Zastanawiam się od jakiegoś czasu czy rytuały, które robimy dla siebie, da się jakoś przenieść na uczniów. Mój siostrzeniec ma w tym roku egzamin ósmoklasisty i wyraźnie widać, że coraz bardziej się blokuje. Nie chodzi mi o jakieś cuda, tylko o to, żeby mu pomóc się skupić i trochę odblokować tę głowę. Słyszałam różne opinie na ten temat, jedni mówią że to nie ma sensu robić czegokolwiek za kogoś bez jego wiedzy, inni że jak robisz w dobrej intencji to jest ok. Ciekawi mnie jak wy do tego podchodzicie, bo znam tu kilka osób które mają dzieci albo pracują z młodymi ludźmi.
Robiłem kiedyś coś podobnego dla swojego syna, ale on był wtedy starszy, miał z osiemnaście lat i świadomie w tym uczestniczył. To według mnie robi sporą różnicę. Zupełnie inaczej działa rytuał, który ktoś świadomie przyjmuje, a inaczej coś robionego 'za' kogoś bez jego wiedzy. Ale to moje podejście, wiem że nie wszyscy się z tym zgadzają. Co do samego tematu skupienia u uczniów, myślę że jest kilka kierunków. Cytryn, rozmaryn i mięta były u różnych tradycjach łączone z klarownością myślenia. To nie jest przypadek że w bibliotekach kiedyś wieszano właśnie zioła z tej grupy.
Zgadzam się z Mikolajkiem co do tej świadomości, ale jednocześnie zastanawiam się jak to ugryźć kiedy masz do czynienia z dzieckiem. Trzynastolatek raczej nie będzie siedział i świadomie intencjonował nad świecą. To fizycznie niemożliwe. Może chodzi o coś innego, o stworzenie odpowiedniego środowiska a nie o rytuał skierowany bezpośrednio na osobę?
To jest już zupełnie inna rozmowa jeśli chodzi o metodykę. Przestrzeń do nauki to przestrzeń, nie osoba. Możesz robić co chcesz z własnym domem. Oczyszczenie miejsca gdzie ktoś się uczy, ustawienie kamieni sprzyjających koncentracji, dobór zapachu, to wszystko wpływa na środowisko. Oczywiście można to nazwać rytuałem, ale można też nazwać po prostu dbaniem o przestrzeń. Runę Ansuz stawiałem synowi na biurku przez jakiś czas, on wiedział co to jest, ale traktował to bardziej jak dekorację. I jakoś działało, choć nie powiem żeby to był jedyny czynnik.
Ansuz to interesujący wybór jeśli chodzi o naukę, bo ta runa tradycyjnie łączy się z komunikacją, mową, ale też z przekazywaniem wiedzy. Czy stawiałeś ją konkretnie na biurku czy chodziło ci bardziej o stronę gdzie siedzi, o kierunek?
A czy ktoś próbował czegoś z kryształami? Chodzi mi konkretnie o fluoryt, bo czytałam że jest kojarzony właśnie z koncentracją i porządkowaniem myśli. Moja koleżanka dawała córce do plecaka i podobno dziewczyna przestała się tak bardzo stresować sprawdzianami. Ale nie wiem na ile to był kryształ a na ile efekt placebo i poczucie że 'mam przy sobie coś co pomaga'.
To jest pytanie z gatunku tych na które nie ma jednej odpowiedzi. Efekt placebo to też efekt, i nie należy go bagatelizować. Natomiast z mojego doświadczenia fluoryt faktycznie robi coś ze środowiskiem, kiedy leży na miejscu gdzie się pracuje umysłowo. Czy robi to samo w plecaku? Nie wiem, tam go chyba nosi się bardziej jako talizman niż żeby korzystał z jego obecności w przestrzeni.
Hej, trochę z boku ale mam pytanie, bo mi to dało do myślenia. Mówicie o rytuałach dla uczniów, ale czy chodzi wam o dzieci w sensie 'małe dzieci' czy może o studentów też? Bo wydaje mi się że to jest zupełnie inne podejście. Student może sam sobie coś robić, dziecko w podstawówce raczej nie.
