Wchodzę z trochę innej strony. Moja znajoma ma OCD i jej terapeuta bardzo ostrożnie podchodzi do rytuałów, bo mówi, że u niej każdy rytuał ma tendencję do stawania się kompulsją. Więc pytam - czy jest w ogóle coś, co można bezpiecznie zaproponować komuś, kto ma już tendencję do kompulsyjnego powtarzania? Bo to chyba nie jest ta sama kategoria co to, o czym tu rozmawiamy.
dobra ale "świadoma bezcelowość" to brzmi jak oksymoron, co? Czyli jednak mam cel - chcę być bez celu. To się trochę samo zjada w ogonie, nie?
Słuchajcie, moim zdaniem za bardzo filozofujecie. Rytuał to rytuał - ma strukturę, symbole, intencję. Jeśli ktoś siada i oddycha bez żadnego celu, to medytuje, nie robi rytuału. Mieszacie pojęcia i dlatego potem nie wiadomo, o czym w ogóle rozmawiamy.
mam pytanko bo trochę zgubiłam watek. jak ktoś mówi o rytuałach "bez oczekiwania rezultatu" a jednocześnie wiemy że rytuał może mieć efekt kojący - to czy samo oczekiwanie kojenia nie jest już oczekiwaniem rezultatu? tzn czy nie wpadamy w ten sam kołek, tylko z mniejszym efektem na końcu?
Słucham tej rozmowy i mam takie boczne pytanie: czy wy w ogóle mówicie o tym wewnętrznie w trakcie rytuału? Tzn czy jest jakaś wewnętrzna narracja, komentarz, coś, co się dzieje w głowie? Bo ja jak robiłam coś regularnie, to po jakimś czasie głowa milkła i to był dla mnie sygnał, że jestem w rytuale, a nie obok niego. Ale nie wiem, czy to jest doświadczenie innych.
Dobra, chcę wrócić do czegoś praktycznego, bo trochę zeszliśmy w głąb. To pytanie z początku tego fragmentu dyskusji, o rytuały dla osób z problemami psychicznymi - czy ktoś ma konkretne przykłady tego, co pomagało? Nie teorię, tylko co ktoś faktycznie robił i co z tego wyszło. Bo mam wrażenie, że ta rozmowa jest dość ogólna i wolałbym usłyszeć coś osobistego.
No dobra, herbata to herbata, ale chcę dopytać Pajeczyne o jedno - czy to działo regularnie, tzn. czy robiłaś to codziennie, o stałej porze, czy raczej sięgałaś po to, kiedy było najgorzej? Bo mam wrażenie, że te dwa tryby to są zupełnie różne rzeczy i że regularność może zmieniać sens tego rytuału.
Myślę, że tak, ale to nie jest liniowe. Chodzi o to, że regularność daje coś, co mogłabym nazwać zakotwiczeniem w czasie - masz punkt, który jest niezależny od tego, jak się czujesz. I to jest coś innego niż technika regulacji. Runy na przykład czytam rano nie dlatego, że coś rozwiążę, tylko dlatego, że to jest moment, kiedy jestem jeszcze przed dniem. Efekt regulacyjny jest, ale on jest produktem ubocznym, nie celem.
Ma sens, i to jest ciekawe spostrzeżenie. Rano i wieczorem to są różne tryby poznawcze - rano jesteś jeszcze plastyczna, wieczorem przetwarzasz. Oba mają sens, ale one służą czemuś innemu. Jeśli wieczorny rytuał staje się podsumowaniem dnia, to siłą rzeczy będzie w nim ocenianie. Pytanie, czy chcesz tego unikać, czy może właśnie taki rytuał jest dla ciebie odpowiedni - taki, który pomaga zakończyć, domknąć, zamiast otwierać.
a mnie ciekawi cos innego - czy w ogole mozna zrobic rytual "bez oczekiwania" jak sie jest w zlym stanie psychicznie? bo jak mi jest naprawde ciężko, to sięgam po cokolwiek z bardzo konkretnym oczekiwaniem ze mi to pomoze. i jak nie pomaga od razu, to jest jeszcze gorzej. jak wy to robicie zeby nie wpasc w ten tryb?
Myślę, że dokładnie to. Ja nie zaczęłam od "robię to bez oczekiwań" - zaczęłam od "robię to i zobaczymy". I gdzieś po czasie przestałam sprawdzać. Nie wiem, kiedy to nastąpiło. Ale to nie był świadomy wybór, raczej coś, co się po prostu przestało kleić.
Zaczekajcie - bo ten wątek o "dojrzewaniu" i "pozwalaniu" brzmi dla mnie zbyt metaforycznie. Chcę zapytać konkretnie: czy ktoś miał sytuację, w której świadomie zmienił sposób robienia rytuału - nie czekał aż to "przyjdzie samo" - i to coś zmieniło? Tzn. czy jest jakaś technika albo zmiana w podejściu, która faktycznie skróciła tę drogę?
Ja miałem. Zmieniłem formę rytuału z "mam cel" na "mam czas". Zamiast robić coś z intencją konkretnego rezultatu, zacząłem wydzielać czas i w tym czasie robić, cokolwiek się pojawi. Czasem to był rytuał, czasem milczenie, czasem coś zupełnie przypadkowego. I ten brak z góry narzuconej formy sprawił, że przestałem mierzyć, czy to działa, bo nie wiedziałem, co miałoby "działać".
Słucham tego i mam wrażenie, że mój problem jest dokładnie odwrotny - ja mam za dużo struktury. Każdy mój rytuał jest zaplanowany co do kroku, i kiedy coś idzie nie tak jak zaplanowałam, to mam poczucie, że cały rytuał jest nieważny. Może powinnam zrobić odwrotnie - zostawić czas bez planu i zobaczyć, co się pojawi. Ale to mnie trochę przeraża.
Hm. To jest rzeczywiście coś, co warto rozróżnić - czy rytual działa jako wejście w przestrzeń, czy jako wypełnienie tej przestrzeni. Bo to są dwa zupełnie różne mechanizmy. Pierwsze zakłada, że coś się może wydarzyć. Drugie zakłada, że coś musi być zrobione, żeby nic się nie wydarzyło poza rytuałem. I nie mówię, że jedno jest lepsze, ale cel jest inny.
Przerwanie rytuału w połowie brzmi dla mnie jak coś, co mogłoby całkowicie rozwalić cały stan, w który wchodziłam. Szczerze nie wiem, czy chciałabym tego próbować celowo. Może właśnie dlatego moje rytuały są tak zwarte - bo podświadomie wiem, że jak coś przerwę, to już nie wrócę do tego samego miejsca.
To jest bardzo dobre pytanie - jak zmienić coś, co działa, bez ryzyka, że przestanie. I szczerze, nie mam dobrej odpowiedzi. Sam przez długi czas bałem się modyfikować cokolwiek. Ale u mnie przełomem nie było celowe testowanie, tylko sytuacja życiowa, która wymusiła zmianę. I okazało się, że to, co myślałem, że jest warunkiem koniecznym, warunkiem nie było.
