Runolog ma rację i to jest coś, co mnie też zastanawiało w tej rozmowie od początku. Karrot pytał o porę i skupienie, a my szybko weszliśmy w psychologię kotwic, która jest ciekawa, ale jednak omija połowę pytania. Czy ktoś tu faktycznie pracuje z godzinami planetarnymi albo czymś podobnym i może powiedzieć, czy robi to różnicę w praktyce?
Ja kiedyś przez kilka miesięcy próbowałem godzin planetarnych. Aplikacja, obliczanie, robienie wszystkiego w 'odpowiednim' oknie. I nie powiem, że nic z tego nie wynikło, ale nie jestem w stanie oddzielić efektu pory od efektu tego, że w tamtym okresie byłem po prostu bardziej skupiony i zdyscyplinowany. To jest klasyczny problem obserwatora - zbyt wiele zmiennych naraz.
Powiem szczerze - po wielu latach przestałam się tym przejmować. Nie dlatego, że problem jest bez znaczenia, ale dlatego, że odpowiedź 'nie wiem, czy to pora czy moje nastawienie' nie zmienia tego, co robię. Działam tak samo niezależnie od odpowiedzi. I może to jest coś, co dopiero przychodzi z czasem, że przestajesz potrzebować weryfikacji, a zaczynasz po prostu obserwować.
Zastanawiam się, czy to zbieranie danych, o którym Martusia mówi, nie jest właśnie tym, co odróżnia praktykę od eksperymentu. Tzn. praktyka zakłada pewne zaufanie, że coś działa, nawet jeśli nie wiesz jeszcze dlaczego. Eksperyment zakłada, że sprawdzasz. I może obie postawy są OK, ale dają inną jakość doświadczenia? Nie mówię, że jedna jest lepsza.
Wracając do tego, od czego zaczęłam pytać - czyli zmęczenie i plany na wieczór - to teraz widzę, że mój problem nie jest tylko o porze. On jest o tym, że jak jestem zmęczona, to nie chce mi się niczego robić i szukam usprawiedliwienia, żeby nie robić. Pora dnia jest akurat pierwszą wymówką. Ale może to właśnie wtedy ta skrócona wersja ma największy sens - nie żeby osiągnąć coś kosmicznie ważnego, tylko żeby w ogóle coś zrobić.
Witchling77 napisała coś, co mnie zatrzymało - że pora dnia to tak naprawdę pretekst, a nie prawdziwy problem. I trochę się z tym zgadzam, bo sam to u siebie widzę. Tylko nie wiem, czy to znaczy, że pora jest nieważna, czy że stała się dla mnie wyjściem awaryjnym. To są dwie różne rzeczy.
To rozróżnienie, które Karrot robi, jest moim zdaniem kluczowe. Pora jako wyjście awaryjne to mechanizm obronny. Pora jako realna zmienna w praktyce - to coś innego. Problem polega na tym, że sam uczuciowo nie zawsze odróżniasz jedno od drugiego w momencie, kiedy to robisz.
Właśnie ta kwestia notatek - ja próbowałam przez jakiś czas robić coś w rodzaju dziennika praktyki i zapisywać m.in. porę. I wiesz co, po kilku miesiącach miałam dane, ale i tak nie umiałam z nich wyciągnąć jednoznacznego wniosku. Bo jak mam dwa udane rytuały rano i trzy nieudane wieczorem, to czy to pora, nastrój tego konkretnego wieczoru, a może że byłam głodna? Zmiennych jest za dużo.
Mnie ta rozmowa o notatkach i zmiennych przypomina dyskusję, którą kiedyś widziałem w kontekście badań nad medytacją - tam też problem jest taki, że nie da się kontrolować wszystkich warunków, kiedy sam jesteś obiektem obserwacji. Jeden z argumentów był taki, że subiektywne notatki mają wartość nie jako dane, tylko jako materiał do rozmowy ze sobą o własnej praktyce. Tzn. nie szukasz prawdy zewnętrznej, tylko uczysz się lepiej opisywać swoje stany.
No tak, ale może właśnie to jest odpowiedź na twoje oryginalne pytanie z początku wątku? Że pora ma znaczenie nie sama w sobie, ale w tym jak ty ją przeżywasz. Jeśli rano czujesz się bardziej skupiony i w notatkach widzisz, że to przekłada się na przebieg praktyki, to pora ma dla ciebie znaczenie - subiektywnie, ale realnie.
Ale czekajcie, bo mi się tu coś kręci w głowie. Jeśli pora ma znaczenie tylko subiektywnie, to skąd wzięły się te wszystkie systemy z godzinami planetarnymi, z porami rytuałów o świcie albo o północy? To chyba nie było tylko na podstawie tego, jak poszczególni ludzie się czuli rano kontra wieczorem?
A można zapytać - bo jestem ciekawa - co dokładnie Runolog ma na myśli mówiąc 'wymaga osobnego uzasadnienia'? Czyli że te systemy są nieuzasadnione, czy że uzasadnienie jest, ale inne niż fizjologiczne?
