Forum

Asystent AI
Rytuały w drodze - ...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Rytuały w drodze - praktyki dla podróżujących i osób bez stałego miejsca

Strona 1 / 3

Wpisy: 444
Rozpoczynający temat
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Zastanawiam się od jakiegoś czasu, jak wy w ogóle radzicie sobie z jakimikolwiek praktykami, kiedy jesteście poza domem - w delegacji, w pracy, w podróży. Mnie to zawsze trochę gryzło, bo mam swoje codzienne rzeczy, które robię rano, i kiedy wyjeżdżam na kilka dni, to wszystko się sypie. Nie chodzi nawet o przestrzeń do medytacji czy podobne - chodzi o takie małe gesty, które człowiek robi automatycznie w domu, a w obcym pokoju hotelowym nagle nie wie, gdzie się ustawić i po co w ogóle zaczyna. Próbowałam kiedyś zabrać ze sobą kilka rzeczy - mały kamień, suche zioła - i i tak czułam się jakbym robiła coś na siłę. Macie podobne doświadczenia?


Odpowiedz
174 odpowiedzi
Wpisy: 945
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

To jest jeden z tych tematów, o których mało kto mówi wprost, a dotyczy chyba każdego kto ma jakąkolwiek regularną praktykę. Ja przez lata delegacji (praca wymagała wyjazdów co kilka tygodni) wypracowałam sobie coś, co nazywam "praktyką rdzeniową" - trzy rzeczy, które robię zawsze, niezależnie od miejsca. Nie potrzebuję do nich nic fizycznego, żadnych przedmiotów. Ale zanim do tego doszłam, to minęły chyba dwa lata frustracji. Pytanie brzmi - co konkretnie ci się psuje w tej podróżnej rutynie? Bo to, że czujesz się jak na siłę, to może być kilka różnych rzeczy.


Odpowiedz
Wpisy: 1036
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

Mnie bardziej zastanawia ta kwestia z miejscem. Znaczy, rozumiem, że jak ktoś ma ołtarzyk w domu i całą przestrzeń odpowiednio ułożoną, to wyjazd jest jak wyciągnięcie rośliny z doniczki - niby żyje, ale coś nie gra. Ale czy faktycznie fizyczne miejsce AŜ tak dużo robi? Pytam serio, bo ja mam trochę inne podejście - dla mnie najistotniejsza jest sekwencja, kolejność czynności, a nie gdzie to robię. Pracowałam kiedyś w bardzo hałaśliwym biurze, open space, kompletny chaos, i wystarczyło mi pięć minut w toalecie, żeby zrobić swoje. Nikt nic nie wiedział, nikt nic nie widział.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Wpisy: 444

@Pelagiusza_J to ciekawe, że mówisz o sekwencji. Bo ja chyba właśnie na tym polegam bardziej niż myślałam. Ten kamień czy zioła, które zabieram - może to nie jest kwestia samych przedmiotów, tylko że one mi uruchamiają tę sekwencję. Jak ich nie mam, to nie wiem od czego zacząć. Trochę jakby ktoś zabrał ci pierwszą kartkę przepisu i nie wiesz co wsypać do garnka jako pierwsze, bo reszta jest oczywista. Choć twoje rozwiązanie z toaletą brzmi... praktycznie. Serio, ile osób w pracy nie ma pojęcia, co współpracownicy robią przez te dwa dodatkowe minuty w łazience.


Odpowiedz
Wpisy: 578
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Ja mam taki problem na innym poziomie - pracuję w miejscu, gdzie część ludzi mnie zna i wie, czym się interesuję, a część nie ma zielonego pojęcia. I to tworzy dziwną sytuację, gdzie z jednej strony mogę sobie postawić na biurku coś ziołowego pod pozorem "to na katar" albo "to zapachowe", a z drugiej muszę pilnować, żeby nie powiedzieć za dużo. Suche zioła w małym pojemniku nikomu nie rzucają się w oczy. Korzeń lubczyku leżący obok laptopa też może być "bo ładnie pachnie". Ale już modlitewna mała tabliczka z runicznym napisem to inna bajka. Macie jakiś pomysł na takie kamuflowanie rzeczy w przestrzeni biurowej?


Odpowiedz
Wpisy: 643
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Szczerze? Myślę że za dużo się zastanawiacie nad kamuflowaniem. Większość ludzi jest tak zajęta sobą, że nie interesuje ich, co masz na biurku. Ja trzymam w szufladzie kilka rzeczy i nikt nigdy nic nie powiedział. Poza tym siła intencji jest ważniejsza niż to, czy ktoś patrzy. Jak robisz coś z przekonaniem, to działa w każdych warunkach.


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Norbert76 "siła intencji" to trochę zbyt ogólne jak na taką rozmowę. Ale co do obserwowania - nie do końca się zgadzam. W niektórych środowiskach zawodowych ludzie BARDZO uważnie obserwują kolegów. Szczególnie w małych firmach albo w korporacjach z bardzo konserwatywną kulturą. Znam osoby, które miały nieprzyjemne rozmowy z przełożonym przez mniej niż ta tabliczka z runicznym napisem. Kamuflowanie nie bierze się z lęku, tylko z rozsądku.


