To jest właściwie osobny temat - praca z relacją versus praca z przestrzenią. Ale żeby nie odpływać za daleko, bo jednak zaczęłyśmy od pośpiechu - mam wrażenie, że Jaspisowa zrobiła to co mogła w danym momencie, może z pośpiechem, może bez pełnej diagnozy, i teraz wiemy co poszło. To jest informacja na przyszłość, nie wyrok.
Ja bym do tego dodała jeszcze jedną rzecz, bo przez chwilę skupiałyśmy się na Jaspisowej i jej konkretnym przypadku - ale temat jest szerszy. Pośpiech przy rytuałach jest często objawem, nie przyczyną. Robimy coś pospiesznie bo jesteśmy w stanie napięcia, chcemy żeby 'to' się skończyło. A to napięcie samo w sobie wpływa na intencję. Czyli błędne koło.
Właśnie o to mi chodziło i nie mam gotowej odpowiedzi. Sama raz czekałam kilka tygodni bo wiedziałam, że jestem za bardzo w środku sytuacji żeby cokolwiek robić. Ale nie wiem czy to jest reguła, bo z kolei są tradycje gdzie robi się rytuał w szczycie emocji właśnie dlatego, że energia jest wtedy największa.
Też o tym myślałam. Bo słyszałam różne podejścia - jedni mówią, rób kiedy spokojny, inni że właśnie w momencie silnego przeżycia. I zastanawiam się czy to zależy od tego co chcesz osiągnąć, czy może od tradycji z jakiej korzystasz.
A skąd ktoś na początku drogi ma wiedzieć do którego rodzaju należy to co chce zrobić? To brzmi jak wiedza, która przychodzi po czasie, a w momencie działania się jej nie ma.
I to jest może sedno całego wątku. Rytuał zrobiony pospiesznie niekoniecznie jest bezużyteczny sam w sobie - ale pośpiech najczęściej skraca właśnie ten etap, który powinien być najdłuższy: zrozumienie co chcę zrobić i po co. Zanim ktokolwiek cokolwiek zapali, powinien być w stanie odpowiedzieć na te dwa pytania bez wahania.
Jak to mówisz, to widzę że u mnie ten etap był krótki albo go nie było. Wiedziałam 'co' - oczyszczenie. Ale 'po co' dokładnie? Żeby było lepiej. To nie jest precyzyjne. I chyba właśnie dlatego efekt też nie jest precyzyjny.
Czytam to od jakiegoś czasu i mam pytanie zupełnie od innej strony - bo dopiero zaczynam się tym interesować i nie chcę wchodzić z głupim pytaniem, ale ono mi siedzi. Czy to co opisujecie jako 'efekt' rytuału jest mierzalne? Tzn. Jaspisowa mówi o snach, o tym że jest 'w połowie' - ale jak ktoś z zewnątrz albo ktoś na początku miałby ocenić czy rytuał zadziałał, to co sprawdza?
Też bym dorzuciła do tego co Hematytka mówi - sny są dla mnie jednym z bardziej czytelnych sygnałów. Ale to wymaga żebyś je śledził. Jeśli ktoś ich nie zapisuje i nie wraca do nich, to ta 'miara' odpada. Generalnie myślę, że intencja którą wkładasz na początku powinna zawierać też jakiś punkt gdzie powiesz 'po tym poznasz że zadziałało'.
To jest coś czego nie robiłam nigdy. Żeby z góry określić co będzie sygnałem że zadziałało. Robiłam i potem oceniałam po omacku czy 'jakoś lepiej'. Ale to jest bardzo ogólne.
I to jest może największy problem z rytuałami robionymi pospiesznie - nie ma czasu na to żeby to wcześniej przemyśleć. Intencja jest niewyraźna, kryterium sukcesu żadne, i potem jesteśmy w sytuacji Jaspisowej - jest jakiś efekt, ale nie wiemy co z nim zrobić.
Czyli wracamy do początku wątku, ale chyba z innego miejsca. Pośpiech nie zniszczy rytuału z automatu, ale sprawia, że wszystkie te rzeczy - intencja, diagnoza, kryterium - zostają pominięte. I wtedy nie ma jak ocenić co się stało. Mam wrażenie, że gdybym powiedziała sobie na początku 'po tym poznasz że zadziałało' - już sama ta myśl wymusiłaby na mnie zwolnienie.
Dokładnie tak to działa. Sam proces formułowania kryterium zmusza do zatrzymania. I może to jest prostsze do zapamiętania niż cała lista warunków - zanim zaczniesz, powiedz sobie po czym poznam że to co chcę osiągnąć, zostało osiągnięte. Jeśli nie umiesz tego powiedzieć, to jeszcze nie czas.