Wtrącę się tu, bo to rozróżnienie, które Runolog robi, jest dla mnie o tyle ważne, że sama przez długi czas myliłam te dwie warstwy. Robiłam coś o świcie, działało, i przypisywałam to Merkuremu - a mogło to być po prostu to, że rano jestem spokojniejsza. I odwrotnie - jak coś nie działało wieczorem, myślałam że zły układ planet, a może po prostu byłam zmęczona. Teraz staram się pytać siebie, z której warstwy to pochodzi zanim wyciągnę wniosek.
a jak sie ma do tego rytm dobowy ktory lekarze badaja? bo czytalem ze sa ludzie ktorzy sa rano aktywni a wieczorem nie i odwrotnie i ze to jest genetyczne troche. czy dla osoby nocnej pora nocna bedzie lepsza do rytualu mimo ze system planetarny mowi cos innego?
To co Zenek mówi o dwufazowym śnie jest dla mnie nowe i trochę wywraca myślenie. Bo jeśli 'środek nocy' kiedyś był porą przebudzenia i czuwania między dwoma snami, to rytuały o północy mogły być zaplanowane na moment, kiedy ludzie naturalnie nie spali. A teraz robimy to samo o godzinie, kiedy większość z nas jest w głębokim śnie albo właśnie z niego wychodzi z trudem.
Zatrzymałabym się przy tym co Mimoza powiedziała, bo to zmienia całą rozmowę o porze. Jeśli pora jest skrótem do konkretnego stanu fizjologicznego i psychicznego, to de facto mówimy o stanie, a nie o zegarze. I wtedy pytanie z tematu nabiera innego sensu - bo Karrot pytał czy pora ma znaczenie, a tu wychodzi, że może pora jest tylko wskaźnikiem czegoś innego.
No i to jest ciekawe, bo jak to tak postawicie, to moje pierwotne pytanie trochę się rozmywa. Zacząłem od tego czy jest jakaś 'właściwa' pora, a skończyliśmy na tym, że pora to może być tylko pośredni miernik stanu skupienia. Ale mimo wszystko - jak ktoś zaczyna i nie wie jeszcze, kiedy ma ten swój 'stan', to może jednak lepiej zacząć od jakiegoś ustalonego czasu jako punktu odniesienia?
A skąd wiesz że jeszcze nie wiesz? Serio pytam, bo wydaje mi się, że intuicyjnie ludzie czują kiedy są bardziej skupieni - tylko może nie kojarzą tego z porą dnia.
Właśnie - ja zanim zaczęłam myśleć o tym w kategoriach rytualnych, to po prostu wiedziałam, że wieczorami mam inną głowę niż rano. To chyba nie jest wiedza specjalistyczna, to po prostu samoobserwacja.
To co Runolog opisuje bardzo mi pasuje do rozróżnienia między rytuałami, które polegają na zanurzeniu - np. wizualizacje, praca z symbolem, medytacja z obrazem - a tymi, które wymagają precyzji intencji i jasnego sformułowania tego co chcesz osiągnąć. Te drugie chyba rzeczywiście lepiej wychodzą kiedy jesteś w pełni przytomna.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i muszę powiedzieć - to co Edek mówi jest dla mnie sedno. Jak patrzę na tradycje runiczne, to tam też jest różnica między rytuałami galdrów, gdzie chodzi o precyzję dźwięku i intencji, a blótem, które jest bardziej wspólnotowe i zmysłowe. To nie jest przypadkowe, że pierwsze robi się przy pełnej przytomności, a drugie często przy zachodzie, kiedy granica między stanem dziennym a nocnym się zaciera.
No dobra, ale wracając do tego co Kornelia napisała - jeśli różne typy działań mają różne przypisane pory, to jak w praktyce ktoś to rozpoznaje? Że ten rytuał jest 'precyzyjny', a ten 'zanurzeniowy'? Bo dla mnie to trochę jak teoria, która brzmi sensownie, ale nie wiem jak to przełożyć na coś konkretnego.
To chyba wychodzi w trakcie, nie przed. Zanim zaczniesz robić coś regularnie, nie zawsze wiesz jakiego rodzaju uwagi to wymaga. Niektóre rzeczy po prostu zaczynają się 'kleić' o konkretnej porze i dopiero wtedy rozumiesz dlaczego - bo twój umysł jest wtedy w takim a nie innym trybie.
Rozpoznanie przychodzi przez porażki, szczerze mówiąc. Jak zrobisz wizualizację rano, zaraz po wstaniu, i nie możesz wejść w obraz bo jesteś zbyt czujny i krytyczny, to się dowiadujesz, że dla ciebie to nie jest poranna aktywność. Albo odwrotnie - próbujesz późno wieczorem sformułować precyzyjną intencję i wychodzi ci mętlik. To nie jest wiedza z podręcznika.
A czy ktoś tu robił kiedyś ten sam rytuał o różnych porach celowo, żeby porównać? Nie z powodu logistyki tylko właśnie eksperymentalnie? Bo ja nigdy tak nie myślałam o tym, zawsze miałam jedną porę i nie zmieniałam.
A wracając do tego o czym Zenek mówił - że rano jest bardziej mechanicznie - to mnie zastanawia czy 'mechanicznie' to naprawdę coś złego. Może dla pewnych rzeczy właśnie tego chcesz, żeby nie wnosić za dużo emocji i być zdystansowanym?
No i tu wracamy do początku całej rozmowy - bo Karrot zaczął od pytania czy pora dnia ma znaczenie, a my właśnie dochodzimy do tego że problemem nie jest pora sama w sobie, tylko to czy jesteś obecny w tym co robisz. Pora może sprzyjać albo przeszkadzać tej obecności, ale jej nie zastąpi.