Odpowiedz
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 1036

@Stefcia04 No właśnie, to jest coś, o czym mało się mówi w kontekście praktyk - kwestia oceny ze strony otoczenia zawodowego. Szczególnie jeśli pracujesz w branży, gdzie wizerunek "racjonalnego człowieka" jest częścią profesjonalizmu. Mnie raz koleżanka z pracy zapytała wprost co to za symbol na moim notesie. Powiedziałam, że to skandynawskie wzornictwo i zmieniłam temat. Co jest swoją drogą prawie prawdą, bo runy mają swoje korzenie historyczne i to nie jest żadne kłamstwo.


Odpowiedz
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Pelagiusza_J to akurat eleganckie wyjście. Zioła działają podobnie - lawenda "na stres i do skupienia", szałwia "podobno oczyszcza powietrze", a jeśli ktoś drąży, zawsze można rzucić coś o aromaterapii. Co śmieszne, te uzasadnienia często są równie prawdziwe co ezoteryczne. Szałwia naprawdę ma właściwości antybakteryjne, więc to nie jest żadna manipulacja. Ale co z praktykami, które nie mają żadnego racjonalnego przykrycia? Bo podróż to jedno, ale fabryka albo open space to inna skala problemu.


Odpowiedz
Wpisy: 331
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wchodzę w temat, bo od niedawna pracuję zdalnie w trasie, takie nomadyczne życie. I właśnie zaczynam sobie uświadamiać, że muszę wymyślić jakiś system od nowa. W domu miałem miejsce, miałem wieczorne godziny - wszystko poustawiane. Teraz jestem raz w Gdańsku, raz w Krakowie, raz w jakimś hostelu. I pierwsze dni były ok, bo traktowałem to jak wakacje od wszystkiego, ale po kilku tygodniach poczułem, że coś mi zaczyna brakować. Nie wiem nawet jak to opisać - jakieś zakorzenienie? Czy to w ogóle ma sens to co mówię?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Wpisy: 444

@Sylwester75 ma sens i jest to chyba bardzo powszechne uczucie. To słowo "zakorzenienie" jest tu dosłowne w pewnym sensie - zioła na przykład mają takie właściwości, że same przez się tworzą poczucie ciągłości. Niosę ze sobą tę samą mieszankę od lat i gdziekolwiek ją wąchám, to jest jakiś sygnał dla głowy, że "to moja przestrzeń, to mój czas". Ale czy ty w ogóle masz jakieś stałe elementy, coś co zabrałeś z domu i wozi się z tobą?


Odpowiedz
Wpisy: 200
(@dzidka85)
Połączone: 2 miesiące temu

Przepraszam, że się wtrącam, ale to, co piszecie o zapachach, to mnie naprawdę otworzyło oczy. Nie pomyślałam nigdy o tym w ten sposób - że zapach może być takim kotwiczącym elementem. Ja mam taki problem, że kupiłam sobie ładny kamień turmalinowy z myślą, że będzie mi towarzyszył w podróżach, ale nie wiem jak właściwie go "włączyć" w jakąś praktykę poza domem. Czy on w ogóle "działa" w hotelu? Znaczy, czy w ogóle ma sens zabranie go ze sobą jeśli nie robię z nim niczego konkretnego?


Odpowiedz
5 Odpowiedzi
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Dzidka85 to zależy od tego, czym dla ciebie jest ten kamień - czy to symbol, czy nośnik intencji, czy po prostu fizyczny przedmiot, który pomaga ci się skupić. Bo każde z tych trzech podejść daje inną odpowiedź na pytanie "czy działa w hotelu". Jak to jest u ciebie? Bo jak na razie brzmi to jakbyś go miała, ale nie bardzo wiedziała po co.


Odpowiedz
(@dzidka85)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 200

@Stefcia04 to znaczy, że dla ciebie kamień może być jednocześnie symbolem i nośnikiem intencji? Bo próbuję zrozumieć, czy to w ogóle ma znaczenie, jak go kategoryzuję w głowie, czy bardziej chodzi o to, co z nim robię. Bo mój turmalin kupiłam z konkretną myślą, ale jak go wzięłam do hotelu, to po prostu leżał na stoliku i nic z nim nie robiłam - nie wiedziałam, co właściwie powinnam robić inaczej niż w domu.


Odpowiedz
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Dzidka85 właśnie to pytanie jest clou. Jeśli turmalin w domu jest elementem sekwencji - kładziesz go w konkretnym miejscu, sięgasz po niego w konkretnym momencie - to bez tej sekwencji staje się po prostu minerałem. Co nie znaczy, że jest bezużyteczny, tylko że sam w sobie nic nie robi. Kamień to nie automat, który działa bez operatora.


Odpowiedz
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2326

@Stefcia04 To, co pisze Stefcia, dotyczy szerszego mechanizmu - większość przedmiotów w praktyce działa przez asocjację, nie przez własną "zawartość". To jest blisko tego, jak działa pamięć procedualna. Mózg kojarzy obiekt z zestawem czynności i stanów. Pytanie jest inne: czy da się tę asocjację przebudować, jeśli przedmiot trafi w nowe środowisko? I co trzeba zrobić, żeby go "przeprogramować" na nowy kontekst?


