To co Wieszczka mówi o szczerości - bardzo to czuję. Czasem przy ludziach nie można być do końca szczerym, bo albo się oceniają, albo martwią, albo coś chcą naprawić. A kamień milczy. Mój ametyst nic nie ocenia. I może właśnie dlatego przy nim łatwiej jest dotknąć czegoś prawdziwego.
Novaria ma punkt. To jest napięcie między przestrzenią bez oceny a przestrzenią bez korekty. I chyba nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Znam osoby które wyszły z bardzo ciężkich rzeczy w absolutnej samotności rytualnej, i znam takie dla których właśnie brak konfrontacji z drugim człowiekiem był częścią problemu. To znowu wraca do tego pytania Novarii z wcześniej - skąd wiadomo co jest potrzebne.
Może to brzmi zbyt prosto, ale - czy można to sprawdzić na małą skalę? Czyli zanim ktoś 'wejdzie' w jakiś rytuał na poważnie, robi coś drobnego, obserwuje jak reaguje. Czy potrzebuje powiedzieć komuś o tym co zrobił, czy wystarczy że wie sam. To może być sygnał w którą stronę iść.
Zorza właśnie o to mi chodzi z tą bliską osobą. Nie chcę jej narzucać niczego, ale zastanawiam się czy jest jakiś sposób żeby delikatnie coś zaproponować, nie używając w ogóle słowa 'rytuał'. Bo to słowo dla niej jest z góry skazane.
To co Konwalia opisuje to jest właściwie to co w antropologii nazywa się rytuałem inkorporacji - wbudowanie nowej struktury w codzienność bez teatralnego oznaczenia 'teraz zaczyna się rytuał'. I może dla osób które mają duży opór wobec całej tej sfery to jest jedyna droga. Mam tylko pytanie do Judytki - czy ta bliska osoba w ogóle ma kogoś kto mógłby przy tym być, czy jest raczej sama?
To co Ewaryst opisuje jako rytuał inkorporacji - mam wrażenie że to działa właśnie dlatego że omija opór. Bo opór często jest językowy. Jak ktoś słyszy 'rytuał', 'duchowość', 'intencja' - automatycznie się zamyka. A jak zaproponujesz herbatę o tej samej porze, to nie ma przed czym stawiać muru.
Zatrzymuję się na tym co Judytka mówi o autonomii. Bo to brzmi znajomo - uzależnienie często idzie w parze z bardzo silną potrzebą kontroli nad własnym życiem, przynajmniej w narracji. I może dlatego rytuał który ktoś narzuca z zewnątrz nie może zadziałać, nawet jeśli jest mądrze pomyślany. Musi być jakiś element własności.
Ten zeszyt Konwalii - czy to jest coś w stylu dziennika wdzięczności, czy coś zupełnie innego? Bo słyszałam o różnych podejściach do pisania jako praktyki i zastanawiam się co konkretnie ona tam robiła, bo to może mieć znaczenie.
To co Konwalia opisuje - to jest coś czego nie doceniamy przy tych wszystkich rozważaniach o głębi i symbolice. Punkt końcowy dnia. Uzależnienie bardzo często rozbija czas, nie ma już naturalnych granic między dniem a nocą, między 'teraz' a 'potem'. I rytuał - nawet ten zeszytowy - przywraca te cezury. Dzień ma koniec, jest po nim coś małego i własnego.
Stefcia dotknęła czegoś istotnego jeśli chodzi o czas. Van Gennep pisząc o rytuałach przejścia mówił o separacji, liminalności i inkorporacji - ale jest też wymiar który często się pomija, mianowicie rytm. Rytuał ustanawia rytm, a rytm jest formą czasu. Przy uzależnieniu zegar przestaje działać normalnie - substancja go zastępuje. Czy ktoś ma doświadczenie z tym jak konkretnie przywracało się ten rytm?
