I tu jest chyba mój problem opisany inaczej. Mam formę do której jestem przywiązana i nie wiem czy to przywiązanie jest informacją czy przeszkodą. A rozróżnienie tych dwóch rzeczy jest trudniejsze niż myślałam kiedy zaczęłam ten wątek.
Rezeda, a czy pamiętasz moment kiedy ta forma się ustabilizowała? Czy było jakieś zdarzenie po którym pomyślałaś 'to jest to, tak zostaje'? Pytam bo czasem przywiązanie do formy ma konkretny punkt zakorzenienia i znajomość tego punktu coś mówi o tym czy przywiązanie jest zasadne czy nie.
To poczucie kompletności jest ciekawe samo w sobie. Bo może oznaczać że rytuał jest dobrze skonstruowany i naprawdę nie wymaga zmian. Albo może oznaczać że przestałaś szukać, bo było wygodnie. Jak odróżnić jedno od drugiego?
O. To jest pytanie które mnie zatrzymuje. Muszę to przemyśleć, bo szczerze nie wiem od razu jak odpowiedzieć. Mam wrażenie że trochę jedno i trochę drugie, ale nie w równych proporcjach.
Dobra, przemyślałam to co napisał Slawek83. I muszę powiedzieć że ta forma chyba nie absorbowała zmian - raczej ja się do niej dopasowywałam. Co jest odwróceniem tego co powinno być, jak się teraz na to patrzę. Ale z drugiej strony nie wiem czy to jest złe. Może forma ma być stała, a ja mam być elastyczna?
To zależy czym jest forma w twoim rytuale. Jeśli forma to kolejność czynności i przedmioty - może być stała. Ale jeśli forma to też twój stan wewnętrzny i intencja, to dopasowywanie siebie do formy brzmi jak odwrócenie priorytetów. Intencja nie powinna być wtłaczana w kształt - to kształt ma ją nieść.
To jest może trochę inne ujęcie, ale to co opisujecie przypomina mi rozróżnienie między rytuałem jako ćwiczeniem a rytuałem jako praktyką. Ćwiczenie wymaga powtarzania formy żeby coś zbudować. Praktyka zakłada że coś już jest zbudowane i forma jest tylko kanałem. Rezygnacja z formy w ćwiczeniu i w praktyce mają zupełnie inne konsekwencje.
Mam pytanie do tego co Slawek83 napisał - czy forma która działa bez skupienia to nie jest niebezpieczne? Że robisz coś mechanicznie bez udziału uwagi? Mnie się wydawało że uwaga jest właśnie tym co odróżnia rytuał od zwykłego nawyku.
Niekoniecznie tak prosto. Jest coś co w różnych tradycjach opisuje się jako 'obecność ciała' oddzielnie od 'obecności umysłu'. Możesz mieć umysł częściowo gdzie indziej, ale ciało i oddech w rytuale - i to może być wystarczające jako zakorzenienie. Nie każda tradycja wymaga pełnej koncentracji myślowej przez całą długość rytuału.
Hortensja zadała bardzo dobre pytanie, ale myślę że to nie jest zero-jedynkowe. Uwaga może być w rytuale na różnych poziomach. Możesz nie myśleć aktywnie o każdym geście i nadal być obecna ciałem, oddechem, przestrzenią. To nie jest mechaniczność, to jest inny rodzaj skupienia.
Mam wrażenie że ta rozmowa cały czas krąży wokół czegoś co mnie zastanawia od początku - czy luz przy rytuałach to jest coś mentalnego czy fizycznego? Bo słucham i jedni mówią o stanie umysłu, inni o formie, gestach, ciele. To są jakby dwie różne definicje luzu.
Lunaki76, chyba nigdy tego nie rozdzielałam w swojej głowie i to jest może część problemu. Myślałam o luzie jako o zgodzie na zmianę formy - ale może luz to jest coś co najpierw musi być wewnątrz, zanim w ogóle forma staje się pytaniem.
A co by to znaczyło - luz wewnątrz przed zmianą formy? Pytam bo to brzmi logicznie, ale nie jestem pewna jak to wygląda w praktyce. Że najpierw akceptujesz że cokolwiek się wydarzy, a potem zaczynasz rytuał? Czy to nie zmienia całej jego dynamiki?
To co Rezeda napisała jest bliższe czemuś co spotykam w opisach staronordyckich praktyk - tam gotowość do rytuału opisywano jako 'otwartą rękę', dosłownie i metaforycznie. Zaciśnięta pięść niczego nie przyjmie, nawet jeśli wszystkie gesty są idealne. Luz jako postawa przed formą, nie zamiast formy.
