Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co trudno mi jednoznacznie nazwać. Wychowałem się w domu, gdzie pewne rzeczy robiło się bez pytania dlaczego. Babcia zamiatała od progu do środka, nigdy odwrotnie. Mama nie wynosiła śmieci po zmroku. Dziadek nie siadał na progu. Nikt tego nie tłumaczył, po prostu tak się robiło i tyle. Teraz, kiedy sam prowadzę dom, zaczynam się zastanawiać co z tym zrobić. Bo z jednej strony wiem już trochę więcej o tym, skąd te zwyczaje mogły się wziąć, z drugiej strony część z nich robię nadal, bo... no, bo tak czuję, że trzeba. Ale czy robiąc je bezwiednie, bez żadnej intencji, bez rozumienia co za tym stoi, mam w ogóle prawo mówić że to praktyka? Czy to nie jest tylko nawyk? Chciałem zapytać, bo widzę że dużo osób tu ma podobne tło, mieszanka tradycji domowej z tym, czego się samemu szukało. Jak wy to rozgraniczacie?
To jest akurat pytanie, które siedzi mi w głowie od lat. U mnie w domu było podobnie, te wszystkie rzeczy które się robiło bo babcia robiła, bo mama robiła. I długo miałam z tym problem, bo jak zaczęłam świadomie pracować z rytuałem, to poczułam że te stare nawyki mi przeszkadzają, że są takim szumem w tle. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że to nie jest tak że jedno wyklucza drugie. Nawyk który jest nieświadomy nie musi być pusty, ale też nie musi cokolwiek robić jeśli go nie czujesz. Pytanie brzmi dla mnie inaczej, nie czy masz prawo to nazywać praktyką, ale czy chcesz to świadomie przejąć, czy zostawić jako kulturowy relikt. Bo to są zupełnie różne decyzje.
To zamiatanie od progu do środka to ciekawy szczegół, bo słyszałem to w różnych domach, ale za każdym razem z innym wytłumaczeniem. Jedni mówili że chodzi o to żeby nie wymieść szczęścia, inni że żeby zbierać energię do wnętrza a nie na zewnątrz, jeszcze inni że to po prostu higiena symboliczna, żeby brudu z zewnątrz nie wnosić głębiej. I teraz ciekawe jest to, że te wytłumaczenia są często sprzeczne ze sobą. Więc co tak naprawdę ta babcia robiła? Którą warstwę dziedziczymy, jeśli wytłumaczeń jest pięć różnych?
Ta szklanka wody przy oknie to u nas też była. Mama mówiła że woda w nocy zbiera złe myśli i rano się ją wylewa za próg, nie do zlewu. Ale nigdy nie wiedziałam że to może być coś więcej niż taki przesąd. Czy ktoś wie skąd to pochodzi dokładnie? Pytam bo moja córka śmieje się że to zabobony, a mnie jakoś głupio teraz to robić przy niej, choć robiłam przez całe życie.
Ta praktyka ze szklanką wody ma bardzo szerokie korzenie i nie jest wyłącznie słowiańska. W tradycjach afrokubańskich, szczególnie w Santerze i Espiritismo, woda w naczyniu przy wejściu albo przy oknie to standard, tam mówi się że duchy potrzebują wody żeby się oczyścić zanim wejdą w kontakt z żywymi. W tradycji żydowskiej jest coś podobnego, mayan, czyli woda do rytualnego mycia rąk rano, z ideą że noc przynosi pewien rodzaj nieczystości rytualnej. W wielu kulturach azjatyckich woda przy oknie to ofiarowanie dla duchów przodków. Więc ta babcia Krysi, ta babcia Kornelii, prawdopodobnie nie wiedziały tego wszystkiego, ale robiły coś co jest częścią bardzo starych, niezależnie wykształconych wzorców. To nie czyni tego zabobonem, to raczej pokazuje że coś w tym działa na poziomie który przekracza konkretną kulturę.
Muszę się tu wtrącić, bo to jest temat który ostatnio mocno mnie absorbuje. Ta kwestia z szałwią pojawia się na każdym forum i zawsze jest ta sama dyskusja, appropriacja czy nie, działa czy nie. Ale mnie bardziej interesuje co jest alternatywą dla kogoś kto nie ma słowiańskiej tradycji dymu, a chce coś takiego robić. Bo dym z ziół do oczyszczania przestrzeni to nie jest wynalazek wyłącznie rdzenny. Europejska tradycja pełna jest takich praktyk, jałowiec palono w domach żeby odpędzić chorobę, gałązki tarniny dymiono w oborach, dziurawiec suszono i zawieszano nad drzwiami. To wszystko było żywe jeszcze sto lat temu i teraz niemal zapomniane.
