To jest pytanie, które dotyczy chyba sedna całego wątku, nie tylko sytuacji Jaspisowej. Czy rytuał to zdarzenie zamknięte w czasie, czy raczej proces, który trwa? Bo jeśli to drugie, to pośpiech na początku niekoniecznie przekreśla całość - możesz dokończyć to, co zaczęłaś. Tylko wtedy pojawia się inne pytanie: jak długo taki proces może pozostawać otwarty?
Ja trochę gubię się w tej rozmowie, bo zaczęłyśmy od tego czy pośpiech psuje rytuał, a teraz rozmawiamy o tym czy rytuały w ogóle są zdarzeniami czy procesami. To są chyba dwa osobne pytania, prawda? Choć rozumiem, że jedno wynika z drugiego.
Ale to trochę wygodna filozofia, nie? Że zawsze możesz dorzucić coś do 'procesu' i poprawić to co nie wyszło. To trochę brzmi jak usprawiedliwienie dla robienia byle jak, bo zawsze będzie jakieś 'dokończenie'.
To 'okno' to coś, co da się jakoś określić? Dni, fazy księżyca, coś innego? Pytam bo właśnie zastanawiam się czy jeszcze jestem w jakimś sensownym momencie na powtórzenie, czy już minęłam ten punkt.
Ja myślałam, że to zawsze zależy od intencji i od tego co robisz, a nie od czasu. Ale może się mylę.
Jaspisowa, to trudno powiedzieć ogólnie, bo zależy od tego co robiłaś i z jakim celem. Oczyszczanie przestrzeni to jedno, a na przykład praca z konkretną energią ukierunkowaną na coś - to drugie. Czy pamiętasz, w jakiej fazie księżyca to robiłaś? To może coś podpowiedzieć.
O, to jest coś o czym rzadko się mówi wprost - czy wszystkie rodzaje rytuałów są tak samo wrażliwe na warunki zewnętrzne? Bo mam wrażenie, że oczyszczanie jest z nich najbardziej 'wybaczające', a na przykład praca z manifestacją już mniej. Czy to ma sens?
Dokładnie to mi się kręci po głowie. Jak w ogóle mierzy się skuteczność oczyszczania? Jaspisowa mówiła, że jest 'gdzieś pomiędzy' - ale jak to właściwie czujesz? To jest bardzo subiektywne i zastanawiam się, czy są jakieś bardziej... nie wiem, konkretne sygnały na które można zwrócić uwagę.
A co było w tym salonie, jeśli można spytać? Bo mówisz o 'ciążeniu' i o tym zdarzeniu wcześniej - ale nigdy nie powiedziałaś co konkretnie się stało. To wpływa na to jak interpretuję całą tę rozmowę.
Pankracy, to chyba nie jest konieczne do dyskusji o samym rytuale. Jaspisowej nie musi tłumaczyć się z tego, co ją skłoniło do oczyszczania. Skupmy się raczej na tym co dalej.
Nie, w sumie dobrze że zapytał - to była sytuacja rodzinna, napięcie między kilkoma osobami, które rozegrało się właśnie tam. Kilka trudnych rozmów w jednym miejscu i czułam, że to zostało. Nie wiem czy to ma znaczenie dla przebiegu rytuału, ale podejrzewam, że rodzaj energii do oczyszczenia może wpływać na to, jak długo i jak intensywnie trzeba działać.
To ma bardzo duże znaczenie. Energia po intensywnych emocjach między ludźmi jest zupełnie inna niż na przykład zwykłe stagnacja czy 'zaszłości'. W pierwszym przypadku jest aktywna, ma ładunek. I tutaj wracamy do twojego pytania o to, czy rytuał zrobiony szybciej mógł nie wystarczyć - nie dlatego, że byłaś nieuważna, ale dlatego, że sam obiekt pracy wymagał więcej czasu niż mu dałaś.
Właściwie tak. Nie tyle dłuższy, co bardziej świadomy tego, co się oczyszcza. Bo stagnacja to trochę jak kurz - usuwasz i tyle. A ładunek emocjonalny po konkretnych zdarzeniach, między konkretnymi ludźmi, ma coś w sobie co... pozostaje w warstwach. Można to porównać do tego jak zapach dymu po pożarze zostaje w ścianach nawet po wietrzeniu. Jaspisowa, mam pytanie - czy podczas tego rytuału skupiałaś się ogólnie na przestrzeni, czy na czymś konkretnym co chciałaś usunąć?
Ogólnie na przestrzeni. Nie skupiałam się na konkretnym zdarzeniu ani na żadnej osobie. Myślałam raczej o tym, żeby salon 'oddychał' normalnie, żeby nie był naładowany. Teraz jak mówisz o tych warstwach, to zastanawiam się czy nie popełniłam właśnie tego błędu - że byłam za ogólna.