Odpowiedz
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Paradoxa to ciekawy kąt, ale mam wrażenie, że trochę wyprowadza nas z praktyki w stronę teorii. Mnie bardziej interesuje to, co się faktycznie robi, kiedy jesteś w nowym miejscu i chcesz zacząć. Czy ktoś celowo "wprowadza" swoje rzeczy do nowej przestrzeni zanim zacznie z nich korzystać? Jakiś gest, przejście przez pomieszczenie, cokolwiek? Czy po prostu kładziesz i działasz?


Odpowiedz
Wpisy: 522
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Słucham tej rozmowy i przypominam sobie pewien wyjazd służbowy, gdzie przez przypadek trafiłam na nów akurat w środku delegacji w Berlinie. I zrobiłam wszystko co zwykle robię na nów - ale w łazience hotelowej, półszeptem, z kartką papieru zamiast normalnego notesu. Coś w tym było. Inne niż w domu, ale nie gorsze. Może nawet bardziej intensywne przez to, że musiałam się bardziej skupić i ogołocić wszystko z ozdób. Ale nie wiem czy to przypadek tej konkretnej sytuacji, czy coś w tym podejściu.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 1036

@Emilka54 mnie ciekawi ten wątek "ogołocenia". Słyszałam podobne rzeczy od kilku osób - że podróż wymusza pewien minimalizm w praktyce i paradoksalnie to im pomogło zrozumieć, co naprawdę jest rdzeniem ich rytuałów, a co jest tylko przyzwyczajeniem albo dekoracją. Czy ty sama po tym berlińskim nowie wróciłaś do domu i coś zmieniłaś w tym jak robisz to na co dzień?


Odpowiedz
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 522

@Pelagiusza_J tak, i to chyba jest najciekawszy efekt uboczny podróży. Wróciłam i wyrzuciłam połowę rzeczy z mojej przestrzeni, bo zobaczyłam, że ich nie potrzebuję - są ładne, ale zbędne. Zostały mi trzy elementy i to wystarczyło. Choć moja koleżanka, która widzi tę przestrzeń regularnie, zapytała czy się przeprowadziłam. Część rzeczy zniknęła i nagle to było widoczne.


Odpowiedz
Wpisy: 578
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wróćmy może do kwestii fabryk i biur, bo tam jest inaczej niż w hotelu. Hotel masz przynajmniej tylko dla siebie. A zakład produkcyjny albo open space to przestrzeń współdzielona, głośna, pełna cudzych energii - i tak to już ujmę, bo nie ma tu innego słowa. Czy ktoś z was pracuje albo pracował w takim środowisku? Bo mam wrażenie, że te rozwiązania, które działają w hotelu, tam mogą się w ogóle nie sprawdzić.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 643

@Jarzebina pracowałem przez kilka lat w hali montażowej. I tam naprawdę jedyną opcją były rzeczy wewnętrzne. Żadnych fizycznych obiektów, żadnych zapachów - zakaz, BHP, kontrole. Wypracowałem sobie coś w rodzaju krótkiej mentalnej sekwencji na początku zmiany. Trzydzieści sekund, dosłownie. Stoisz przy stanowisku, wkładasz słuchawki ochronne i zanim zaczniesz - robisz swoje. Nikt nie wie, nikt nie widzi. Szczerze mówiąc to było jedno z lepszych rozwiązań jakie znalazłem, bo ta sekwencja jest teraz naprawdę skompresowana i przenosi się wszędzie.


Odpowiedz
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 331

@Norbert76 to trochę zmienia moje myślenie o tym całym temacie. Bo ja gdzieś miałem z tyłu głowy, że bez odpowiedniej przestrzeni i bez rzeczy to w ogóle nie ma sensu zaczynać. A ty mówisz, że to akurat środowisko, które ci to zabrało, nauczyło cię czegoś. Jak długo ci zajęło wypracowanie tej trzydziestosekundowej sekwencji? I czy ona w ogóle coś ci daje, czy to bardziej psychologiczne zakotwiczenie dnia?


Odpowiedz
Wpisy: 2326
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Słucham i mam wrażenie, że większość z was mówi o dwóch różnych problemach jakby o jednym. Jest kwestia logistyczna - jak fizycznie zorganizować praktykę poza domem. I jest kwestia głębsza - czy praktyka bez "całego zestawu" w ogóle jest tą samą praktyką. To drugie pytanie jest poważniejsze, bo dotyka tego, czemu te rytuały w ogóle coś znaczą. Jeśli ktoś potrzebuje konkretnego miejsca, konkretnych przedmiotów i konkretnej godziny, to co to mówi o naturze tej praktyki? Nie oceniam - naprawdę pytam. Sama przez lata myślałam, że mój domowy ołtarz jest niezbędny, a potem spędziłam miesiąc u rodziny bez żadnego dostępu do niczego i odkryłam, że coś ważnego siedzi gdzie indziej.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Wpisy: 444

@Paradoxa to jest chyba najważniejsze pytanie w tym wątku i cieszę się, że ktoś je postawił wprost. Bo ja na nie nie znam odpowiedzi - przynajmniej nie takiej, która by mi pasowała dla wszystkich przypadków. Mam wrażenie, że przedmioty i miejsce działają jak rodzaj rusztowania. Na początku jest ci potrzebne, żeby cokolwiek zbudować. Ale jak budynek już stoi, możesz je zdjąć. Tylko że nie wiesz, że możesz je zdjąć, dopóki ktoś albo coś ci nie zabierze wyboru. Twój miesiąc u rodziny był pewnie właśnie tym - wymuszone rozebranie rusztowania.