Słucham o tym punkcie zerowym i myślę o kamieniach - bo dla mnie mój ametyst też pełnił trochę taką rolę. Rano brałam go w dłonie i to był moment 'teraz zaczyna się ten dzień'. Nie odmawiałam żadnej modlitwy, nic nie mówiłam. Po prostu on, moje dłonie, chwila. I jakoś to działało jako reset.
Poczekajcie - Polcia mówi o Grekach i ametyście, to jest ciekawe. Bo 'amethystos' po grecku dosłownie znaczy 'nieupojony'. Czyli kamień miał nazwę od tej funkcji. To nie jest przypadkowe skojarzenie - to był świadomy wybór kulturowy, który przetrwał wieki. I może właśnie dlatego takie skojarzenia działają - bo mają za sobą długą historię zbiorowej intencji.
Ale czy to nie jest trochę za proste? Że 'ważne że działa'? Mam wrażenie że jeśli nie rozumiemy dlaczego coś działa, to nie wiemy też kiedy przestanie działać albo dlaczego nie zadziała u kogoś innego. Zwłaszcza w kontekście uzależnienia, gdzie stawki są wysokie.
Zorza pyta o coś co mnie bardzo dotyczy w sytuacji z bliską osobą. Bo ona teraz nie jest w stanie 'wybrać' w takim pełnym sensie. Więc może na początku to jest rola otoczenia - przygotować warunki, żeby wybór był możliwy. Nie wybrać za nią, ale sprawić żeby miała z czego wybrać.
Metafora Konwalii z glebą jest trafna i nie jest tylko poetycka - w literaturze klinicznej mówi się o 'enabling environment', czyli środowisku umożliwiającym. Ale jest jeden niuans który chcę tu zaznaczyć: przygotowanie gleby przez otoczenie to nie to samo co sadzenie cudzego nasiona. Ryzyko polega na tym że rodzina albo bliscy zaczynają układać rytuały za osobę uzależnioną z myślą 'to jej pomoże' - i wtedy nawet najlepiej zaprojektowany rytuał staje się kolejnym miejscem gdzie ktoś inny decyduje. Pytanie do Judytki: czy ona wie że chcesz coś przygotowywać? Czy to dzieje się za jej wiedzą?
Judytka - to drugie co mówisz jest ważne i nie myśl że to umniejsza to co robisz. Rytuały otoczenia mogą być dla siebie nawzajem. Ty palisz świecę nie żeby ją zmienić, tylko żeby siebie utrzymać w gotowości, w spokoju, w intencji. To też jest coś. Mnie bardzo pomogło zrozumienie że dbanie o siebie w trudnej sytuacji rodzinnej to nie egoizm - to warunek żeby w ogóle być obok.
Pelagia ma rację że to dwa wątki, ale one się naprawdę splatają. Uzależnienie nigdy nie dzieje się tylko w jednej osobie - całe otoczenie zmienia swój rytm, swoją strukturę. I jeśli pytamy o rytuały jako o przywracanie porządku, to ten porządek jest zawsze wspólny. Chociaż przyznam że od jakiegoś czasu myślę że może najtrudniejszy moment to nie głęboki dół uzależnienia, tylko ta szara strefa przed podjęciem decyzji o zmianie - i właśnie tam rytuały mogą mieć jakieś wejście.
Stefcia mówi o szarej strefie i to mnie zastanawia - bo zwykle myślimy o rytuałach jako o czymś co wspiera proces który już trwa. Trzeźwienie, wychodzenie z nałogu. Ale czy rytuał może być tym co inicjuje decyzję? Czy ktoś zna przykład gdzie to nie terapia, nie dno, nie rodzina - ale właśnie jakiś rytuał był tym co uruchomiło zmianę?
Konwalia - czy ona o tym mówiła wprost, że tak to rozumie, czy to jest twoja interpretacja po fakcie? Bo zastanawiam się jak często my - obserwatorzy - przypisujemy znaczenie gestom które dla samej osoby były neutralne, i czy to nasze znaczenie jakoś na nią wraca.
