Czyli mówisz że spokój w momencie improwizacji jest ważniejszy niż to co konkretnie zmieniasz?
I to jest ważne zastrzeżenie. Bo jest różnica między zmianą formy - kolor świecy, kolejność gestów - a zmianą substancji. Jeśli w tradycji w której pracujesz jakiś składnik ma konkretne znaczenie symboliczne albo jest powiązany z określoną intencją, to jego brak zmienia co robisz, nie tylko jak robisz.
Sama decydujesz - i to jest zarówno wolność jak i odpowiedzialność. Jak pracujesz bez gotowego kanonu, to ty jesteś osobą która wie dlaczego coś jest w tym rytuale. I tylko ty wiesz czy to co zamieniasz jest tym akcydensem czy nie. Nie ma arbitra.
To brzmi trochę jak 'sam sobie odpowiadasz na pytania, które sam sobie stawiasz'. Rozumiem że tak to działa w eklektycznej praktyce, ale nie macie wrażenia że to dość kręty sposób na dochodzenie do czegokolwiek?
Właśnie przez to jest mi trudno - nie mam żadnej wspólnoty. Uczę się głównie z tekstów i własnych prób, więc nie mam kogo zapytać 'hej, to brzmi sensownie?'. Takie wątki jak ten są chyba najbliżej czegoś takiego.
I chyba tego szukałam kiedy to pisałam. Nie tyle pozwolenia na zmianę, co jakiegoś oparcia - potwierdzenia że to co czuję podczas rytuału ma wartość nawet jeśli się komuś wydaje że zrobiłam to 'nie tak'. Dobrze że ten wątek poszedł tam gdzie poszedł.
Jak czytam ten wątek od początku, to zastanawiam się - właściwie cała ta rozmowa doszła do punktu, gdzie ufanie sobie jest ważniejsze niż trzymanie się zasad. Ale to jest chyba teza, która dotyczy nie tylko rytuałów, prawda? Tak samo można by ją przyłożyć do medytacji, do afirmacji, do wszystkiego. Skąd wiecie że tu to naprawdę działa, a nie jest po prostu wygodną racjonalizacją?
Goździka dotknęła czegoś ważnego, bo to jest właśnie problem z weryfikacją w praktyce bez kanonu - nie masz zewnętrznego punktu odniesienia. Ale tak samo jest w każdej fenomenologii subiektywnej, łącznie z terapią czy analizą snów. Pytanie nie brzmi 'czy to obiektywnie prawdziwe', tylko 'czy to jest spójne i czy prowadzi cię w dobrym kierunku'.
Nie jestem pewien czy zamknięty obieg to koniecznie wada. W Dzogczenie cała idea polega na tym, że właściwy świadek własnego doświadczenia jesteś ty sam - zewnętrzna walidacja może nawet przeszkadzać. Ale to wymaga konkretnego rodzaju dyscypliny, żeby nie pomylić 'sam weryfikuję' z 'akceptuję wszystko co czuję'.
To co Slawek opisuje - ten test po fakcie - to jest właśnie jedno z lepszych kryteriów jakie znam. Nie to czy rytuał 'wyglądał dobrze', tylko co po nim zostaje w tobie. I to samo dotyczy improwizacji - jeśli po zmianie masz niepokój i poczucie błędu, to sygnał do zastanowienia. Jeśli masz spokój i poczucie ciągłości, to zwykle dobrze.
Właśnie to retrospektywne wątpienie - to jest dokładnie to z czym przyszłam do tego wątku. Zmiana była ok w momencie, potem wróciły wątpliwości. I teraz po całej tej rozmowie chyba wiem że to był ten 'co pomyślą, czy to był błąd według zasad' typ lęku, a nie realna dziura w rytualne. Ale ciekawe że potrzebowałam kilkunastu postów od innych osób żeby to zobaczyć.
Rezeda, to jest właśnie ta rzecz z walidacją zewnętrzną o której mówił Celestyn. Czasem jednak potrzebujemy kogoś z zewnątrz - choćby forum - żeby zobaczyć własną praktykę z innej perspektywy.
Mnie interesuje inny wątek który tu się przewinął - to czy w ogóle da się powiedzieć co w rytuale jest wymienne, a co nie, bez znajomości konkretnej tradycji. Bo Reginka mówiła o substancji i formie, ale ja nie mam żadnej tradycji jako punktu odniesienia. Jak to wtedy rozgryźć?