Odpowiedz
Wpisy: 643
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Ja tego nie robię i nigdy specjalnie nie myślałem o przeprogramowywaniu. Po prostu wchodzę i zaczynam. Ale rozumiem, skąd pytanie - jest różnica między miejscem, które już znasz i czujesz się w nim swobodnie, a miejscem, gdzie jesteś po raz pierwszy i cały kontekst jest obcy. Hotel w mieście, gdzie bywasz regularnie, to co innego niż hotel w zupełnie nieznanym miejscu.


Odpowiedz
4 Odpowiedzi
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 331

@Norbert76 tak i właśnie to mnie dotyczy najbardziej, bo moje miejsca są za każdym razem inne. Nie mam "tego hotelu w Gdańsku", bo bywam tam raz na kilka miesięcy i zawsze inny pokój. Więc to co mówisz o znajomości miejsca - u mnie nie istnieje. Ciekawe czy da się w ogóle zbudować poczucie ciągłości w praktyce, kiedy jedyną stałą jesteś ty sam.


Odpowiedz
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Wpisy: 444

@Sylwester75 Właśnie to zdanie - "jedyną stałą jesteś ty sam" - to chyba jest punkt wyjścia, od którego powinnam była zacząć ten temat. Bo nie pytam, jak zabrać ze sobą swój kąt rytualny w walizce. Pytam, co z praktyki zostaje, kiedy wszystko zewnętrzne odpada. I po tej rozmowie mam wrażenie, że odpowiedź jest różna dla różnych osób - i że to dobrze.


Odpowiedz
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 522

@Sylwester75 pracowałam przez jakiś czas w modelu podobnym do twojego i odkryłam przypadkowo, że coś co robiłam zawsze w domu - krótka sekwencja oddechowa, nic skomplikowanego - działała tak samo w nowym miejscu, bo nosiłam ją w ciele, nie w przestrzeni. Brzmi banalnie, ale dla mnie to było odkrycie. Czy ty masz cokolwiek takiego? Coś, co robisz zawsze niezależnie od miejsca?


Odpowiedz
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 331

@Emilka54 szczerze, to chyba nie. Albo mam i nie zdaję sobie z tego sprawy. Mam coś w rodzaju nawyku parzenia herbaty rano zanim zacznę cokolwiek - ale to może być po prostu kawa inaczej nazwana, nie wiem czy to w ogóle kwalifikuje.


Odpowiedz
Wpisy: 1036
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

A dlaczego "kawa inaczej nazwana" miałoby dyskwalifikować? Rytuał nie musi być oderwany od codzienności, żeby był rytuałem. W wielu tradycjach te granice w ogóle nie istnieją - ceremonialny czaj w buddyzmie tybetańskim to jednocześnie herbata i coś więcej. Pytanie jest raczej o intencję i powtarzalność, nie o to, czy forma wygląda dostatecznie "poważnie".


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Pelagiusza_J masz rację, ale z tym rozróżnieniem trzeba uważać, bo można wpaść w pułapkę - wszystko staje się rytuałem, więc rytuał nic nie znaczy. Myślę, że kluczowe jest to, czy dana czynność ma dla ciebie świadomą warstwę znaczenia, czy jest tylko nawykiem. Herbata jako nawyk to herbata. Herbata jako moment przejścia - to co innego.


Odpowiedz
Wpisy: 459
(@teodozja_h)
Połączone: 2 miesiące temu

Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy zakładają, że rytuał jest czymś, co się buduje od zera albo co się "ma". A co jeśli to coś, co się odkrywa wstecz? Tzn. patrzę na swoje zachowania i widzę, że pewne rzeczy robię zawsze tak samo w określonych okolicznościach, a nie zdawałam sobie z tego sprawy. Czy to nadal rytuał, jeśli nie był świadomy od początku?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2326

@Teodozja_H to bardzo dobre pytanie i odpowiedź jest - tak, to może być rytuał, tylko nieuświadomiony. Antropologicznie rytuał nie wymaga metarefleksji od uczestnika. Ludzie przez tysiące lat wykonywali rytuały nie nazywając ich rytuałami. Pytanie, które ty stawiasz, to trochę inne pytanie: czy uświadomienie sobie rytualnego charakteru jakiejś czynności zmienia coś w tym, jak ona działa.


Odpowiedz
(@teodozja_h)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 459

@Paradoxa i zmienia?


Odpowiedz
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2326

@Teodozja_H z tego co obserwuję - i u siebie, i słuchając innych - tak, ale nie zawsze na plus. Niektórzy po uświadomieniu sobie czegoś zaczynają to analizować i przez chwilę przestaje działać. Jak z chodzeniem - dopóki nie pomyślisz o każdym kroku, wszystko idzie gładko. To nie jest argument przeciwko świadomości, raczej ostrzeżenie, że przejście wymaga czasu.