To jest bardzo ważna uwaga i pokazuje jak lokalne są te tradycje nawet w obrębie jednego kraju. Jałowiec jako roślina pogrzebowa to głównie tradycja z pewnych regionów, ale jednocześnie w innych miejscach, szczególnie na wsi, palono go regularnie zimą żeby odpędzić chorobę z obejścia, szczególnie od zwierząt. Dzwon roku był w Polsce znacznie bardziej zniuansowany niż nam się teraz wydaje. Mamy tendencję do szukania jednej, czystej słowiańskiej tradycji, a jej nie było. Były tradycje, różne, nakładające się na siebie, zmieniane przez chrześcijaństwo, potem przez socjalizm, potem przez globalizację. Każda babcia miała swoją wersję.
Może głupie pytanie, ale skoro te tradycje były tak różne i tak lokalne, to jak w ogóle wiadomo co jest autentyczne, a co wymyślone w ostatnich latach i sprzedawane jako starożytna mądrość? Bo ja jak szukam w internecie to widzę albo bardzo akademickie artykuły, albo sklepy ezoteryczne które wszystko sprzedają jako coś pradawnego. I nie wiem jak to odróżnić.
To zdanie o tradycji która zaczyna się przy pierwszym razie to jest coś o czym myślę od jakiegoś czasu. Bo z jednej strony jest w tym coś wyzwalającego, z drugiej strony widzę że to może być też furtka do samookłamywania się. Jeśli każda wymyślona praktyka jest równie dobra bo kiedyś ktoś też wymyślił to co uznajemy za starożytne, to na jakiej podstawie w ogóle rozróżniamy co ma sens a co nie? Nie mówię że tradycja to jedyne kryterium, ale jakieś kryterium musi być.
Zastanawiam się czy to musi być aż tak skomplikowane. Ja nigdy nie analizowałam tych rzeczy które robiłam, po prostu robiłam i jakoś mi to pomagało, dom był w porządku, rodzina zdrowa. Może za dużo myślimy? Moja sąsiadka co jest ze wsi mówi że jak zaczynasz rozkminiać to gubisz serce, a bez serca to i tak nic nie działa.
To jest naprawdę ważna obserwacja i ma swoje odzwierciedlenie w tradycyjnych podejściach do przestrzeni mieszkalnej. W wielu kulturach orientacja domu i liczba wejść determinowała rodzaj ochrony i praktyk. W starych polskich wsiach sama architektura była zsynchronizowana z logiką ochrony przestrzeni, stajnia w określonym miejscu, studnia w innym, sad za domem a nie przed. Te układy nie były przypadkowe. Teraz mieszkamy w domach projektowanych pod inne kryteria i próbujemy nałożyć na to praktyki które powstały w innej geometrii.
Ja mam takie samo odczucie z pewnym domem znajomych, i zawsze sie zastanawiam czy to jest kwestia praktyk czy po prostu charaktery ludzi którzy tam mieszkają. Bo może ta atmosfera w domu mamy Krysi była efektem jej osobowości a nie rytuałow? Trudno to rozdzielić.
Słuchajcie, przyszło mi do głowy pytanie które może brzmieć naiwnie, ale jednak zapytam. Mówimy o rytuałach w kontekście przestrzeni domowej, o dziedziczeniu, o obecności i tak dalej. Ale czy ktoś z was miał taką sytuację że zaczął robić jakieś praktyki w domu i ktoś z rodziny, może starszy, powiedział że to robił błędnie albo że coś popsuł? Pytam bo zastanawia mnie jak to wygląda kiedy te dwa światy się zderzają.
Słuchajcie, przyszło mi do głowy pytanie które może brzmieć naiwnie, ale jednak zapytam. Mówimy o rytuałach w kontekście przestrzeni domowej, o dziedziczeniu, o obecności i tak dalej. Ale czy ktoś z was miał taką sytuację że zaczął robić jakieś praktyki w domu i zamiast poczuć się lepiej, poczuł się gorzej albo bardziej niespokojnie? Bo zastanawiam się czy to jest możliwe żeby coś zrobić "nie tak" i czy w ogóle ma to znaczenie.
Hej, a powiedzie mi ktoś - te obszary spokojne to powinny być konkretne pomieszczenia czy to może być ogólna zasada w jednym pokoju? Bo mieszkam w kawalerce i nie bardzo mam jak rozdzielić przestrzenie. Albo to bez sensu w takim układzie?