Czytam to i zastanawiam się, czy jest jakiś rytuał który można by zrobić razem z dzieckiem, żeby to nie wyglądało jak 'magia' tylko jak coś normalnego? Bo nie każdy rodzic chciałby tłumaczyć dziecku czym jest runa albo kryształ, część rodziców wolałaby żeby to było po prostu... niezauważone w pewnym sensie.
Przy okazji tej rozmowy o herbatach i zapachach warto zerknąć na to jak pamięć węchowa wpływa na przyswajanie informacji. To jest bardzo dobrze udokumentowane neurobiologicznie. Jeśli uczysz się czegoś przy konkretnym zapachu i potem masz ten zapach przy sobie na egzaminie, toruje to dostęp do zakodowanych wspomnień. Tradycje ezoteryczne odkryły to empirycznie setki lat przed neurobiologią. Rozmaryn był dosłownie noszony przez studentów w Oksfordzie i Cambridge przed egzaminami w XVI-XVII wieku, to nie jest mit.
Jest kilka odniesień w literaturze tamtego okresu, m.in. Shakespeare wspomina rozmaryn 'for remembrance' w Hamlecie, ale to akurat fikcja literacka czerpiąca z powszechnej wiedzy. Bardziej konkretnie, w angielskich ziołoleczniczych kompilacjach jak Culpeper's Herbal z 1652 roku rozmaryn jest wprost opisany jako środek wzmacniający pamięć i pracę mózgu. Studenci nosili go przy sobie, tkali w wianki. To nie była magia w ówczesnym rozumieniu, to była medycyna. Granica między nimi była płynna.
To bardzo ciekawe co mówisz Arat, bo zastanawiam się czy to oznacza że rytuały związane z nauką mają jakiś 'rdzeń' który się powtarza niezależnie od tradycji. Zioła na pamięć, jasne kolory, konkretne chwile dnia. Czy to jest coś co można potraktować jako pewien wzorzec?
Wracając do praktyki, bo trochę odpłynęliśmy, miałam kiedyś w pracy dziewczynę która chciała coś zrobić przed maturą. Zrobiłyśmy prostą rzecz, oczyszczenie przestrzeni gdzie będzie się uczyć, zapach rozmarynu w dyfuzorze przy biurku, jeden kamień i prosta intencja wypowiedziana na głos. Poprosiłam żeby to robiła przez kilka tygodni jako stały rytuał przed siadaniem do nauki, żeby sygnalizować głowie 'teraz czas skupienia'. Matura poszła dobrze. Ale ona też solidnie się uczyła, więc nie przypisuję tego tylko rytuałowi.
To co opisała Brygidka to trochę idealny scenariusz, bo miała bezpośredni kontakt z tą osobą. A jak to zrobić kiedy pracujesz na odległość, bo siostrzenica mieszka u siostry, nie u ciebie? Czy samo ustawienie intencji za kogoś bliskiego ma sens bez fizycznej obecności w tej przestrzeni?
Odległość to nie jest zmienna która uniemożliwia pracę, ale rzeczywiście zmienia warunki. Jeśli nie masz dostępu do tej przestrzeni fizycznie, możesz pracować przez symbol. Zdjęcie miejsca, naszkicowanie pokoju, cokolwiek co tę przestrzeń reprezentuje. Choć przyznam że nigdy nie robiłem czegoś takiego dla kogoś innego, tylko dla siebie.
Ja pracowałam na odległość może dwa, trzy razy i za każdym razem kluczowe było to żebym miała coś fizycznego z tego miejsca albo od tej osoby. Nawet jeśli to był tylko opis. Ale szczerze, przy czymś takim jak przestrzeń do nauki w cudzym domu, dużo łatwiej po prostu zapytać siostrę czy może zapalić przy biurku konkretną świecę i w konkretnym kolorze. Efekt podobny, bez kombinowania.