Pelagia ma rację że to jest kołowe, ale myślę że wyjście z tego kręgu jest przez praktykę i obserwację - nie przez wiedzę z góry. Zaczynasz od czegoś, obserwujesz co w tobie działa, stopniowo buduje się jakiś kształt. Żaden system nie był gotowy od początku - ani tradycyjny, ani prywatny.
No i właśnie to Marchewka powiedziała jest dla mnie w sumie odpowiedzią na moje pytanie o kurę i jajko - zaczynasz od czegoś, obserwujesz, kształt się buduje. Ale mam wrażenie że to wymaga czasu którego nie widać na początku. I to chyba tłumaczy dlaczego improwizacja na starcie jest bardziej ryzykowna niż po jakimś okresie praktyki - bo nie masz jeszcze czego obserwować.
A czy to nie jest właśnie ten moment gdzie sztywność na początku ma sens? Nie dlatego że forma jest święta, ale dlatego że nie masz jeszcze własnego systemu i potrzebujesz czegoś zewnętrznego jako rusztowania?
To jest dobra heurystyka, ale mam jedno zastrzeżenie - są praktyki gdzie precyzja formy naprawdę ma znaczenie i pytanie 'czy robię to dokładnie' jest jak najbardziej sensowne. Nie zawsze to znak zafiksowania. Zależy co robisz.
To jest ciekawe rozróżnienie - precyzja która ma sens strukturalny kontra precyzja jako tradycja dla tradycji. Nie wiedziałem że można to tak rozdzielić.
W runach jest podobnie - sposób losowania może wpływać na to co wyciągasz, bo intencja i gest są częścią pytania. Ale to nie znaczy że każdy rytuał wokół tego musi być identyczny za każdym razem. Sama procedura wymagająca uważności, otoczenie już mniej.
Wracając do tego co powiedziała Rezeda wcześniej o retrospektywnym wątpieniu - zastanawiam się czy to wątpienie nie pojawia się częściej właśnie po improwizacjach niż po 'standardowych' rytuałach. Bo mam wrażenie że sama mam to częściej kiedy coś zmieniłam.
Lunaki, tak dokładnie. Jak trzymam się tego co znane, to nawet jeśli coś nie wychodzi tak jak chcę, to przynajmniej wiem że nie 'zepsułam' przez zmianę. A jak coś zmodyfikuję i efekt jest niejasny, to natychmiast podejrzewam modyfikację. To jest chyba błąd atrybucji.
To jest klasyczny confirmation bias w drugą stronę - szukasz przyczyny w tym co było inne, nie w tym co mogło się nie udać z innych powodów. Ale jak mówisz błąd atrybucji, to bardzo precyzyjnie to nazywasz.
Ale czy to jest błąd, skoro nie masz jak tego sprawdzić inaczej? Jeśli jedyna zmienna którą kontrolujesz to forma rytuału, to naturalne że do niej wracasz jako do wyjaśnienia. Może to nie tyle błąd co ograniczenie metody.
I żeby było jasne - ja nie mówię że to czyni praktykę bezwartościową. Po prostu uważam że trzeba to widzieć jasno, a nie udawać że mamy jakąś obiektywność której nie mamy.
Obiektywność to może za duże słowo, ale intersubiektywność już tak źle nie brzmi. Kiedy kilka osób niezależnie dochodzi do podobnych wniosków na temat tego co w rytuale jest wymienne a co nie - to nie jest dowód, ale coś jednak znaczy.
Dobra, to chcę się upewnić że rozumiem co Pyromantka miała na myśli kończąc ostatni post - że luz przy rytuałach to nie jest kwestia odwagi ani lenistwa, ale coś innego. Ale co konkretnie? Bo trochę urwało się w połowie myśli.
Mnie ta analogia z bieganiem trochę kuleje, bo w bieganiu masz natychmiastowy i jednoznaczny sygnał zwrotny - ból, czas, oddech. W rytuale ten sygnał jest dużo bardziej niejednoznaczny i łatwiej go błędnie zinterpretować. Więc czy można rzeczywiście przykładać te same oczekiwania?
