Trochę i to, i to, jak już mówiłem przy innym przykładzie. Ale tu konkretnie, najpierw był dziwny zastój, poczucie, że nic nie idzie ani w przód, ani w tył. Dopiero gdy przejrzałem notatki i zobaczyłem te dwa kalendarze obok siebie, zrozumiałem co robiłem. Gdybym wtedy nie prowadził notatek, pewnie bym to przypisał czemuś innemu.
To z tymi notatkami jest ważne, bo ja sama zaczęłam je prowadzić po tym, jak coś podobnego mi się przydarzyło. Chodzi o to, że bez zapisu ciężko zobaczyć wzorzec, szczególnie gdy elementy układają się powoli.
I tu jest jeszcze jeden problem, który mało kto porusza. Część tradycji celowo nie udostępnia pewnych warstw wiedzy poza inicjacyjnym kontekstem. Nie dlatego, że są tajne dla zasady, ale dlatego, że przekaz bez kontekstu po prostu nie działa albo działa inaczej niż zamierzono. I wtedy możesz mieć bardzo dobrą intencję, dużo przeczytane, a i tak brakuje ci warstwy, której nie ma w żadnej książce.
To jest coś, o czym rzadko się mówi wprost. W wielu tradycjach jest podział na wiedzę transmisyjną i wiedzę tekstualną. Możesz mieć całą wiedzę tekstualną, komentarze, rytuały, symbolikę, i nadal nie mieć tej pierwszej, bo ona przechodzi przez człowieka, nie przez tekst. I tu nie chodzi o ezoteryczny snobizm, tylko o strukturę przekazu, która jest świadoma i celowa.
Trochę zgubiłam wątek, bo rozmowa poszła głęboko. Ale chciałam zapytać o coś bardziej praktycznego. Czy jeśli ktoś pracuje głównie sam, bez dostępu do żadnej tradycji żywej, to ma w ogóle szansę to zrobić sensownie? Tzn. to łączenie.
I dlatego wracam do notatek, bo to jest jeden ze sposobów na weryfikację własną, która ma jakąkolwiek wartość. Jak piszesz, co robisz i co się dzieje, to masz przynajmniej materiał do sprawdzenia. Bez tego to jest praca w ciemno bez lampki.
Dobra, ale to wszystko zakłada, że mamy czas, energię i zasoby na głębokie badanie każdej tradycji. A co jeśli ktoś po prostu czuje, że jakiś element z innego systemu do niego trafia i chce spróbować? Czy to od razu jest błąd?
Ja to rozumiem tak, że sprawdzasz nie czy "zadziałało", bo to jest za subiektywne, tylko czy element, który wziąłeś, zachowuje się spójnie z tym, co wiesz o jego źródle. To nie jest gwarancja czegokolwiek, ale przynajmniej jest jakiś punkt odniesienia poza własnym odczuciem.
No ale to zakłada, że masz wystarczająco dużo wiedzy o źródle, żeby ocenić spójność. A jeśli właśnie jej nie masz? To jest trochę błędne koło, nie?
Mam wrażenie, że ta rozmowa krąży wokół czegoś, co można by nazwać progu rozumienia, ale nikt nie potrafi go zdefiniować inaczej niż przez opisy. I może właśnie o to chodzi, że tego progu nie da się wyznaczyć z zewnątrz, każdy musi go wyczuć sam. Co nie znaczy, że subiektywizm wygrywa, bo nadal możesz się mylić co do tego, gdzie jesteś.
A czy ktoś próbował kiedyś łączyć systemy, które były ze sobą wyraźnie sprzeczne filozoficznie? Tzn. nie tylko mające inną logikę rytualną, ale wprost różne założenia co do natury rzeczywistości?
Próbowałem, i mogę powiedzieć tyle, że to wymaga bardzo jasnego ustalenia, w jakiej warstwie pracujesz. Jeśli bierzesz element z systemu, który zakłada dualizm ontologiczny, i wkładasz go w system niedualistyczny, to albo jeden z nich traci sens, albo musisz wybrać, w czyjej logice operujesz w danym momencie. Nie da się być w obu naraz, przynajmniej nie bez świadomego zawieszenia jednej z perspektyw.
i jak to wygląda w praktyce, to zawieszenie? Bo mówisz o tym jakby to była techniczna decyzja, ale w trakcie rytuału to chyba nie jest takie proste.