To co Konwalia opisuje z tym zobowiązaniem przez przedmiot - czy to nie jest trochę podobne do ślubowania? W sensie że akt wyboru i posiadania czegoś staje się obietnicą złożoną sobie samemu? Pytam bo myślę o tym jak różne tradycje używają przedmiotów właśnie w tym celu - różaniec, mala, talizman - żeby zobowiązanie miało formę fizyczną.
Zorza to bardzo dobrze to ujęła. Mój ametyst był trochę właśnie tym - nie wiedziałam wtedy że starożytni przypisywali mu tę symbolikę, ale jakby instynktownie szukałam czegoś co będzie świadkiem. Co będzie wiedzieć. Brzmi irracjonalnie, ale teraz myślę że ten irracjonalny element był potrzebny. Racjonalna część mnie umiała się wykręcić z każdego zobowiązania. Kamień nie.
To co Pelagia i Polcia opisują ma swoje odbicie w koncepcji 'commitment devices' w psychologii behawioralnej - czyli mechanizmów które celowo ograniczają przyszłe możliwości wyboru. Ale w kontekście rytuału jest jeszcze jeden wymiar: przedmiot świadek istnieje poza dyskursem wewnętrznym. Kiedy kłócisz się z sobą, przedmiot po prostu jest. I ta obojętność kamienia na twoje tłumaczenia może być paradoksalnie stabilizująca. Ale Polcia - czy w momencie kiedy dowiedziałaś się o tej greckiej etymologii, coś się zmieniło w tym jak go trzymałaś?
Polcia mówi o zaufaniu do własnej intuicji przez potwierdzenie historyczne - i to jest coś o czym rzadko się mówi przy pracy z rytuałem. Że czasem potrzebujemy zewnętrznego lustra żeby uwierzyć w to co sami już wiedzieliśmy. To nie jest słabość, to chyba po prostu ludzkie. Mnie też kiedyś jedno zdanie przeczytane przypadkowo dało mi pewność że to co robię ma sens.
Ale jest tu coś co mnie niepokoi - czy nie budujemy całej rozmowy na przypadkach które się udały? Polcia miała ametyst i wyszła z trudnego okresu. Koleżanka Konwalii miała zeszyt i też. Ale ilu ludzi miało talizmany, rytuały poranne, kamienie - i to nic nie zmieniło? Nie pytam złośliwie, pytam serio, bo jeśli mówimy o uzależnieniu to confirmation bias tu może być bardzo kosztowny.
Novaria i Stefcia - to mnie trochę studzi i dobrze. Bo chyba szukałam tu jakiejś pewności której nie ma. Że jeśli zrobię to i to, to ona się zmieni. A tego nie ma. Zostaje pytanie czy w ogóle jest sens próbować z rytuałami jako czymś towarzyszącym - i chyba tak, ale bez gwarancji i bez myślenia że to jest 'rozwiązanie'. Bardziej... obecność w procesie.
Zorza pyta o tradycje - jest kilka miejsc gdzie można szukać. Japońska koncepcja 'kata' w różnych formach praktyk to jeden przykład - rytuał jako doskonałość formy niezależnie od wyniku. Stoicy mieli swoje codzienne ćwiczenia duchowe które Marcus Aurelius opisuje w Rozmyślaniach - nie po to żeby osiągnąć cel, ale żeby utrzymać siebie w określonym stanie. I chyba właśnie to jest najuczciwszy ramowy dla pytania z tytułu tego wątku: rytuał nie leczy uzależnienia, ale może być jedną z form w której człowiek utrzymuje kontakt ze sobą w czasie kiedy to połączenie jest najbardziej zagrożone.
To napięcie które Ewaryst nazywa - między formą a oczekiwaniem - myślę że jest obecne w tym wątku od samego początku, tylko nikt tego tak nie ujął. Bo Judytka pisała że szuka pewności. Polcia szukała świadka. Konwalia opisywała zobowiązanie. To są trzy różne oczekiwania wobec rytuału i żadne z nich nie jest 'bez oczekiwań'. Czy w ogóle jest możliwe żeby osoba uzależniona albo jej bliski podchodził do rytuału z postawą kata?
