Zastanawiam się nad czymś, o czym coraz częściej myślę przy okazji własnych praktyk. Czy da się sensownie łączyć rytuały z różnych tradycji, czy w pewnym momencie zaczynamy mieszać rzeczy, które po prostu działają na innych założeniach i efekt jest taki, że żadne nie działa porządnie? Nie pytam o to, czy wolno, bo każdy robi co chce. Pytam o to, czy to ma sens strukturalnie. Mam na myśli na przykład sytuację, gdy ktoś bierze elementy nordyckie, wrzuca do tego trochę ceremonialnej magii i jeszcze dorzuca coś ze ścieżki wedyjskiej. Na papierze wygląda ciekawie, ale każda z tych tradycji ma zupełnie inną kosmologię, inne rozumienie tego, czym w ogóle jest rytuał i co ma robić. Czy to nie jest trochę jak próba gotowania zupy z przepisów z trzech różnych kuchni jednocześnie, gdzie każda zakłada inne składniki bazowe?
To zależy od tego, co rozumiesz przez "działać". Jeżeli mierzysz efektem zewnętrznym, to da się wyciągać elementy i budować coś własnego. Ludzie to robią od zawsze. Synkretyzm religijny to nie jest wymysł ostatnich dekad, to cały czas żywa praktyka. Voodoo to połączenie tradycji yoruba z katolicyzmem i kilkoma innymi wpływami, i nikt tam nie siedzi i nie dyskutuje, czy to "strukturalnie spójne". Po prostu działa w kontekście tej konkretnej społeczności i tej konkretnej kosmologii, którą ta społeczność wypracowała przez lata. Problem pojawia się, gdy ktoś bierze trzy tradycje naraz i nie rozumie żadnej z nich wystarczająco głęboko, żeby zobaczyć, gdzie są punkty styku, a gdzie sprzeczność.
No ale Voodoo to nie jest przykład kogoś, kto sobie losowo skleja tradycje. To jest organiczne połączenie, które powstawało przez pokolenia w konkretnym kontekście historycznym i geograficznym. Masz ciągłość przekazu, masz wspólnotę, która tę tradycję niesie. To zupełnie inna sytuacja niż ktoś, kto czyta o runach w poniedziałek, o Goecji we wtorek i o tantryzmie w środę, i próbuje z tego sklecić własny rytuał w piątek. Mnie bardziej ciekawi, kiedy łączenie tradycji prowadzi do czegoś spójnego, a kiedy to jest po prostu chaos z ładną estetyką.
Wchodzę do tej rozmowy, bo trochę wychodzi na to, że mówicie głównie o tradycjach zachodnich i o łączeniu jako procesie intelektualnym. A co z tradycjami, które mają wbudowane mechanizmy ochrony przed właśnie takim mieszaniem? Runy na przykład. Są osadzone w bardzo konkretnej strukturze świata, gdzie każdy z 24 znaków Elder Futhark ma swoje miejsce w kosmosie, który jest zdefiniowany przez konkretną mitologię nordycką. Gdy zaczniasz używać run w systemie, który ma inną kosmologię, czy runa nadal jest runą? Czy to nie jest trochę jak używanie słowa z języka, którego nie znasz, w zdaniu w innym języku i liczenie na to, że będzie znaczyć to samo?
Tylko że wtedy wychodzi na to, że jedyną sensowną praktyką jest zamknięcie się w jednej tradycji i nieodchodzenie od niej. I szczerze, ja tak nie funkcjonuję. Przez lata pracowałem z kartami, z ceremonialną magią i czasem sięgałem po elementy z tradycji śródziemnomorskich. I nie miałem poczucia, że to nie działa. Miałem poczucie, że czegoś nie rozumiem, dopóki nie zacząłem tego rozumieć lepiej. Może problem nie leży w samym łączeniu, ale w tym, na jakim etapie znajomości tradycji się to robi?
Czytam i trochę się gubię, bo zakładam, że mówicie o sytuacji, gdy ktoś świadomie konstruuje mieszany rytuał. Ale co z sytuacją, gdy tradycje historycznie się przenikały i nie do końca wiadomo, co skąd pochodzi? Na przykład część symboli w zachodniej kabale ma inne korzenie niż oryginalna kabała żydowska i te dwie wersje traktowane są często jakby były tym samym. Czy tam też jest ten problem sprzeczności?
Słucham tej rozmowy i mam trochę inne podejście do tego. Przez dłuższy czas pracowałam z buddyjskimi praktykami uważności i jednocześnie z elementami tradycji słowiańskiej. Kosmologie są różne, zgadza się. Ale wiele rytuałów działa na poziomie ciała i psychiki w sposób, który jest trochę niezależny od tego, jak dana tradycja opisuje, co się dzieje. Głęboki oddech przed rytuałem nie jest nordycki ani buddyjski, jest fizjologiczny. I zastanawiam się, czy może niektóre warstwy rytuału można łączyć, a inne nie.
Mam pytanie do wszystkich, bo w tej dyskusji zakłada się, że tradycje są statyczne i zamknięte, a mieszanie to jest coś, co się robi do nich. Ale wiele tradycji, które znamy, to są już wyniki wielowiekowego mieszania. Shinto w Japonii przez wieki funkcjonowało obok buddyzmu i wchłonęło z niego ogromne ilości elementów. Synkretyzm jest stanem domyślnym historii religii i magii, nie wyjątkiem. To może pytanie powinno brzmieć nie "czy łączyć" ale "jak łączyć świadomie"?
Mam pytanie może naiwne, ale co oznacza, że rytuał "działa" w kontekście tej dyskusji? Bo różne osoby zdają się mieć różne rozumienie tego. Dla jednych to efekt zewnętrzny, dla innych to stan wewnętrzny, a dla jeszcze innych to jakiś kontakt z czymś poza nimi. I zależnie od tego, jak to zdefiniujesz, odpowiedź na pytanie, czy łączenie tradycji ma sens, może być zupełnie inna.
Ja się tu zagubiam trochę. Praktykuję od jakiegoś czasu i łączę różne rzeczy, bo tak mi wychodzi naturalnie. Nigdy nie myślałam o tym jako o problemie. Teraz zastanawiam się, czy popełniam jakiś błąd. Czy to, że coś mi subiektywnie wydaje się działać, to jest wystarczający sygnał, że to, co robię, jest spójne? Czy właśnie nieświadomie wpadam w tę pułapkę, o której mówiliście?
Intuicja nie jest zła, ale działa lepiej, jeśli ma na czym się oprzeć. Jeśli nie znasz tradycji, z których bierzesz elementy, to twoja intuicja dobiera coś do czegoś na podstawie wyobrażeń, jakie masz o tych tradycjach. A te wyobrażenia mogą być mocno uproszczone albo wręcz błędne. To nie jest kwestia tego, że robisz coś "zabronionego", raczej o to, że ryzykujesz zbudowanie czegoś, co nie robi tego, co myślisz, że robi.
Poza tym warto odróżnić dwie kwestie, które trochę się tu mieszają. Jedna to pytanie, czy łączenie tradycji jest ryzykowne ze względu na sprzeczność kosmologiczną albo brak spójności symbolicznej. Druga to pytanie, czy nasze narzędzia weryfikacji w ogóle działają. To są różne problemy. Pierwszym można zarządzać przez wiedzę, drugie jest głębszym problemem całej dziedziny.
Ale właśnie, czy ta różnica filozoficzna przekłada się na praktykę? Tzn. pytam serio, bo z mojego doświadczenia z buddyzmem i tradycją słowiańską, nie zastanawiałam się, które stanowisko ontologiczne przyjmuję. Działałam. I coś się działo. To, że nie umiałam tego opisać w kategoriach G.D., nie znaczyło, że nie miałam żadnego rozumienia.
Słuchałam tego wszystkiego i mam teraz zupełnie inne pytanie. Czy jest cokolwiek, co według was generalnie nie powinno być łączone? Nie ze względu na kosmologię, ale bardziej praktycznie. Tzn. czy są kombinacje, które wy sami omijamy z doświadczenia?
Chodzi o strukturę intencji i o to, co rytuał ma zrobić z przestrzenią symboliczną. Rytuały, które pracują z liniami energetycznymi w sensie geomantycznym, zakładają jakiś rodzaj stałości, zakorzenienia. Rytuały liminiczne z definicji pracują na progu, na przejściu, rozmywają granice. To są dwie przeciwne logiki operacyjne i gdy je mieszasz, jedna sabotuje drugą. Przynajmniej w mojej praktyce tak to wygląda. Ale nie twierdzę, że to zasada universalna.
To akurat dobre pytanie i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Patrze głównie na strukturę, na to, czy rytuał ma wyraźne zamknięcie, czy celowo je rozmywa. Rytuał, który kończy się otwarciem, jest dla mnie liminiczny. Taki, który ma wyraźne zamknięcie i opieczętowanie przestrzeni, jest zakorzeniony. Ale masz rację, że bywają hybrydy i tam trzeba już bardzo wiedzieć, co się robi.
Wracając do pytania Dagmy o kombinacje, których unikamy. Dla mnie osobiście problematyczne jest mieszanie systemów, które mają bardzo różne rozumienie czasu. Kabała jest w dużej mierze linearna, ma pojęcie tikkun, naprawy, która zmierza ku czemuś. Cykliczne tradycje, np. wiele szamanistycznych, nie mają takiego kierunku. Kiedy próbujesz zrobić rytuał, który łączy te dwa podejścia, to często nie wiesz, co właściwie robisz z wymiarem czasowym intencji.
Szczera odpowiedź: trochę i to, i to. Pierwszy raz zauważyłem to po fakcie, gdy patrzyłem wstecz na serię rytuałów i zobaczyłem, że są ze sobą sprzeczne w sensie kierunku. Intencja w jednym cofała to, co robiło poprzednie. Potem zacząłem to rozumieć konceptualnie i zacząłem tego unikać świadomie. Ale nie wiem, czy bym to zauważył, gdybym nie miał tych doświadczeń najpierw.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto tu wrzucić. Mówiliśmy o kosmologiach, o czasie, o liniach energetycznych. Ale jest też kwestia, którą można nazwać problemem adresata. Komu lub czemu adresujesz rytuał? W tradycjach politeistycznych masz konkretne bóstwa z konkretnymi atrybutami i oczekiwaniami. W tradycjach monoteistycznych albo panenteistycznych adresujesz wszystko i nic jednocześnie. Gdy mieszasz te dwa podejścia w jednym rytuale, to trochę jakbyś wysłał list do czterech różnych adresatów naraz, pisząc do każdego coś innego, ale zaklejając to w jednej kopercie.
Ten przykład z kopertą jest dobry. Ale zastanawiam się, czy w tradycjach synkretycznych, które się historycznie uformowały, nie robiono właśnie tego? Voodoo, Umbanda, Candomblé - tam są katoliccy święci zsynchronizowani z oriszami albo lwami. I to jakoś funkcjonuje przez stulecia.
To pytanie Fanara jest moim zdaniem jednym z kluczowych w tej całej dyskusji. Bo jeśli powiemy, że Umbanda jest ok, bo ma sto lat historii, a podobne połączenie zrobione teraz przez jedną osobę to chaos, to de facto mówimy, że czas jest jedynym kryterium legitymizacji. A to z kolei znaczy, że każda tradycja kiedyś była chaosem i tylko przeżyła wystarczająco długo. Nie wiem, czy to jest satysfakcjonujące.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam głupie pytanie: czy wy, pracując z jedną tradycją, w ogóle nie dokładacie nigdy nic z zewnątrz? Tzn. czy "czysta" praca z jednym systemem jest w ogóle możliwa, skoro każdy z nas jest produktem różnych kultur, języków, doświadczeń?
To nie jest głupie pytanie, to jest jedno z lepszych w tym wątku. I uczciwa odpowiedź brzmi: prawdopodobnie nie. Czystość tradycji to w dużej mierze mit konstruowany retrospektywnie. Nawet Eddy zawierają ślady wcześniejszych warstw, kontaktów z innymi kulturami. Problem nie jest w tym, czy coś jest czyste, tylko w tym, czy wiesz, co robisz i dlaczego.
Właśnie tego mi brakowało na początku, żeby to tak ująć. Bo często dyskusja o łączeniu tradycji sprowadza się do "można czy nie można", a tymczasem pytanie powinno być inne: co dokładnie robię i czy rozumiem, co te elementy oznaczają osobno, zanim zacznę je razem składać.
To pytanie Dagmy właściwie rozkłada cały wcześniejszy wątek na czynniki pierwsze. Bo jeśli wymóg głębokiej znajomości każdej tradycji jest realny, to tak, w praktyce eliminuje większość ludzi. Ale ja bym to odwrócił: może chodzi o to, żeby znać wystarczająco dobrze jeden system, żeby wiedzieć, kiedy coś do niego nie pasuje. Nie musisz być znawcą kabały, żeby zauważyć, że konkretna praktyka zakłada coś ontologicznie sprzecznego z tym, w czym normalnie pracujesz.
ale to "wystarczająco dobrze" to jest właśnie ten problem. Kto wyznacza próg? Ty sam? Bo tu łatwo o samookłamywanie się. Większość ludzi, którzy mieszają chaotycznie, jest przekonana, że rozumie wystarczająco dużo.
No i tu się zaczynamy kręcić w kółko trochę. Bo z jednej strony mówimy, że czyste tradycje to mit, z drugiej, że trzeba dobrze znać tradycje, żeby łączyć. A z trzeciej, że nie wiadomo co znaczy "dobrze znać". To może zamiast szukać progu, warto zapytać: jakie konkretne błędy wynikają z nieznajomości? Co dokładnie się psuje?
