Ale właśnie tu mam pytanie - czy ten stan podczas rytuału nie jest po prostu efektem przyzwyczajenia do konkretnej formy? Tzn. jeśli zawsze robiłem coś w ten sam sposób, to ten sposób będzie mi się 'czuł' lepiej tylko dlatego że jest znajomy. To nie musi znaczyć że jest lepszy.
Celestyn, to jest dokładnie to o czym myślę od jakiegoś czasu. Mam pewien rytuał który robię od lat w tej samej formie i szczerze mówiąc nie wiem już czy ta forma jest dla mnie dobra dlatego że jest dobra, czy dlatego że ją znam na pamięć. I nie bardzo wiem jak to odróżnić od wewnątrz.
A próbowałaś kiedyś tej samej intencji w zupełnie innej formie - chociażby żeby zobaczyć czy coś się zmienia? Nie na stałe, tylko jako test?
Lunaki, próbowałam raz, ale wybrałam moment kiedy byłam już zmęczona i wyniki były takie że nie dało się nic z nich wyczytać. Więc ani nie potwierdziło ani nie zaprzeczyło. Trochę zmarnowany eksperyment przez kiepski dobór momentu.
A to nie jest przypadkiem odpowiedź na pierwotne pytanie z tego wątku? Że dobór momentu jest w ogóle ważniejszy niż forma? Że można mieć luz przy strukturze, ale nie można mieć luzu przy tym kiedy i w jakim stanie się to robi?
Ciekawe że oba te wymiary można zrównać w praktyce - jeśli pracujesz z godzinami planetarnymi na przykład, to sam fakt że musisz zaplanować konkretny czas sprawia że wychodzisz z trybu 'zrobię kiedy przyjdzie ochota'. Jest w tym swego rodzaju dyscyplina przez kalendarz, nie przez wysiłek woli.
Jest jeszcze jedna rzecz której nikt tu nie powiedział wprost - czasem 'zły moment' to jest właśnie ten właściwy moment, tylko że nie w sensie astrologicznym. Jeśli robisz rytuał wokół czegoś trudnego i jesteś w środku tego trudnego, to może być akurat wtedy kiedy ma największy sens. Nie komfort, ale trafność.
I tu chyba wracamy do sedna tego wątku - że luz przy rytuałach nie polega na tym żeby nic nie miało znaczenia, tylko żeby mieć dość świadomości żeby wiedzieć co faktycznie ma znaczenie. A to jest zdecydowanie trudniejsze niż trzymanie się sztywnej formy.
To co Reginka napisała na końcu - że luz to nie jest 'wszystko jedno' tylko świadomość co ma znaczenie - to mnie zatrzymało. Bo to jest chyba właśnie ta granica której szukamy przez cały ten wątek. Tylko nadal nie wiem jak ją praktycznie wyznaczyć. Mam na myśli że w teorii brzmi sensownie, ale w konkretnym momencie przy konkretnym rytuale jak mam to rozpoznać?
Słyszę o tej próbie i wiem że macie rację że mój eksperyment był źle przeprowadzony. Ale jest jedno 'ale' - jak zaburzam formę celowo, to skąd wiem że to co czuję podczas tej zmienionej wersji jest odpowiedzią na intencję, a nie po prostu dyskomfortem ze zmiany? Bo moje ciało i głowa mogą protestować przeciwko nowości niezależnie od tego czy ta nowość jest dobra czy zła.
Rezeda dotyka tu czegoś co w sumie jest klasycznym problemem każdej praktyki medytacyjnej - jak odróżnić opór ego od autentycznego sygnału że coś nie gra. I to nie jest pytanie na które jest prosta odpowiedź, bo oba stany fizycznie potrafią wyglądać bardzo podobnie.
Mnie się wydaje że klucz jest w tym żeby nie oceniać po jednej próbie. Jeśli zmienisz coś i przez kilka razy z rzędu czujesz że coś jest nie tak, to to jest już informacja. Jednorazowy dyskomfort to za mało żeby wyrokować w którąkolwiek stronę.
A czy w ogóle jest 'idealny moment' na taki eksperyment? Bo mi się wydaje że zawsze będzie jakiś powód żeby poczekać. Albo jesteś zmęczony, albo za dużo się dzieje, albo 'lepiej nie ryzykować teraz'. To może być nieskończona pętla odkładania.
Ciekawe bo w numerologii jest takie podejście do cykli osobistych - rok osobisty, miesiąc osobisty - i idea jest właśnie taka że pewne działania mają swój naturalny czas. Nie wszystko jest dobre do robienia w każdym momencie. Nie mówię że to rozwiązuje problem Rezedy, ale to jest pewna rama myślenia o tym kiedy warto testować a kiedy nie.
