To co Caroletta mówi jest ważne i chyba niewystarczająco powiedziane w tej rozmowie. Mamy tendencję do myślenia, że jak kogoś kochamy, to nasze wyobrażenie o nim jest trafne. A to są dwie różne rzeczy. Można bardzo kochać i mieć kompletnie cudzy obraz potrzeb tej osoby.
Wróćmy może do tego co Leokadia pytała, bo to mi się kręci w głowie - czy te kryteria da się posortować. Mam wrażenie, że to co tutaj wychodziło to coś takiego: najpierw pytasz 'czy mam w ogóle wchodzić', potem 'z czym wchodzę - z obrazem czy z otwartością', a dopiero na końcu ewentualnie 'jak'. Czy to jakoś pasuje do tego co różne osoby tutaj mówiły?
Magini ładnie to zebrała, choć mam poczucie że brakuje jeszcze jednego kroku - między 'mam wchodzić' a 'z czym wchodzę' jest pytanie 'skąd w ogóle wiem, że ta osoba czegoś potrzebuje'. Bo to może być sygnał prawdziwy, a może być właśnie ta projekcja, o której mówi Jarzebina. I to jest najwcześniejszy punkt całego tego procesu.
A jak rozpoznać, że ten sygnał - że ktoś czegoś potrzebuje - jest prawdziwy? Masz jakiś sposób weryfikacji, czy to zawsze jest trochę domysł?
To co Leokadia opisuje - weryfikacja przez rzeczywistość - jest dla mnie przekonującym kryterium. Ale mam pytanie: co jeśli osoba jest bliska, sama nie mówi że coś jest nie tak, ale ty widzisz że jest? Czy to jest projekcja, czy intuicja? I co to zmienia?
Wieslawka dotknęła czegoś, co mnie w tej rozmowie trochę irytuje - bo ta sama logika dotyczy każdej modlitwy za kogoś, każdego dobrego życzenia. Czy każdy kto pomyśli 'żeby mu się poszczęściło' ma najpierw sprawdzić czy ta osoba tego chce? Gdzieś jest granica i chciałbym żebyśmy ją jakoś określili.
To co Jarzebina mówi o oknie refleksji jest dla mnie nowe i trochę zmienia moje myślenie. Czyli sam czas przygotowania może być formą weryfikacji intencji - nie jako procedura, ale jako naturalna przestrzeń do zatrzymania się?
Wróćmy do pytania Magini, bo nikt nie odpowiedział - co jeśli po tym czasie nadal masz impuls i działasz, a ta osoba poczuje coś nieprzyjemnego? Czy to znaczy że błąd był w intencji, w formie, czy że po prostu to nie miało prawa zadziałać?
Ale to jest realne? Miałoby wyglądać jak - 'słuchaj, zrobiłem za ciebie rytuał, jak się czujesz?' To jest rozmowa, którą trudno sobie wyobrazić bez dziwnej atmosfery wokół.
Mam poczucie że ta rozmowa powoli zaczyna krążyć wokół jednego pytania - czy w ogóle możliwa jest jakakolwiek weryfikacja. I może odpowiedź jest taka, że nie. Nie dlatego że ezoteryka jest niesprawdzalna, ale dlatego że tu konkretnie mamy zbyt wiele zmiennych.
Ten przykład z kanapką jest śmieszny, ale chyba właśnie o to chodzi. Jak kupuję komuś coś do jedzenia bez pytania, też zakładam że tego chce. I nikt nie mówi że to naruszenie autonomii. Gdzie jest granica między życzliwym domysłem a wchodzeniem w czyjąś przestrzeń?
Romcia trafnie pyta, bo to jest chyba serce tego tematu. Myślę że ta granica przebiega tam, gdzie zaczyna się forma, która ma działać bez zgody. Kanapka jest neutralna - jej działanie zależy od tego czy ktoś ją zje. Rytuał z intencją kierowaną do konkretnej osoby jest czymś innym, bo zakładasz że coś się dzieje niezależnie od tego czy ta osoba tego chce.
Ale to założenie, że rytuał działa niezależnie od woli osoby, jest już pewną teologią, nie faktem. Nie wszyscy w to wierzą. I jeśli ktoś wierzy że rytuał może coś zrobić tylko jeśli ta osoba jest otwarta, to cały ten problem etyczny znika.