To co mówi Arbogi mi się zgadza z własnym doświadczeniem. Miałem raz taką sytuację, gdzie pracowałem z elementami z dwóch systemów, które miały różne podejście do tego, czym jest wola w rytuале. W jednym wola jest kierownikiem, w drugim raczej obserwatorem. I w pewnym momencie poczułem, że rytuał po prostu stracił spójność, bo moje intencje szły w dwóch kierunkach jednocześnie. Skończyłem wcześniej.
Wchodzę trochę z boku, bo moja praktyka jest trochę inna, głównie tarot, ale mam podobne doświadczenie z mieszaniem systemów interpretacyjnych. Są talię, które łączą kilka warstw symbolicznych i jeśli nie zdecydujesz, którą warstwą operujesz przy interpretacji, karty zaczynają "gadać" kilka rzeczy naraz i żadna nie jest wyraźna. To nie jest kwestia rytuału w klasycznym sensie, ale mechanizm podobny.
A co w przypadku, gdy tradycja, z której coś się bierze, już nie istnieje w żywej formie? Tzn. nie ma kogo zapytać, jest tylko tekst. To wtedy w ogóle można mówić o sensownym łączeniu, czy to jest bardziej rekonstrukcja na własne ryzyko?
Myślę, że to pytanie Gorisa dotyka czegoś istotnego, i to nie tylko dla martwych tradycji. Bo czy każda tradycja nie jest w jakimś sensie rekonstrukcją? Nawet jeśli masz żywego nauczyciela, to on dostał to od kogoś, kto dostał to od kogoś, i gdzieś po drodze rzeczy się zmieniały, traciły warstwy, zyskiwały nowe. Różnica między tradycją z żywą transmisją a martwą to może być bardziej różnica stopnia niż rodzaju.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę z boku. Mówicie o rekonstrukcji jako o czymś odrębnym od łączenia systemów, ale czy rekonstrukcja nie jest w gruncie rzeczy rodzajem łączenia? Tzn. kiedy wypełniasz luki w martwej tradycji, to skąd bierzesz materiał do tych luk? Z innego systemu, z własnego doświadczenia, z intuicji. To jest właśnie mieszanie, tylko bardziej ukryte.
A co jeśli ta spójność, którą odczuwasz przy pracy z fragmentem, jest właśnie sygnałem, że coś działa? Pytam serio, bo słucham i mam wrażenie, że rozmowa idzie w kierunku, gdzie każda praktyka jest z definicji podejrzana, bo nigdy nie masz pewności. Ale gdzieś musi być jakiś punkt, w którym mówisz, to wystarczy.
Mam wrażenie, że ta dyskusja o weryfikacji trochę odpływa od oryginalnego pytania, czyli czy systemy można łączyć bez konfliktu. Wracając do tego, wydaje mi się, że największe konflikty nie są w samej praktyce, tylko w metafizyce za nią. I że można je zminimalizować przez to, że jasno wybierasz jedną metafizykę jako ramę, a z innych systemów bierzesz elementy, które tej ramie służą, nie podważają jej.
To co Arbogi mówi przypomina mi coś, o czym czytałam w kontekście synkretyzmu religijnego w Rzymie. Rzymianie mieli reputację elastycznych w przyjmowaniu obcych kultów, ale to nie było po prostu wrzucanie wszystkiego do jednego worka. Był tam mechanizm interpretatio romana, czyli tłumaczenie obcego bóstwa na własny system przez identyfikację z już istniejącym. Nie mieszali bezpośrednio, tylko przepuszczali przez swoją siatkę. I to może być jakiś model do myślenia o łączeniu.
I właśnie tu wracamy do tego, co pojawiało się wcześniej w tym wątku, że kluczowe jest wybranie jednej ramy i trzymanie jej jako dominującej. Tylko że to brzmi prosto, a w praktyce jest pytanie, czy ta rama jest naprawdę twoja, czy to tylko ta, którą znasz najlepiej w danym momencie.
A skąd w ogóle wiadomo, co jest "głębokim zapleczem", a co jest tylko historycznym opakowaniem? Bo słucham i mam wrażenie, że zakładacie, że każda tradycja ma jakieś nienaruszalne jądro, od którego nie można oderwać poszczególnych elementów. Ale może to jądro to konstrukt, który sami tworzymy patrząc wstecz?
a jak w takim razie odróżnić praktykę, która ma oś, od tej, która tylko wygląda jakby miała? Bo to brzmi trochę jak pytanie bez dobrej odpowiedzi.