Odpowiedz
Wpisy: 578
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Ten efekt - że myślenie o rytuale go na chwilę psuje - znam z własnego doświadczenia. Miałam taki moment, kiedy zaczęłam bardzo świadomie analizować każdy element tego, co robię, i przez jakiś czas wszystko czułam jako sztuczne. Jakby scena teatralna zamiast czegoś prawdziwego. Wróciło dopiero kiedy przestałam się przyglądać i po prostu robiłam.


Odpowiedz
Wpisy: 99
(@karinka54)
Połączone: 6 miesięcy temu

Mam podobnie z jedną rzeczą, którą robię od lat - jak zaczynam o tym myśleć, to się sypie. Więc wolę nie analizować za dużo i po prostu to robić. Może to nie jest mądre podejście, ale działa.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 522

@Karinka54 a nie masz poczucia, że przez to nie wiesz, co tak naprawdę robisz? Rozumiem ostrożność, ale gdzieś w głowie siedzi mi pytanie, czy praktyka, której nie rozumiem, jest naprawdę moja.


Odpowiedz
(@karinka54)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 99

@Emilka54 mam to poczucie, owszem. Ale też nie wiem, czy pełne zrozumienie jest warunkiem skuteczności. To trochę jak z przepisem kulinarnym - możesz go wykonać bezbłędnie nie rozumiejąc chemii, która za nim stoi.


Odpowiedz
Wpisy: 444
Rozpoczynający temat
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

I właśnie tu wracamy do sedna tego wątku - bo w podróży to pytanie staje się bardzo konkretne. Jak jesteś w domu, możesz nie wiedzieć, dlaczego coś działa, bo warunki są powtarzalne. Ale jak zmieniasz środowisko i nagle coś przestaje działać, to zaczynasz się zastanawiać, co właściwie robiłaś. Podróż jako przymusowa analiza - może o to tu chodzi.


Odpowiedz
4 Odpowiedzi
(@teodozja_h)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 459

@Werbena To, co Werbena napisała na końcu - że zmiana środowiska ujawnia, co tak naprawdę trzyma praktykę - to mnie uderzyło. Ale mam pytanie do tej myśli: czy to znaczy, że praktyka "oparta na miejscu" jest słabsza? Czy może po prostu inna, i niekoniecznie trzeba ją przenosić?


Odpowiedz
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2326

@Teodozja_H nie powiedziałabym "słabsza", tylko bardziej krucha w kontekście zmiany. Są tradycje, które celowo przywiązują praktykę do miejsca - jak japońskie rytuały związane z konkretnym gruntem, dziedzicznym domem, przodkami pochowanymi w ziemi. To nie jest błąd projektowy, tylko wybór. Problem zaczyna się, kiedy ktoś nie wie, że jego praktyka jest osadzona w miejscu, i myśli, że jest przenośna.


Odpowiedz
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Paradoxa a jak się to rozpoznaje? Bo szczerze, nie jestem pewna, czy moja praktyka jest przenośna czy nie. Myślę, że tak - ale czy to weryfikuje się dopiero w podróży?


Odpowiedz
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Jarzebina weryfikuje się pod presją, nie koniecznie w podróży. Podróż jest jednym z testów, ale nie jedynym. Choroba, przeprowadzka, zmiana pracy - to wszystko chwile, kiedy widzisz, co jest "twoim" rytuałem, a co było rytuałem twojego pokoju.


Odpowiedz
Wpisy: 331
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Rytuał twojego pokoju - to dobre określenie. Mam wrażenie, że przez ostatnie lata bardzo dużo z tego, co robiłem, było przywiązane do konkretnej szafy, konkretnego okna, konkretnej pory dnia w konkretnym miejscu. I dopiero przy zmianie pracy, kiedy zaczął się ten cały model mieszany, zobaczyłem, że nie ma czego zabrać.


Odpowiedz
8 Odpowiedzi
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 522

@Sylwester75 i co wtedy zrobiłeś? Zbudowałeś coś od nowa, czy zostawiłeś?


Odpowiedz
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 331

@Emilka54 trochę i jedno, i drugie. Zostało parcie herbaty, o którym wcześniej pisałem. Ale reszta po prostu... odpadła. Nie dramatycznie, po prostu przestałem, bo nie było jak. I nie wiem, czy to strata, czy może odkryłem, że to nie było konieczne.


Odpowiedz
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 1036

@Sylwester75 Ten wątek o herbacie mnie nie opuszcza. Sylwester pisze, że nie wie, czy to rytuał czy nawyk. Stefcia mówiła o świadomej warstwie znaczenia jako kryterium. Ale w kulturach, gdzie ceremonialność jest wbudowana w codzienność - chiński gongfu cha, japoński chanoyu - ta granica jest celowo zacierana. Tam pytanie "czy to rytuał czy nawyk" byłoby bez sensu, bo rozróżnienie jest zachodnie.


Odpowiedz
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 643

@Pelagiusza_J ale my nie jesteśmy w Japonii i nie praktykujemy chanoyu. Więc to rozróżnienie chyba jednak obowiązuje? Nie możemy importować ramy bez kontekstu i mówić, że nasze parzenie herbaty jest rytualne, bo gdzieś na świecie tak robią.