Wracam do czegoś co Leokadia mówiła wcześniej - że sygnał może być prawdziwy albo projekcją. Mam takie doświadczenie że raz coś zrobiłam dla kogoś bliskiego i ta osoba faktycznie zadzwoniła tego samego dnia i powiedziała że poczuła jakiś spokój. Nie wiedziała o niczym. Czy to dowód, że coś zadziałało, czy przypadek? Nadal nie wiem.
Stachu mówi coś ważnego i chyba nigdy tego tak wyraźnie nie sformułowałam dla siebie - że moja etyczna ostrożność jest implicite wyznaniem wiary w sprawczość. Jak pytam 'czy mam prawo', to zakładam że to co robię ma realny wpływ. Interesujące że ta ostrożność sama w sobie jest pewnym zobowiązaniem.
A jeśli ktoś nie ma tego przekonania o sprawczości, to po co w ogóle robi rytuały? Czy to wtedy jest tylko jakiś rytuał psychologiczny dla siebie?
Ale jeśli ktoś nie ma tego przekonania o sprawczości, to po co w ogóle robi rytuały? Czy to wtedy jest tylko jakiś rytuał psychologiczny dla siebie?
Poza tym to nie jest tak że te dwie opcje są rozłączne. Można wierzyć że rytuał działa na ciebie i przez ciebie - że twoja zmiana postawy, spokój, skupienie, zmienia to jak wchodzisz w relację z kimś, a to z kolei zmienia tę osobę. Wtedy wpływ jest realny, ale pośredni.
No i wracamy do intencji jako centralnej kategorii. Mam wrażenie że ta dyskusja od początku kręci się wokół tego samego - co tak naprawdę decyduje o tym czy coś jest dopuszczalne. Mechanizm, intencja, zgoda? Bo zależnie od odpowiedzi na to pytanie mamy zupełnie różne wnioski.
Stachu dobrze to nazwał i właściwie ta rozmowa była przez ostatnie kilkadziesiąt postów właśnie taką próbą rozdzielenia tych trzech rzeczy. Mnie osobiście najbardziej ciągnie do intencji jako kryterium - nie dlatego że to wygodne, ale dlatego że mechanizm jest niepewny, a zgoda bywa niedostępna. Intencja jest jedyną rzeczą nad którą masz rzeczywistą kontrolę.
A jak rozumieć intencję w tym konkretnym kontekście? Bo może być intencja ogólna - życzę ci dobrze - i intencja szczegółowa - chcę żebyś zrobiła to i tamto. Czy te dwie rzeczy są tak samo etycznie neutralne?
To jest pułapka 'ja wiem lepiej'. Skąd wiesz że to dobra decyzja z perspektywy tej osoby? To że tobie wydaje się że coś jest dla kogoś dobre, nie znaczy że ta osoba by się z tym zgodziła.
Tylko że lek ma mierzalny efekt i można zmierzyć czy podziałał albo zaszkodził. W przypadku rytuału ta weryfikacja jest prawie niemożliwa, o czym już mówiliśmy. Więc ryzyko że działasz na podstawie złego założenia i nigdy się o tym nie dowiesz - jest znacznie wyższe.
Mam wrażenie że pokora o której mówi Jarzebina jest ważniejsza niż jakakolwiek konkretna reguła dotycząca zgody. Jeśli ktoś robi rytuał z przekonaniem że teraz na pewno ta osoba zmieni zachowanie, to jest problem. Jeśli robi z nastawieniem 'nie wiem czy i jak to zadziała, ale wyrażam intencję' - to wydaje mi się zupełnie inaczej ważone etycznie.
To jest całkiem ciekawy punkt. W prawie podobna zasada funkcjonuje - umyślność działania zmienia kwalifikację czynu. Działanie z pełną świadomością konsekwencji i z zamiarem ich wywołania to co innego niż działanie nieumyślne. Może tu jest analogicznie.
Ten wątek z prawem mnie trochę rozśmiesza, bo wyobraź sobie tłumaczenie przed kimś 'działałam nieumyślnie, nie wiedziałam że rytuał zadziała'. Ale na poważnie - Stachu ma rację że intencjonalność jest kluczowym wymiarem oceny moralnej w wielu tradycjach, nie tylko prawnych. Intencja co do skutku jest inna niż sama chęć działania.
Dobra, ale ta dyskusja jest trochę abstrakcyjna. Zastanawiam się jak to wygląda kiedy ktoś naprawdę staje przed tym pytaniem - nie filozoficznie, ale przy konkretnej osobie, konkretnej sytuacji. Czy ta cała refleksja w ogóle się wtedy odbywa, czy robi się po prostu?