To co Modrzewka napisała na końcu - to jest takie proste, że aż zastanawiam się czemu nikt mi tego wcześniej nie powiedział. 'Powiedz po czym poznasz że zadziałało.' Żadna lista kroków, żaden schemat. Tylko jedno pytanie. A wychodzi na to, że jeśli na nie nie umiesz odpowiedzieć, to jesteś za wcześnie w procesie.
Właśnie posłuchaj co sama napisałaś - trzy konkretne rzeczy. To jest gotowe kryterium, które można monitorować. A ile czasu zajęło ci sformułowanie tego? Może dwie minuty w rozmowie. Gdyby ktoś zrobił rytuał z pośpiechem i bez tego etapu, pominąłby dwie minuty które decydują o tym czy w ogóle wie co mierzy.
U mnie tak było dokładnie. Kupiłam, co trzeba, poczytałam jak to zrobić, zrobiłam. A tego 'siedzenia i myślenia' praktycznie nie było. Może pięć minut, może mniej. I teraz jak patrzę wstecz to ten krok to był właściwie cały rytuał, a reszta była jego zewnętrzną formą.
To co mówisz bardzo mi coś wyjaśnia. Przez chwilę myślałem, że rytuał to głównie te zewnętrzne elementy - co zapalasz, co mówisz, jak to ustawiasz. A wychodzi że to jest jakby opakowanie na coś, co dzieje się wcześniej i jest ważniejsze.
Ale właśnie - to co Modrzewka mówi o ciele. Czy ktoś świadomie pracuje z tym jak się fizycznie czuje przed rytuałem? Pytam, bo nie spotkałam się z tym zbyt często w tym co czytam, a wydaje mi się że to jest ważne.
Czy to jest jakaś konkretna technika czy po prostu skan ciała przed?
To jest coś co mogłabym zacząć robić od zaraz. Bez żadnych dodatkowych przygotowań. Po prostu - zanim zacznę, sprawdzam ciało. Po tym co się tu dzieje w tym wątku mam wrażenie że zaczęłam rozumieć rytuały zupełnie inaczej niż jak zaczynałam czytać ten temat.
Wracając do tytułu wątku, bo trochę odpłynęłyśmy - czy ktoś ma przykład rytuału zrobionego pospiesznie, który jednak dał coś konkretnego? Nie żebym szukała usprawiedliwienia dla pośpiechu, po prostu zastanawiam się czy są wyjątki od tego co tu ustalamy.
Ja miałam jeden taki moment. Nie planowałam nic, ale byłam w bardzo konkretnym stanie - coś musiało wyjść, wiedziałam dokładnie po czym poznam że wyszło. Zrobiłam coś szybko, prawie bez formy, i efekt był. Ale teraz jak o tym myślę - miałam to jedno kryterium bardzo jasne. Może to był ten element który zadziałał mimo pośpiechu.
To jest ciekawe. Czyli miałaś pośpiech w formie, ale nie miałaś pośpiechu w intencji. I efekt był. To pasuje do tego co tu mówiłyśmy przez ostatnie kilkanaście postów - forma może być skrócona jeśli fundament jest solidny. Pytanie co jest fundamentem.
A co jeśli ktoś zna formę bardzo dobrze, powtarzał ją wiele razy - czy wtedy pośpiech ma mniejsze znaczenie? Bo może przy czymś rutynowym ciało i umysł wchodzą w stan automatycznie, bez długiego przygotowania?
To jest paradoks z którym sama się zmagam przy runach. Im więcej pracy, tym płynniej idzie - ale ta płynność czasem za bardzo wygląda jak automatyzm. I zastanawiam się czy jest sposób żeby utrzymać i jedno i drugie. Ale to chyba temat na osobny wątek.
To co opisujesz Kasjopejo brzmi trochę jak efekt który w psychologii sportowej nazywają overlearning - kiedy coś jest tak wyćwiczone że przechodzi do trybu automatycznego i mózg przestaje angażować pełną uwagę. W sporcie to jest pożądane przy technice, ale przy czymś gdzie intencja ma znaczenie to może być pułapka.
I tu wracamy do pośpiechu w innym sensie. Nie chodzi tylko o to że masz dziesięć minut zamiast godziny, ale też o to że wchodzisz w coś bez tej chwili sprawdzenia czy w ogóle jesteś przy tym. Można mieć mnóstwo czasu i zrobić wszystko pospiesznie wewnętrznie.