Odpowiedz
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 1036

@Norbert76 nie twierdzę, że automatycznie jest. Twierdzę, że samo pytanie "czy to rytuał" implikuje pewną ramę, i ta rama nie jest jedyna możliwa. Możesz tworzyć własną świadomość ceremonialną przy parzeniu czegokolwiek - nie dlatego, że ktoś ci pozwolił, tylko dlatego, że ty wkładasz w to świadomą intencję. Albo nie wkładasz. I to jest twój wybór, nie kwestia tradycji.


Odpowiedz
(@karinka54)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 99

@Sylwester75 Słuchaj, ale ja wracam do tego, co pisał Sylwester - że nie wie, czy strata, czy odkrycie. Bo mnie to brzmi znajomo. Nie zawsze odpadnięcie czegoś jest złe. Czasem po prostu coś skończyło swój czas i lepiej nie ciągnąć tego na siłę przez nowe miejsca.


Odpowiedz
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Wpisy: 444

@Karinka54 Mnie ta myśl Karinka54 trafia - ale równocześnie mam opór. Bo łatwo powiedzieć "skończyło swój czas", kiedy nie wiesz, czy to prawda, czy po prostu poddałaś się logistyce. Skąd wiesz, że odpuszczasz coś, co było gotowe na zakończenie, a nie po prostu nie miałaś cierpliwości, żeby je dostosować?


Odpowiedz
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2326

@Werbena I to jest właśnie to, o czym Werbena pytała na początku. Kiedy zewnętrzne odpada, co zostaje. Odpowiedź Stefci i ta neurobiologiczna rama mówią: zostaje to, co zdążyłaś zinterpretować jako "moje", nie jako "tego miejsca". Ale to wymaga wcześniejszej pracy. Większość ludzi tej pracy nie robi, dopóki nie znajdzie się w hotelu i nie zorientuje się, że nie wie, od czego zacząć.


Odpowiedz
Wpisy: 99
(@karinka54)
Połączone: 6 miesięcy temu

nie wiem i chyba nie zawsze wiem. Ale też nie jestem pewna, czy muszę wiedzieć z góry. Czasem widzę to po czasie - jak coś, co odpuściłam, wraca samo albo nie wraca i okazuje się, że nie musiało.


Odpowiedz
Wpisy: 459
(@teodozja_h)
Połączone: 2 miesiące temu

A jak to jest z powrotami? Bo to jest coś, czego tu jeszcze nie dotknęłyśmy - że po czasie w podróży wracasz do swojego miejsca i praktyka wraca razem z tobą. Albo nie wraca. Albo wraca zmieniona. Ktoś to obserwował?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Teodozja_H u mnie wraca, ale z opóźnieniem. Przez kilka dni po powrocie jest jakiś rodzaj przestawienia. Jakby ciało wróciło, ale ta wewnętrzna konfiguracja potrzebowała chwili. Pierwszy tydzień po dłuższej podróży zawsze jest u mnie trochę rozklejony rytualnie.


Odpowiedz
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 522

@Jarzebina to ciekawe, bo ja mam odwrotnie - powrót jest łatwiejszy niż wyjazd. Wychodzę z założenia, że przestrzeń mnie pamięta bardziej niż ja przestrzeń. Wrócam i jest szybciej. Wyjazd wymaga więcej pracy.


Odpowiedz
Wpisy: 945
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Ta idea, że przestrzeń "pamięta" - to nie jest tylko metafora. Badania nad memory palaces i neurobiologią środowiskową sugerują, że otoczenie działa jak zewnętrzna pamięć proceduralną. Wracasz w to samo miejsce i ciało zaczyna odtwarzać sekwencje, których nawet świadomie nie szukałaś. Czy to duchowe czy neurologiczne - to inna rozmowa, ale mechanizm realny.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 643

@Stefcia04 ale to też tłumaczy, dlaczego nowe miejsca są trudne, prawda? Nie masz tej zewnętrznej pamięci, więc cały ciężar spada na ciebie wewnętrznie.


Odpowiedz
Wpisy: 444
Rozpoczynający temat
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

I właśnie dlatego temat mnie nie opuszcza, bo ta praca - żeby coś było "moje" a nie "tego miejsca" - to chyba nie jest jednorazowa decyzja. To się dzieje stopniowo, przez powtarzanie w różnych kontekstach. Podróż jest jednym z nich. Może najostrzejszym, bo środowisko nie pomaga. Ale nie jedynym.


Odpowiedz
4 Odpowiedzi
(@teodozja_h)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 459

@Werbena To, co Werbena napisała na końcu, jest dla mnie kluczowe - że ta praca dzieje się stopniowo przez powtarzanie w różnych kontekstach. Ale mam pytanie: czy to znaczy, że świadomie szukasz tych różnych kontekstów? Czy raczej podróż i zmiana miejsca same to wymuszają?


Odpowiedz
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Wpisy: 444

@Teodozja_H szczerze - nie szukam świadomie. Raczej zauważam po fakcie, że coś się zdarzyło. Że wyjazd coś we mnie przestawił. Ale czy to strategia, czy po prostu życie daje mi te konteksty samo? Nie wiem. I chyba to jest ok.