A musi wiedzieć że to runa? Fluoryt wygląda jak zwykły ładny kamień, świeca zapachowa to zwykła świeca zapachowa. Nie ma potrzeby opatrywać tego etykietką. Sceptyczni ludzie często podchodzą do tych rzeczy spokojniej jeśli po prostu nie ma na to nazwy.
Trochę mi w tym siedzi takie pytanie, trochę filozoficzne może. Czy jeśli ktoś używa kamienia albo pali świece nie wiedząc że to ma jakieś działanie, to czy to w ogóle działa? Mam na myśli, czy intencja musi byc po stronie dziecka, rodzica, ciotki, czy kogokolwiek w tym układzie?
Brygidka ma rację co do strony biochemicznej. Ale jest druga warstwa, jeśli chodzi o rytuał jako taki. Rytuał to nie tylko substancja, to też struktura działania, powtarzalność, moment wyłączenia się z chaosu. Sam akt przygotowania miejsca do nauki, nieważne jak wytłumaczony, zmienia stan gotowości. To ma solidne oparcie w psychologii poznawczej, nie tylko w ezoteryce.
A czy ktoś wie jak to się ma do numerologii? Pytam bo ostatnio czytałam że konkretne dni i godziny mają swoje 'wibracje'... zaraz, nie powinnam tego słowa używać. Znaczy, konkretne dni mają swoją numerologiczną wartość i że nauka w te dni może być efektywniejsza. Czy ktoś to sprawdzał w praktyce?
Tak, środa to dies Mercurii i w numerologii jest to zazwyczaj wiązane z liczbą 5. Piątka jako liczba ruchu, komunikacji, szybkiego uczenia się. Więc jeśli ktoś robi jakikolwiek rytuał wspierający naukę, środa jest naturalnym momentem na jego inicjowanie, niezależnie od systemu.
To znaczy że mogłabym np. zawsze z synem zaczynać powtórki materiału w środę? Jakby zrobić z tego regularną zasadę, nie tłumacząc mu całego tła, po prostu 'środa to dzień nauki'?
Właśnie! I to chyba jest właśnie ten klucz przy pracy z dziećmi. Rytuał niekoniecznie musi być podpisany jako 'rytuał'. Moja siostra robi z córką taką rzecz że przed każdym sprawdzianem jedzą razem śniadanie z jajkiem bo 'jajko daje moc do myślenia'. Kompletnie wymyślone, ale dziecko idzie na test spokojniejsza bo ma swój stały punkt.
I tu wracamy do rdzenia tego co rozmawialiśmy. Rytuał jako stabilizator, nie jako 'magiczne zaklęcie'. Funkcja psychologiczna jest nie do przecenienia, szczególnie przy stresie egzaminacyjnym. To nie jest kwestia wiary w konkretny system, to kwestia tego że powtarzalne działania obniżają lęk anticipacyjny. Sportowcy mają swoje rytuały przedstartowe i nikt im nie tłumaczy że to ezoteryka.
To co Arat mówi o wyciszeniu przed nauką ma sens, bo ja testowałam na sobie różne rzeczy i faktycznie muzyka którą słucham 'żeby się pobudzić' przed nauką często działa odwrotnie. Głowa krąży wokół tekstu piosenki zamiast wokół materiału. A takie kilka minut ciszy z kawą i bez telefonu robiło więcej niż jakakolwiek playlista.
A propos tej powtarzalności, mam pytanie bo mnie to od jakiegoś czsu nurtuje. Czy rytał który ktoś robi regularnie, ale nigdy nie miał żadnej intencji przy nim wyraźnie formułowanej, może działać? Mam na myśli że coś robimy z przyzwyczajenia, nie myśląc o tym konkretnie, i czy to jest jeszcze rytał czy już nawyk?
Właśnie ta kwestia intencji jest dla mnie kluczowa przy czymkolwiek robionym dla innej osoby. Kiedy pracuję z czakrami u kogoś, nie wystarczy że fizycznie przeprowadzę procedurę, muszę mieć jasno ustawioną intencję. Bez tego to trochę jak śpiewanie słów piosenki bez rozumienia o czym ona jest.
