są podzieleni w tej kwestii i to podzielenie jest głębsze niż się wydaje. Część organizacji jak Ásatrú Folk Assembly stoi na pozycji że tradycja jest związana z dziedzictwem etnicznym. Inne jak The Troth mają zupełnie inną pozycję - że bogowie wzywają kogo chcą. Te dwa obozy naprawdę się nie lubią i dyskusja między nimi bywa ostra. Ale to jest problem organizacyjny i polityczny nie duchowy. Teksty źródłowe nic takiego nie mówią.
To jest ważne co mówisz bo często te debaty polityczne w środowiskach zasłaniają sam temat. Ktoś kto szuka rytuałów dla siebie natrafia na wojnę frakcyjną i odpuszcza. To jest kolejny powód dlaczego ten materiał jest trudno dostępny - nie dlatego że go nie ma, ale dlatego że jest otoczony sporami które nie mają nic wspólnego z samą praktyką.
Słyszałam kiedyś że w słowiańskim kontekście jest też coś związanego z pierunami i drzewami, jakieś obrzędy przy dębach. Ale nie wiem na ile to jest potwierdzone historycznie a na ile to jest późniejsza rekonstrukcja albo wręcz wynalazek. Czy ktoś wie coś więcej o tym?
Dlugosz to ten historyk co opisywał dzieje Polski? nie wiedziałem ze też pisał o rytuałach. eh to w ogóle wiarygodne źródło czy traktatowac go jak coś w stylu plotek?
Zastanawiam się czy w tym słowiańskim wątku nie zgubiliśmy trochę pierwotnego pytania Mieszka. Bo on pytał o dostępność materiałów dla mężczyzn w ogóle, a my coraz bardziej wchodzimy w debatę źródłoznawczą. Może warto zapytać inaczej: czy są rytuały słowiańskie które miały wyraźnie męski wymiar i które da się dziś w jakiś sensowny sposób stosować?
o matko, A co z tradycjami które nie są martwe? Tzn. czy nie ma żywych tradycji słowiańskich które przetrwały w jakiejś formie, może w folklorze wiejskim w kalendarzu rolniczym? Bo rozumiem że kodeks rytualny zaginął, ale może są jakieś praktyki które zachowały się przez przekaz?
Wchodzę w ten wątek bo mam inne zdanie na temat rekonstrukcji. Problem nie polega na tym że materiału nie ma - polega na tym że jest rozproszony i niezestawiony. Aleksei Andreev i Galina Kraskoska pisali o słowiańskich praktykach inicjacyjnych dla mężczyzn jest literatura rosyjska i ukraińska której prawie nikt tu nie czyta bo nikt nie zna języka. czeska i słowacka etnografia też ma swoje zasoby. To nie jest tak że wiedza nie istnieje - ona po prostu nie jest dostępna po polsku ani angielsku.
Czyli podsumowując kilkadziesiąt postów tej dyskusji: materiał jest, ale jest albo nieprzetłumaczony, albo rozproszony w akademickich publikacjach, albo za murem zamkniętych grup. To trochę frustrujące bo mam wrażenie że po stronie żeńskiej tej ezoteryki - nie mówię że to źle - powstały całe ekosystemy z kursami, podcastami, blogami, dostępnymi rytuałami miesiąca 🙂 A dla mężczyzn mamy Thorssona w oryginale i kilka wzmianek w kronikach.
Ten kontrast który opisujesz jest realny i myślę że ma kilka warstw przyczyn. Jedna z nich to po prostu rynek - współczesna ezoteryka jako przestrzeń komercyjna zbudowała się głównie na grupie odbiorczej kobiet w wieku 25-45. Twórcy treści idą za tym rynkiem. Ale jest też głębsza warstwa: duża część współczesnej duchowości zachodniej - New Age, Wicca, neopogaństwo - wyrosła z feministycznego odrodzenia lat 70. i 80. Bogini, cykle księżycowe, kobiece misteria - to jest rdzeń tyh tradycji. Tradycje bardziej zorientowane na męskie doświadczenie istniały równolegle, ale były mniejsze i mniej medialne.
no, żelazny Jan Bly'a to jest ta książka o baśni, prawda? Czytałam dawno temu i pamiętam że był tam wątek o inicjacji przez las i spotkanie z dzikim mężczyzną jako archetypem. Ale masz racje że to było bardziej psychologia Jungowska niż rytuał. Zbyt mało konkretnych praktyk.
Wchodzę trochę z boku, przepraszam że dopiero teraz, ale czytałam cały wątek. Czy ktoś z was zetknął się z tym co robi David Abram albo Martin Prechtel? Prechtel to antropolog który uczył się u Majów Tzutujil i napisał kilka książek o inicjacji i rytuale. On mówi wprost o tym że współczesny świat zachodni stracił rytuały przejścia dla mężczyzn i że to ma konkretne konsekwencje psychologiczne i społeczne. Nie jestem pewna czy to jest odpowiedź na pytanie Mieszka, ale wydaje mi się że idzie w podobnym kierunku.
Ale czy zawsze potrzebny jest nauczyciel? pytam serio, bo rozumiem argument że tradycja wymaga przekazu, ale czy nie jest tak że większość z nas nie ma dostępu do żadnego nauczyciela żadnej tradycji i mimo to jakoś działła? Gdzie jest granica między czymś co wymaga inicjacji a czymś co można zacząć samemu?
Zgadzam się z Zielarzem w kwestii podziału ale dodałbym jedno: sam start bez nauczyciela jest możliwy pod warunkiem że człowiek jest uczciwy wobec siebie co do tego co robi. Jeśli wiem że robię osobistą praktykę medytacyjną inspirowaną galdr, a nie nordycki rytuał z inicjacją - to jest uczciwe i może być wartościowe. Problem zaczyna się kiedy ktoś udaje że tamto i to jest tym samym.
To chyba jest dla mnie użyteczne rozróżnienie. Nie szukam inicjacji ani przynależności do grupy, przynajmniej nie teraz. szukam czegoś co mogę robić regularnie, co ma jakiś fundament historyczny albo tradycyjny, i co ma wyraźny wymiar intencji a nie tylko ćwiczenie. Czy na tym poziomie - praktyka solowa, regularna, z sensem - ktoś może powiedzieć co konkretnie robił i jak to wyglądało w praktyce?
Ja powiem o swoim doświadczeniu choć jestem kobietą, więc nie wiem na ile to odpowiada na twoje pytanie. Pracuję z runami regularnie od kilku lat i to co dało mi największą ciągłość to nie konkretny rytuał który przeczytałam w książce, tylko własny system który wypracowałam metodą prób. Zaczynam od czegoś prostego - intonacja runy, cisza, zapis. Z czasem to się rozbudowało. Nie twierdzę że to jest historycznie autentyczne, ale jest moje i ma głębię którą czuję. Może dla mężczyzn szukających czegoś własnego to jest właśnie punkt startowy - nie gotowy rytuał ale własne pytanie do tradycji?