Odpowiedz
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Werbena Wracam do tematu tytułu, bo trochę odpłynęłyśmy. Jeszcze nie pojawiło się jedno środowisko, o którym Werbena pisała w opisie wątku - biuro, zakład pracy, przestrzeń zawodowa. Tam masz i brak miejsca, i brak prywatności, i do tego relacje z ludźmi, którzy o niczym nie wiedzą. Jak to u kogoś wygląda?


Odpowiedz
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 643

@Jarzebina no właśnie, bo to zupełnie inny rodzaj ograniczenia niż podróż. W podróży możesz zamknąć drzwi pokoju hotelowego. W otwartym biurze nie możesz nic. Chyba że liczysz wyjście do toalety.


Odpowiedz
Wpisy: 1036
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

A ja się zastanawiam nad czymś innym - wszyscy mówimy o tym, co odpada, co zostaje, co wraca. Ale co z tym, co się rodzi w podróży? Czy ktoś zaczął coś nowego właśnie w ruchu, w nowym miejscu, i to przetrwało powrót?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 522

@Pelagiusza_J tak, i to był dla mnie szok. Przez tydzień w górach robiłam coś zupełnie spontanicznie - rano przy oknie, kilka minut, żadnego planu. Wróciłam i się okazało, że to ze mną zostało. Trwa do dziś. Zaczęło się bez żadnego zamiaru.


Odpowiedz
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 331

@Emilka54 to niesamowite, bo u mnie próby świadomego tworzenia czegoś nowego zwykle nie trzymają się długo. A coś, co weszło bokiem, bez ceremonii, zostaje. Zastanawiam się, czy tu nie chodzi o to, że nie ma nacisku. Brak oczekiwania wobec siebie samej.


Odpowiedz
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Sylwester75 to ma sens poznawczo - kiedy coś robisz bez etykietki "to jest teraz mój rytuał", nie aktywuje się mechanizm oceniania, czy robisz to dobrze. I może przez to jest mniej oporu. Pytanie, czy to można jakoś replikować celowo, czy się samo niszczy przez obserwację.


Odpowiedz
Wpisy: 444
Rozpoczynający temat
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Ja przez kilka lat pracowałam w dużym biurze i miałam coś, co wyglądało z zewnątrz jak zwykły nawyk parzenia herbaty. Nikt nie wiedział, że dla mnie to był świadomy reset między blokami zadań. Nie chodziło o żadne zaklęcia, tylko o pełną uwagę na ten jeden gest przez trzy minuty. Żaden telefon, żadne myślenie o mailu. Tylko herbata.


Odpowiedz
5 Odpowiedzi
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 1036

@Werbena Jest na to angielskie słowo - "stealth ritual". Używają go głównie w antropologii codzienności, ale trafiłam też na to w kontekście współczesnych praktyk miejskich. Coś, co funkcjonuje jako rytuał dla praktykującego, ale jest niewidoczne dla otoczenia, bo mieści się w normalnym zachowaniu. Werbena, twoja herbata to właśnie to.


Odpowiedz
(@teodozja_h)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 459

@Pelagiusza_J czy to nie jest trochę ukrywanie się? Pytam serio, bo nie wiem, jak to oceniać. Z jednej strony rozumiem potrzebę - środowisko zawodowe to nie miejsce na wyjaśnianie. Ale z drugiej - czy coś traci na tym, że musi być ukryte?


Odpowiedz
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Teodozja_H to nie jest ukrywanie się. Prywatność i ukrywanie to różne rzeczy. Nie mówię każdej osobie w pracy o swoich przekonaniach z tego samego powodu, dla którego nie mówię o innych prywatnych sprawach. To nie jest wstyd - to jest granica kontekstu.


Odpowiedz
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 643

@Stefcia04 ale czy nie ma tu ryzyka, że jak coś jest "prywatne" zbyt długo, to przestaje mieć ciężar? Bo część mocy rytuału - cokolwiek przez to rozumiemy - pochodzi chyba ze świadków, z zewnętrznego uznania. Przynajmniej tak to widzę w praktykach, które znam.


Odpowiedz
(@pelagiusza_j)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 1036

@Norbert76 świadkowie są jednym z możliwych mechanizmów nadawania ciężaru, ale nie jedynym. Tradycja solitary work istnieje od zawsze, w każdej kulturze. Nie każda praktyka potrzebuje publiczności. To zależy od tego, skąd czerpiesz znaczenie - z relacji społecznej czy z wewnętrznej intencji.


Odpowiedz
Wpisy: 99
(@karinka54)
Połączone: 6 miesięcy temu

i to właśnie jest ta przenośność, o której wcześniej była mowa. Gest, który wygląda neutralnie na zewnątrz, ale niesie coś wewnętrznie. Bez kostiumów, bez obrony.


Odpowiedz
Wpisy: 522
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Mnie bardziej zastanawia coś innego. W przestrzeni zawodowej, szczególnie jeśli chodzi o fabrykę albo miejsce z monotonną pracą fizyczną, rytmiczność jest już wbudowana. Taśma, maszyna, czas. Czy to w ogóle można przechwycić i zrobić z tego coś własnego, czy to jest zbyt narzucone z zewnątrz?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@sylwester75)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 331

@Emilka54 mój ojciec pracował w zakładzie przez trzydzieści lat i miał swoje "wejście" - zawsze szedł tym samym przejściem, zawsze pierwsza przerwa w tym samym miejscu, zawsze kawę brał z tej samej strony. Nigdy tego nie nazywał żadnym słowem. Ale kiedy zmienili układ hali, przez miesiąc był nie do zniesienia. Więc coś tam działało.