To znaczy że luzu nie można zaplanować ani wyćwiczyć przed rytuałem, tylko zobaczyć czy się go miało dopiero po? Brzmi trochę jak gdyby to nie było coś co się robi, tylko coś co się stwierdza z perspektywy czasu.
To znaczy że luzu nie można zaplanować ani wyćwiczyć przed rytuałem, tylko zobaczyć czy się go miało dopiero po? Brzmi trochę jak gdyby to nie było coś co się robi, tylko coś co się stwierdza z perspektywy czasu.
Ten przykład z zasypianiem jest dobry, bo wskazuje na coś co mnie od dawna zastanawia w tej rozmowie - luz jako brak blokady, a nie jako osobny stan który się osiąga. Większość napięcia przy rytuałach pochodzi z tego że chcesz żeby coś konkretnego się wydarzyło i ciało to czuje, zanim głowa w ogóle to przyzna.
Mam pytanie do tego co Pyromantka82 napisała o warunkowaniu, bo to mi nie daje spokoju. Jeśli luz to brak blokady, a nie stan do osiągnięcia, to co konkretnie go blokuje poza przywiązaniem do wyniku? Bo mam wrażenie że to nie jest jedyna rzecz.
Zgadzam się z Marchewką. Perfekcjonizm wobec formy to jest coś co widzę bardzo często i co jest specyficznie trudne, bo wydaje się uzasadniony - przecież forma ma znaczenie, więc dbanie o nią brzmi odpowiedzialnie. A napięcie które z tego wynika jest bardzo podobne do napięcia z przywiązania do wyniku, tylko bardziej schowane.
To jest ciekawe rozróżnienie, bo z tego co Slawek83 opisuje wynika że luz przy rytuale to nie jest kwestia swobody w doborze formy, tylko swobody wobec własnych błędów. Możesz mieć bardzo ścisłą formę i jednocześnie dużo luzu, jeśli nie reagujesz paniką na pomyłki.
Okay ale teraz jestem zdezorientowany. Z jednej strony słyszę że forma formuje intencję i trzeba ją szanować, z drugiej że luz wobec błędów jest kluczowy. Gdzie jest granica między szanowaniem formy a obsesją na jej punkcie? Mam wrażenie że każdy to definiuje trochę inaczej.
Pyromantka82 ma rację i myślę że to jest odpowiedź na pytanie z tytułu wątku, choć nie tak ładna jak by się chciało. Nie ma jednego ustawienia - ani pełna sztywność ani pełny luz nie są odpowiedzią. To jest coś co się kalibruje na bieżąco i pewnie nigdy nie jest skończone.
Przeczytałam cały wątek i bardzo dziękuję za tę rozmowę, naprawdę dużo mi dała do myślenia. Mam jedno pytanie które może jest głupie - czy ta kalibracja o której Rezeda mówi działa inaczej przy krótkich rytuałach jak zapalenie świecy przy konkretnej intencji, a inaczej przy dłuższych praktykach? Bo mam wrażenie że przy krótkich nie ma czasu na żadne dostosowywanie.
Nie jestem pewna czy się zgadzam z Goździką w tym podziale. Przy krótkich rytuałach też można coś poczuć w trakcie i to zmienić - nawet w tych kilku minutach. Ale prawda jest taka że przy krótkich jest mniej miejsca na błąd i trudniej jest wychwycić napięcie zanim rytuał się skończy.
To zależy co rozumiemy przez łatwiejsze. Krótkie są łatwiejsze logistycznie i energetycznie, ale nie znaczy że są łatwiejsze pod kątem stanu wewnętrznego. Czasem właśnie te krótkie robi się najbardziej mechanicznie, bo są szybkie i można je wcisnąć między obowiązkami - i właśnie przez to wychodzą najgorzej.
To co Reginka napisała o robieniu rytuałów mechanicznie akurat mnie trafia. Sam tak mam z prostymi rzeczami - zapalenie kadzidła, krótka wizualizacja, coś co robię regularnie. Właśnie przez tę regularność wchodzi mechaniczność i dopiero po jakimś czasie zauważam że byłem gdzieś myślami, a forma się odbyła bez mojego udziału. Pytanie jest takie - czy to jest problem, skoro forma była zachowana? Czy sam fakt że ciało wykonało czynność cokolwiek znaczy bez świadomości?
To co Pyromantka82 opisuje jest bliskie temu co w praktykach uważności nazywają 'beginner's mind' - podejście do czegoś znajomego jakbyś robił to pierwszy raz. Nie naiwnie, bo masz już doświadczenie, ale bez założeń co się zaraz stanie. Przy rytuałach to jest chyba jeden z trudniejszych stanów do utrzymania właśnie dlatego że regularność naturalnie buduje oczekiwania.
