To pytanie Romci mnie trochę zatrzymało. Bo rzeczywiście - ta cała refleksja o intencji, mechanizmie, zgodzie - czy ona naprawdę się odbywa w momencie kiedy ktoś stoi nad świecą i myśli o konkretnej osobie? Mam wrażenie że nie. Że działa się najpierw, a myśli o tym potem albo wcale.
Caroletta dobrze to ujmuje, ale zastanawiam się czy to znaczy że refleksja jest bezużyteczna, bo i tak jej nie ma w momencie działania. Może chodzi o to żeby była wcześniej - żeby ktoś miał już jakieś przemyślane stanowisko zanim trafi w konkretną sytuację. Inaczej to co Honorek opisuje, czyli działanie z emocji, staje się jedyną dostępną opcją.
To przypomina mi trochę dyskusje o etyce cnoty - że chodzi nie o reguły do zastosowania w danej chwili, ale o to jakim się jest człowiekiem zanim sytuacja nastąpi. Arystoteles by pewnie powiedział że ktoś o dobrej charakterze będzie i tak działał dobrze, nawet bez kalkulacji. Choć nie wiem czy to w ogóle przekłada się na rytuały.
Mysle ze ta roznica miedzy robieniem z nawyku a robieniem z refleksja jest wazna. Znam osoby ktore robia rozne rzeczy dla innych praktycznie automatycznie - bo zawsze tak robile, bo tak je uczono. I nigdy nie zadaly sobie pytania czy ta osoba by chciala. Nie z zlosliwosci, po prostu to nie wchodzilo w zakres ich myslenia o tym.
To jest ciekawe założenie bo sam tytuł wątku sugeruje że ktoś się pyta czy można - czyli już jest na etapie wątpliwości. A wątpliwość to połowa drogi. Ale ta dyskusja od dawna krąży wokół osób które w ogóle nie mają wątpliwości i po prostu robią. I nie wiem czy my tu jesteśmy w stanie cokolwiek zmienić w ich myśleniu, nawet gdybyśmy doszli do jakiegoś konsensusu.
Wróćmy na chwilę do tego co Leokadia mówiła o intencji jako kryterium. Mam z tym problem, bo intencja jest nieweryfikowalna nawet dla samej osoby która ją ma. Ludzie potrafią sobie wmówić że robią coś z czystej troski, kiedy tak naprawdę chodzi o kontrolę albo o własny spokój. Czy intencja którą sobie deklarujesz to to samo co intencja którą faktycznie masz?
Magini to jest bardzo celne i sama się z tym zmagam. Mam notatki z kilku sytuacji gdzie robiłam coś dla kogoś i byłam przekonana że chodzi mi o jego dobro - a jak to potem czytałam po kilku tygodniach, to widziałam że chodziło mi o to żeby poczuć że robię cokolwiek, że nie jestem bezsilna. Nie wiem czy ta intencja była czysta czy nie. Może jedno i drugie naraz.
I czy to w ogóle zmienia ocenę tego co zrobiłaś? To znaczy - jeśli intencja była mieszana, pół troski pół własnej potrzeby sprawczości, to jest bardziej nieetyczne niż czysta troska? Czy po prostu bardziej ludzkie?
Chyba nie ma żadnej czystej intencji jeśli chodzi o działania wobec bliskich. Zawsze jest w tym coś naszego - nasz strach, nasze wyobrażenie o tym co dla kogoś dobre, nasze poczucie kontroli. Może zamiast szukać czystej intencji jako kryterium, lepiej pytać o to na ile jesteśmy świadomi tej mieszanki kiedy działamy.