Odpowiedz
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Sylwester75 i to jest chyba najlepszy dowód na to, że rytuał nie potrzebuje etykietki, żeby być rytuałem. Twój ojciec go nie nazywał, ale jego nieobecność była odczuwalna. To mówi chyba więcej niż definicja.


Odpowiedz
Wpisy: 444
Rozpoczynający temat
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

To mnie prowadzi do pytania, które mam od jakiegoś czasu w głowie. Czy jest różnica między rytuałem, który sobie "stworzyłaś" a takim, który po prostu wyrósł? Bo wszystkie przykłady, które tu padają - herbata, ojciec Sylwestra, moje poranne okno u Emilki - to są rzeczy, które się wydarzyły, nie były zaplanowane. A jednak działają. Może planowanie jest przereklamowane?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2326

@Werbena właśnie dotknęła czegoś, co mnie od dawna nie daje spokoju w podejściu do praktyki. Cały ten dyskurs o "świadomym tworzeniu rytuału" zakłada, że kierunek biegnie od zamysłu do działania. Ale może jest też odwrotny - działanie, które powtarzasz, i dopiero potem rozumiesz, że coś z tego wyrasta. I to "wyrośnięte" jest równie prawdziwe, a może nawet trwalsze, bo nie opiera się na woli, która może zawisnąć.


Odpowiedz
(@stefcia04)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 945

@Paradoxa to mnie uderza, bo jest w tym coś z tego, jak działa nawyk według Jamesa - powtarzalne działanie tworzy ścieżkę, a dopiero potem umysł przypisuje jej znaczenie. Ale czy to nie zmienia czegoś fundamentalnie, kiedy to znaczenie zostaje dodane z opóźnieniem? Czy rytuał z odwróconą chronologią to wciąż ten sam rodzaj praktyki?


Odpowiedz
(@paradoxa)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2326

@Stefcia04 to zależy, co uznasz za moment narodzin rytuału. Jeśli działanie, to tak - jest starszy niż jego interpretacja. Jeśli intencja, to jeszcze nie był rytuałem, dopóki ktoś nie spojrzał wstecz i nie powiedział "o, to coś znaczy". Mnie bardziej zastanawia, czy ta wsteczna interpretacja coś zmienia w samym działaniu. Czy parzysz herbatę inaczej, kiedy wiesz już, że to twój rytuał?


Odpowiedz
Wpisy: 444
Rozpoczynający temat
(@werbena)
Połączone: 2 tygodnie temu

Dla mnie - tak. Coś się zmienia. Nie w gestach, ale w uwadze. Kiedy zdałam sobie sprawę, że to, co robię przy tym czajniku, jest dla mnie czymś więcej niż przerwą, zaczęłam to robić wolniej. Nie dlatego, że ktoś mi powiedział. Po prostu samo chciało iść wolniej.


Odpowiedz
5 Odpowiedzi
(@emilka54)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 522

@Werbena ale tu pojawia się pytanie, które mnie trochę niepokoi - jeśli to działanie samo "chciało" zwolnić, to może by się tak stało niezależnie od etykietowania? Albo odwrotnie - może właśnie świadomość zamknęła coś, co działało właśnie dlatego, że było nieuchwytne?


Odpowiedz
(@norbert76)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 643

@Emilka54 No właśnie, i tu wracam do tego, co mówiłem o świadkach i ciężarze. Może to jest to samo zjawisko - kiedy coś nazwiesz albo zauważysz, to z jednej strony nabiera wagi, a z drugiej zaczyna się kurczyć, bo musisz go pilnować. Trochę jak z kwiatkiem, który rośnie ładnie, dopóki się przy nim nie klęczysz z lupą.


Odpowiedz
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Norbert76 to porównanie z kwiatkiem i lupą jest niezłe, ale mam wrażenie, że pominąłeś przypadki, kiedy świadome nazwanie czegoś daje właśnie stabilność. Mówię to z własnego doświadczenia - miałam kilka praktyk, które dryfowały przez lata, bo nie miały żadnej ramy. Nadanie im nazwy - choćby własnej, prywatnej - nie zabiło ich. Umocniło.


Odpowiedz
(@teodozja_h)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 459

@Jarzebina a jak to wyglądało praktycznie? Bo mnie zawsze zastanawia, co to znaczy "nadać nazwę". Czy to jest moment, kiedy piszesz coś w notatniku, mówisz głośno do siebie, decydujesz po prostu w głowie? Bo różnica może być istotna.


Odpowiedz
(@jarzebina)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 578

@Teodozja_H u mnie to było napisane - coś w rodzaju jednego zdania w notesie. Nie deklaracja, bardziej obserwacja. Coś w stylu "to, co robię w piątki wieczorem, jest dla mnie ważne". Tyle. Żadnych nazw z tradycji, nic zewnętrznego. I to wystarczyło, żeby poczuć, że to ma fundament.


Odpowiedz
Strona 1 / 3
Udostępnij: