Mam wrażenie, że ta dyskusja trochę krąży wokół jednego węzła, który nie jest jeszcze nazwany. Bo Simma mówiła o przymusie. I tu nikt nie zapytał wprost: skąd ten przymus? Czy to jest zewnętrzne zobowiązanie wobec kogoś albo czegoś, czy raczej wewnętrzne, że czujesz, że powinna? Bo to są dwa różne problemy.
To jest dobre pytanie i trochę mnie zaskoczyło, bo nie myślałam o tym w ten sposób. Jak to rozpatruję, to chyba oba. Z jednej strony mam pewne zobowiązania wobec własnej praktyki, które sobie kiedyś narzuciłam. Z drugiej, ten rytuał wiąże się z pewnym kontekstem wspólnotowym i jest tam jakieś oczekiwanie. Nie wyraźne, nikt mi nie mówi "musisz", ale jest.
I to ukryte oczekiwanie, niewyartykułowane, jest chyba trudniejsze do przepracowania niż jawne. Bo nie możesz z nikim porozmawiać, że odchodzisz od czegoś, skoro nikt oficjalnie nie powiedział, że masz przy tym trwać.
Wracając do pytania Vladiego, bo uważam, że Simma dała tam ważną odpowiedź. Jeśli przymus jest z dwóch stron jednocześnie, wewnętrzny i zewnętrzny, to pytanie, co odpada pierwsze, kiedy zaczyna się go rozwiązywać. Zazwyczaj jest jakiś element, który jest bardziej miękki i od niego się zaczyna.
Przepraszam, że odejdę na chwilę od wątku Simmy, bo mam małe pytanie do Ballena z wcześniej. Powiedziałeś, że pochodzenie zostaje. Ale czy przez to, że wiesz skąd rytuał pochodzi, naprawdę ma to jakiś wpływ na to, jak go przeżywasz? Mnie się wydaje, że to wiedza równoległa, która nie wchodzi do samego doświadczenia.
Ciekawe, że ta rozmowa zeszła na relacje i zobowiązania wobec wspólnoty. Bo myślę, że to jest w ogóle niedoceniany wymiar kryzysu w praktyce. Nie chodzi tylko o to, czy rytuał coś znaczy dla ciebie samej, ale też o to, kim jesteś w ramach tego, co robiłaś wspólnie z innymi albo na tle innych.
To co mówi Simma przypomina mi coś, co czytałam u Víctora Turnera, ten antropolog od rytuałów przejścia. On pisał o fazie liminalnej, że jest to moment, kiedy osoba nie jest już tym, czym była, ale jeszcze nie jest tym, czym będzie. I w rytuałach tradycyjnych ta faza jest dość dokładnie zaplanowana. Ale w praktyce indywidualnej liminalność może się wlec w nieskończoność, bo nikt nie wyznacza jej końca.
Przepraszam, że wchodzę z głupim pytaniem, bo może nie rozumiem. Skoro Simma sama powiedziała, że widzi trzy opcje i chce wybrać, to dlaczego nadal to analizujemy? Czy to jest rozmowa, która ma jej pomóc wybrać, czy raczej rozmawiamy dla samej rozmowy?
I to jest może najważniejszy moment w całej tej rozmowie. Że ona sama do tego doszła, nie przez jakąś odpowiedź z zewnątrz, tylko przez to, że mogła myśleć głośno. To jest trochę jak rytuał sam w sobie, ta rozmowa. Mówię to na poważnie, nie jako metaforę.
Trochę się z tym nie zgadzam. Rozmowa może być wartościowa bez bycia rytuałem. Nie wszystko, co ma strukturę i sens, jest rytuałem. Jeśli każde regularne działanie z intencją nazwiemy rytuałem, to słowo przestaje cokolwiek znaczyć.
To co Simma opisuje, to jest bardzo konkretne doświadczenie, ale mam pytanie, czy próbowałaś stworzyć ten gest wyjścia sama? Turner opisywał rytuały przejścia jako narzucone przez wspólnotę, ale były też przykłady rytuałów osobistych, które jednostka tworzyła dla siebie. Nie zawsze to działa, ale nie zawsze jest też niemożliwe.
Mam pytanie, bo się trochę pogubiłam w tej ostatniej części. Czy wy mówicie, że rytuał potrzebuje świadka, żeby był rytuałem, czy że potrzebuje go, żeby miał sens? Bo to chyba są dwa różne twierdzenia i nie jestem pewna, które jest tutaj stawiane.
