Ale właśnie tu bym się zatrzymała - bo jeśli rytuał jest wykonywany z ogromnym ładunkiem oczekiwań, to co się dzieje kiedy te oczekiwania nie są spełniane? To jest pytanie które chyba dotyczy uzależnienia bezpośrednio. Osoba która wychodzi z nałogu i ma za sobą dziesiątki złamanych obietnic - jak ona reaguje na kolejne rozczarowanie, nawet jeśli pochodzi ono z rytuału a nie z substancji?
Pelagia dotknęła czegoś ważnego i myślę że to jest jedno z najtrudniejszych miejsc w tym temacie. W uzależnieniu jest już tyle historii rozczarowań - ze sobą, z innymi, z próbami - że kolejna rzecz która 'nie zadziałała' może być bardzo obciążająca. Z drugiej strony są ludzie którzy opisują że właśnie małe codzienne gesty - zapalenie świecy, zapis w zeszycie - były czymś co się dało powtórzyć nawet po upadku. Nie wymagało od nich nienaganności żeby mieć sens.
Moja koleżanka miała ten moment kiedy po nawrocie wróciła do zeszytu. I nie napisała że znowu zaczyna od początku, tylko po prostu wpisała datę i jedno zdanie. To chyba jest ta różnica - że rytuał który nie wymaga od ciebie że byłeś dobry, że nie padłeś, że trzymałeś się - jest inny niż rytuał który jest nagrodą za czystość. Nie wiem jak to ująć inaczej.
To co opisuje Konwalia z tym zeszytem jest bardzo konkretne i mnie coś kłuje - czy to nie jest po prostu dobry dziennik terapeutyczny? W sensie - jaką rolę odgrywa tu ezoteryka, intencja, rytuał, a jaką rolę odgrywa po prostu pisanie? Bo terapeuci od lat polecają dzienniki i journaling przy wychodzeniu z uzależnień i to ma dość dobrze zbadane podstawy. Gdzie jest granica?
Pytanie Novarii jest zasadne i nie ma sensu go omijać. Jest badanie z 2019 z Journal of Substance Abuse Treatment które pokazało że rytuały strukturyzujące dzień - niekoniecznie religijne, ale powtarzalne, intencjonalne - wspierają abstynencję przez redukcję impulsywności w momentach stresu. Autorzy nie badali czy rytuał był 'magiczny' czy nie. Badali czy był powtarzalny i znaczący dla osoby. To trochę odpowiada na pytanie gdzie jest granica - może jej nie ma, albo jest płynna.
Czytam tę wymianę o badaniu i myślę sobie że może to w ogóle nie jest pytanie o to czy rytuał działa przez mechanizm ezoteryczny czy psychologiczny. Dla mnie ważniejsze jest to co Konwalia opisała - że zeszyt czekał i nie oceniał. Że można było wrócić. Czy jakikolwiek rytuał przy uzależnieniu powinien mieć tę właściwość - że nie zamyka się po jednym upadku?
Judytka mówi o czymś co mnie uderzyło bo sama o tym nie myślałam w ten sposób. Rytuał który karze za nieregularność jest chyba najgorszym co można zaproponować komuś w uzależnieniu. Bo nałóg sam w sobie już jest cyklem obietnic i złamań. Dobry rytuał powinien być odporny na przerwy - nie tracić sensu dlatego że ktoś go nie wykonał przez miesiąc. Czy to jest w ogóle możliwe przy rytuałach które mają jakąś sekwencję, powtarzalność jako warunek?