Ale czy to w ogóle jest błąd? Może ogólne oczyszczenie to właśnie pierwszy krok i nie trzeba od razu operować na tym co konkretne. Nie każdy mechanik przy pierwszym przeglądzie rozkłada cały silnik na części.
A to w ogóle jest coś, co można zrobić samodzielnie przy takim konkretnym ładunku emocjonalnym po konflikcie rodzinnym? Pytam szczerze, bo miałam podobną sytuację i nie wiedziałam czy nie lepiej kogoś poprosić z zewnątrz - kogoś kto nie był w to zamieszany emocjonalnie.
No właśnie, ja byłam obecna. Nie jako główna strona, ale byłam. I teraz się zastanawiam czy przypadkiem nie wniosłam do tego rytuału czegoś, co utrudniło mu zadziałanie. Tzn. robiłam oczyszczanie będąc jednocześnie nośnikiem części tego co chciałam usunąć.
To bardzo trafna obserwacja i rzadko kto to zauważa. W niektórych tradycjach jest wręcz zasada, że osoba mocno spleciona z wydarzeniem, które chce oczyścić, powinna najpierw oczyścić siebie - zanim weźmie się za przestrzeń. Inaczej jest ryzyko, że po prostu przeniesie z siebie na przestrzeń i z powrotem. To może być jeden z powodów dlaczego masz to poczucie niedokończenia.
Czyli mamy teraz trzy potencjalne powody dla których Jaspisowej rytuał mógł zadziałać tylko częściowo: pośpiech, brak skupienia na konkretnym źródle, i to że sama była częścią zdarzenia. To się zaczyna kumulować. Jak w ogóle wtedy ocenić co zawiodło?
Mam wrażenie, że za bardzo szukamy tu błędu w technice. A może po prostu to jest coś, co wymaga czasu niezależnie od tego jak się to zrobi.
Właśnie to jest dla mnie najtrudniejsze - żeby odróżnić jedno od drugiego. Jak to rozpoznać? Czy jest jakiś sposób na to żeby sprawdzić czy to naturalny etap czy jednak coś, co wymaga dodatkowego działania?
Ja bym zapytała o sny. Serio. Po rytuałach oczyszczających często coś się dzieje w snach - albo stają się intensywniejsze, albo zaczynają wracać konkretne obrazy. Czy u ciebie coś zmieniło się w tym obszarze odkąd to zrobiłaś?
To może być właśnie sygnał, że coś zostało uruchomione ale nie domknięte. W snach te sprawy często się 'wynurzają' kiedy w jawie coś ruszyłaś ale nie doprowadziłaś do końca. Nie mówię że to reguła, ale mnie by to skłoniło do myślenia że to nie jest 'naturalny etap' tylko właśnie ta niezamknięta połowa.
Wrotycz ma rację i ja też bym tak to odczytała. Sny z tymi osobami po oczyszczaniu przestrzeni, którą z nimi dzieliłaś emocjonalnie - to raczej nie jest przypadek. To że pojawiają się bez konfliktu jest ciekawe - jakby materiał jest, ale jeszcze nie znalazł formy. Mam pytanie do ciebie, Jaspisowa - czy czujesz teraz jakąś niezałatwioną sprawę z którąkolwiek z tych osób? Nie w samym salonie, ale w relacji?
To rozmowa robi się naprawdę ciekawa, bo zaczynamy od pytania czy pośpiech psuje rytuał, a dochodzimy do tego że czasem nie da się skutecznie oczyścić przestrzeni bez przyjrzenia się temu co jest niezałatwione między ludźmi. Jakby przestrzeń i relacje są ze sobą powiązane bardziej niż się zwykle zakłada.
To co Hematytka napisała na końcu mnie zatrzymało. Że domknięcie jest 'gdzie indziej' - nie w rytuale. Ale czy to nie jest trochę obarczanie rytuału odpowiedzialnością za coś, do czego nie był przeznaczony? Tzn. jeśli ktoś robi oczyszczanie przestrzeni, a nie przepracowywanie relacji, to może po prostu robił jedno, a potrzebuje zrobić coś drugiego. I to nie znaczy, że pierwsze zawiodło.
Właśnie to jest mój problem. Wydawało mi się, że robię jedno - oczyszczam miejsce. A potem przez sny i przez to co tu piszecie zaczynam myśleć, że to jest ze sobą splecione. I nie wiem jak podejść do tego 'drugiego'. Oczyszczanie przestrzeni mam jakoś opanowane. Ale przepracowywanie relacji przy pomocy rytuału to już zupełnie inne terytorium dla mnie.