Dla mnie praktycznie tak, liczy się efekt. Ale rozumiem że dla kogoś kto chce budować spójną praktykę, a nie tylko zbiór trików które gdzieś działały, rozumienie mechanizmu jest ważne. Inaczej nie wiesz co modyfikować jak coś przestaje działać.
Ta rozmowa o tym że dom "wie" coś jest dla mnie osobiście najtrudniejsza do przyjęcia, bo z jednej strony to rozumiem jako metaforę tego co sami projektujemy w przestrzeń, a z drugiej część mnie myśli że może nie jest to tylko metafora. Nie wiem jak to poukładać.
A ja mam inne pytanie może trochę z boku, ale właśnie czytam ten wątek i mnie nurtuje - te wszystkie praktyki które opisujecie, progi, narożniki, strefy, to brzmi jak coś specyficznie polskiego albo słowiańskiego. A czy ktoś z was próbował rzeczy które mają inne korzenie i czy to w ogóle miało sens w polskich realiach? Pytam bo czasem widzę takie przepisy z twitterowych kont i nie wiem czy to jest coś spójnego czy tylko estetyka.
Słucham tej wymiany i zastanawiam się czy "działanie" i "znaczenie" to nie są dwa zupełnie różne poziomy oceny praktyki. Można coś robić skutecznie nie rozumiejąc dlaczego. Można też coś doskonale rozumieć i nie mieć żadnego efektu. Te dwa wymiary nie muszą iść razem, i myślę że dużo zamieszania w dyskusjach o rytuałach bierze się z tego że mieszamy te dwa kryteria.
To pytanie Edka kłuje mnie od dawna i nie mam dobrej odpowiedzi. Może intencja? Może kontekst w głowie w momencie wykonywania? Albo może naprawdę nie ma granicy i rytuał to tylko nawyk któremu przypisaliśmy wagę. Nie wiem czy to mnie uspokaja czy niepokoi.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam wrażenie że kłócicie się o poziomy wyjaśnienia a nie o fakty. Dla mnie pytanie które jest tutaj naprawdę istotne to nie "dlaczego to działa" tylko "jak utrzymać żywość praktyki gdy robi się ją regularnie przez lata". Bo to jest problem który pojawia się gdy rytuał wychodzi z fazy odkrywania i wchodzi w codzienność. Wtedy staje się właśnie tym nawykiem o którym mówi Mistika i nie wiem czy to jest nieuniknione.
Wracam tu do wątku Krysi bo to mnie nie puściło. Ona mówi o domu który "oddycha" i to jest dla mnie konkretniejszy opis niż większość definicji które znam. Ale co to znaczy praktycznie, jak rozpoznajesz że dom oddycha albo nie oddycha? Pytam bo sam nie jestem pewien czy wiem jak to ocenić we własnym miejscu.
Czytam tę rozmowę i chcę zapytać o coś konkretnego. Mówicie o wejściu, progu, pierwszych krokach. A co z resztą domu? Kuchnia, sypialnia, łazienka to różne miejsca z różnymi funkcjami. Czy te rytuały progowe dotyczą też przejść wewnątrz domu czy tylko głównego wejścia?
I tu jest coś co mnie od początku tego wątku ciągnie. Czy te praktyki które "odkrywamy sami" to przypadek, jakieś szczątkowe kulturowe DNA które nosimy bez wiedzy, czy może coś co po prostu jest logiczne przestrzennie i każdy do tego dochodzi niezależnie? Nie wiem co wolę, że to jest zakorzenione w czymś zbiorowym, czy że jest to po prostu zdrowy rozsądek przestrzenny.
To z piątkiem jest ciekawe bo w różnych tradycjach piątek miał specyficzny status, nie zawsze negatywny, ale jako dzień przejścia lub zmiany. W kontekście snu i sypialni zakaz zmiany pościeli w piątek mógł być związany z tym żeby nie otwierać przestrzeni na zmianę energetyczną akurat wtedy. Ale to jest moja interpretacja, nie wiem jak to było uzasadniane pierwotnie.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie może naiwne. Wy mówicie do przestrzeni jak do kogoś kto słucha. Ja rozumiem że to jest metafora albo że jest jakaś tradycja za tym. Ale kiedy mówicie że "przestrzeń wie" albo że "uzgadniasz z domem", to naprawdę tak o tym myślicie? Tzn. dom jako ktoś?
U nas w domu łóżko stało tak że głowa była akurat na północ i jakoś nikt z tego powodu nie robił problemów. Babcia miała inne rytuały związane z sypialnią, ale o kierunku nie wspominała. Może to był element który gdzieś po drodze zaginął w naszej rodzinie?