Zenith, nie pracuję w żadnym konkretnym systemie który by mi narzucał cykle. To jest chyba część problemu - mój rytuał jest trochę z różnych tradycji sklecony przez lata i nie mam jednej spójnej ramy żeby oceniać czas. Może to jest właśnie ta luka.
A może to jest też trochę odpowiedź? Że jak nie masz narzuconej ramy zewnętrznej, to jedyną ramą jest twój własny stan. I wtedy pytanie o 'dobry moment' staje się pytaniem o samoobserwację. Co akurat może być trudniejsze niż sprawdzenie fazy księżyca, ale też bardziej osobiste.
No i tu jest paradoks który mnie trochę bawi - im bardziej eklektyczna praktyka, tym więcej odpowiedzialności za ocenę własnego momentu. Tradycja daje ci zewnętrzne kotwice. Bez niej musisz rozwinąć wewnętrzne. To nie jest ani lepsze ani gorsze, ale jest inne obciążenie.
Przepraszam że się wtracam bo trochę zgubiłam się w tej rozmowie - mówimy o tym że luz przy rytuałach zależy od tego czy masz tradycję czy nie? Czy ja to dobrze rozumiem? Bo to brzmi jakby osoby bez konkretnej ścieżki miały trudniej z oceną kiedy coś zmienić.
I to chyba jest najuczciwsza odpowiedź na pierwotne pytanie Rezedy z tego wątku. Luz jest możliwy, ale wymaga że sam wypełnisz to czego nie wypełnia tradycja. Albo masz tradycję i masz zewnętrzne kotwice, albo nie masz jej i musisz zbudować wewnętrzne. W obu przypadkach coś cię trzyma - pytanie tylko co i skąd to pochodzi.
Celestyn56 powiedział to dobrze, ale mi się wydaje że trochę upraszczamy ten podział na 'masz tradycję / nie masz tradycji'. Bo są osoby które mają bardzo konkretną ścieżkę i mimo to są kompletnie zagubione przy decyzji o zmianie. I są eklektycy z doskonałą samoobserwacją. Więc może to nie jest kwestia tradycji, tylko... umiejętności słuchania siebie? Której zresztą też można się uczyć niezależnie od tego czy masz ramę czy nie.
Pyromantka82 trafia w sedno. Dokładnie tak to czuję. Jakbym nie była pewna czy to jest mój sygnał czy po prostu wyuczone oczekiwanie że 'tak ma być'. I co gorsza - oba czują się tak samo. Przynajmniej ja nie potrafię ich rozróżnić.
A próbowałaś robić rytuał zupełnie w ciszy, bez żadnych elementów które masz zazwyczaj? Nie żeby zmienić, tylko żeby zobaczyć co zostaje kiedy zniknie wszystko co rozpoznawalne. Czasem rozebranie czegoś do zera mówi więcej niż modyfikowanie.
Mam pytanie może naiwne, ale... jeśli rytuał jest zbudowany z wielu elementów przez lata, to jak w ogóle wiadomo który element robi co? Czy to ktoś testuje po kawałku czy po prostu działa całość i nikt nie zawraca sobie tym głowy?
To właściwie trochę odpowiada na pytanie o luz - luz nie musi oznaczać że ciągle coś testujesz i analizujesz. Luz może po prostu znaczyć że nie panikujesz kiedy coś się zmieni przez przypadek, tylko obserwujesz co z tego wynika. To jest inna pozycja niż kontrolowane eksperymenty.
To mi się podoba bardziej. Obserwacja zamiast eksperymentowania. Bo eksperymentowanie zakłada że chcesz wynik, a obserwacja zakłada że chcesz zrozumieć. To jest inne nastawienie i myślę że daje inne dane.
Ale czy w takim razie luz przy rytuałach to jest coś co się ma od początku, czy coś co się wypracowuje? Bo słuchając tej rozmowy mam wrażenie że to jest efekt dużego doświadczenia, a nie punkt startowy. Jak ktoś zaczyna, to skąd ma wiedzieć co jest nawykiem, a co sygnałem?
To jest interesująca obserwacja. Nowicjusz może być bardziej elastyczny nie dlatego że wie więcej, ale dlatego że nie ma jeszcze przywiązania do formy. Przywiązanie do formy to coś co buduje się z czasem. Czasem jest to cenne, bo forma nie jest przypadkowa. Ale czasem blokuje.
