Są próby robienia czegoś podobnego w badaniach nad aromaterapią - ślepe testy zapachów, ocena wpływu na nastrój bez wiedzy badanego o tym, co wącha. Wyniki są mieszane, bo zapach jest bardzo mocno powiązany z pamięcią i skojarzeniami, ale pewne efekty pojawiają się niezależnie od znajomości substancji. Problem polega na tym, że rytuał to nie jest sama substancja - to jest całość: kontekst, intencja, materiał, stan psychiczny, pora. Wyjęcie jednego elementu i testowanie go osobno daje wyniki, które nie przekładają się na całość.
No to jesteśmy w kółku, tak? Nie da się przetestować, bo jest za dużo zmiennych. Nie da się polegać na subiektywnym odczuciu, bo może być efektem oczekiwań. Co nam zostaje?
Wróćmy może do pytania z tytułu, bo trochę odpłynęliśmy - czy ktoś ma konkretne doświadczenie z tym, że zmiana dostawcy albo zmiana jakości materiału realnie coś zmieniła w praktyce? Nie w sensie filozoficznym, ale dosłownie - zrobiłam to samo z innym materiałem i coś było inne?
To ciekawe, że mówisz o tej nieregularności jako o czymś pozytywnym. Ja bym chyba odebrała to jako problem praktyczny - jak świeca się nieregularnie pali, to mi się rozlewa wosk, knot ginie i w ogóle dramat. Może to kwestia przyzwyczajenia do konkretnego materiału?
Dobra, ale wracając do pytania o materiały - bo trochę odpłynęliśmy - czy ta różnica między woskiem pszczelim a parafinowym jest aż tak fundamentalna w kontekście rytuału, czy to tylko estetyka?
Parafina to produkt destylacji ropy naftowej, wosk pszczeli to wydzielina żywego organizmu. Z punktu widzenia symbolicznego - i tu nie mówię o chemii - to są dosłownie inne kategorie materii. Jedno pochodzi z czegoś martwego geologicznie, drugie z czegoś żywego biologicznie. Dla praktyk, gdzie intencja i symbolika mają znaczenie, to nie jest szczegół.
Narracja jako kategoria klasyfikacyjna - to jest ciekawy trop. Antropolodzy kultury mówią o tym w kontekście animizmu: co jest traktowane jako posiadające "mana" albo siłę sprawczą zależy od systemu przekonań grupy, nie od fizykochemii obiektu. Ale ta narracja nie jest przypadkowa - zwykle odzwierciedla jakieś obserwowane właściwości, nawet jeśli interpretacja jest kulturowa.
To jest problem, który chyba każda osoba praktykująca regularnie napotka prędzej czy później. Kupiłam kiedyś labradoryt z opisem "kopalnia Madagaskar, certyfikowany". Dotarł piękny kamień, bez wątpienia autentyczny. I był kompletnie nijaki dla mnie przez długi czas. Nie dlatego, że był fałszywy - tylko że nic między nami nie było. Żadnej historii poza pudełkiem kurierskim.
Czytam ten wątek od początku i mam takie wrażenie, że mówimy właściwie o dwóch osobnych sprawach, które mieszamy. Jedno to czy materiał sam w sobie ma jakieś właściwości niezależnie od nas. Drugie to czy nasz stosunek do materiału zmienia to, jak z nim pracujemy. Te pytania mają różne odpowiedzi.
Sara ma rację, że to są różne pytania - i myślę, że właśnie dlatego ta rozmowa kręci się w kółko od początku. Przy pierwszym pytaniu utykamy, bo nie mamy jak tego zweryfikować. Przy drugim pytaniu odpowiedź wydaje się prawie oczywista: oczywiście nasz stosunek do czegoś zmienia doświadczenie. To nie jest odkrycie - każdy psycholog to powie. Ale w praktyce rytualnej te dwie warstwy są nałożone na siebie i trudno je rozdzielić, bo nie o to w tym chodzi.
A czy próba ich rozdzielania ma w ogóle sens z praktycznego punktu widzenia? Pytam serio, bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że oba poziomy działają jednocześnie i może właśnie to jest cały sens - że materiał i osoba tworzą razem coś, czego żadne z nich osobno by nie wytworzyło.
