No i właśnie Drozdzia sama doszła do tego co Kometka mówiła wcześniej. Brak fizycznych elementów nie jest ani lepszy ani gorszy, jest po prostu bardziej wymagający na początku dla większości ludzi. Pytanie Sylwestra jest więc jak najbardziej zasadne, tylko odpowiedź brzmi: spróbuj, ale wiedz że może być trudniej niż myślisz.
Czytam tę rozmowę od początku i mam takie wrażenie że wszyscy zakładają że rytuał musi 'działać' w jakimś mierzalnym sensie. A co jeśli samo robienie go jest celem? Że nie chodzi o efekt zewnętrzny tylko o sam akt?
To co Szafirowa napisała na końcu jest dla mnie kluczowe w tej całej dyskusji. Jeśli sam akt jest celem, to pytanie Sylwestra nabiera zupełnie innego wymiaru. Bo wtedy nie chodzi o to czy mentalne działa tak samo jak fizyczne, tylko czy mentalne może być w ogóle aktem w pełnym tego słowa znaczeniu. I tutaj mam wątpliwości.
To jest ciekawe rozróżnienie, akt versus stan. Ale zastanawiam się czy to rozróżnienie ma sens poza akademickim kontekstem. Jak to przekłada się na praktykę? Bo dla kogoś kto siedzi i świadomie prowadzi przez jakąś strukturę myślową, z wyraźnym początkiem i końcem, subiektywnie to jest akt.
No właśnie, w sufizmie na przykład jest zikr zewnętrzny i wewnętrzny, i ten wewnętrzny jest uważany za głębszy, nie za gorszy zamiennik kiedy brakuje czasu. Więc argument że fizyczne jest bardziej prawdziwe niekoniecznie się broni w każdej tradycji.
To co Gabka mówi o sufizmie jest dla mnie trochę nowe i ciekawe. Ale wracając do mojego pytania, bo chyba za bardzo odpłynęliśmy, zastanawiam się czy jest jakaś minimalna struktura którą powinien mieć rytuał mentalny żeby w ogóle mógł być nazwany rytuałem, a nie po prostu rozmyślaniem.
To jest dobre pytanie i myślę że właśnie tutaj tkwi sedno. Jak u mnie to wyglądało w praktyce, to była właśnie ta struktura. Wiedziałam kiedy zaczynam, wiedziałam co robię w środku, i wiedziałam kiedy kończę. To nie było luźne myślenie o czymś. To było bardziej jak przejście przez znany mi korytarz w ciemności, punkt po punkcie.
A co jesli mozna? Bo mnie sie wydaje ze jak czlowiek robi cos po raz pierwszy to tez ten prog nie istnieje, a potem stopniowo sie buduje. Nie musi byc fizyczny od poczatku?
Trochę kontrowersyjny jednak jest, bo zakłada że fizyczne jest bardziej utrzymujące uwagę, a to zależy mocno od osoby. Znam kogoś kto medytuje wyłącznie mentalnie od lat i nie ma z tym żadnego problemu. I znam kogoś kto ma świecę, kadzidło i dzwonek a i tak myśli o czymś zupełnie innym przez całą praktykę.
Ja bym powiedziała że to jest kwestia tego jak dobrze zna się siebie. Jedni potrzebują bodźca zewnętrznego, inni nie. Ale jak Sylwester pyta czy można, to odpowiedź jest tak, tylko nie dla każdego i nie w każdym momencie. Mnie na przykład czysto mentalne wychodzi tylko jak już jestem w dobrej formie, jak jestem zmęczona to zaraz mi ucieka.
No dobrze, to mam takie pytanie konkretne. Jeśli ktoś z was faktycznie spróbował czegoś czysto mentalnego, bez żadnych fizycznych elementów, i to był celowy wybór, nie sytuacja bez wyjścia jak u Kometki, to jak to wyglądało? Co to było?
Ja próbowałam raz i to było coś w stylu codziennego zatrzymania się w konkretnej chwili, ta sama pora, ta sama sekwencja myśli, jakby krótki wewnętrzny przegląd. Nie wiem czy to jest rytuał, ale miało strukturę i powtarzalność. I rzeczywiście po jakimś czasie zaczęłam to odczuwać inaczej niż zwykłe myślenie.
To co Szafirowa opisała z tym codziennym zatrzymaniem w tej samej chwili, ta sama sekwencja myśli, to mi bardzo przypomina coś co w tradycji buddyjskiej jest nazywane sati, czyli uważnością intencjonalną, ale w bardzo konkretnym, zaplanowanym oknie czasowym. Nie wiem czy to jest rytuał w ścisłym sensie, ale ta powtarzalność i intencjonalność to są właśnie te cechy które odróżniają rytuał od przypadkowego rozmyślania. Mam jednak pytanie do Szafirowej, czy ten przegląd miał jakiś stały punkt odniesienia, coś co zawsze było w tej sekwencji, czy raczej treść się zmieniała a tylko struktura zostawała?
To rozróżnienie między rytuałem a nawykiem jest, moim zdaniem, jednym z ważniejszych w tej dyskusji. Nawyk działa automatycznie, rytuał zakłada jakąś formę świadomego zaangażowania, nawet jeśli jest powtarzalny. Ale i tu nie jest prosto, bo są tradycje które twierdzą że właśnie automatyzm pewnych form jest celem, że ciało albo umysł ma się nauczyć wchodzić w stan bez wysiłku wolicjonalnego. Więc czy Szafirowa myślała o tym co robi, czy robiła to niejako obok myślenia?
Ja myślę że to nie jest pytanie zero-jedynkowe. Nawet w tradycjach ceremonialnych są osoby które po latach praktyki wchodzą w rytuał automatycznie i nikt nie mówi że to przestało być rytuałem. Intencja była kiedyś ustawiona i ta intencja niejako zakotwicza praktykę nawet gdy świadome zaangażowanie maleje. Ale to co Szafirowa opisuje, że czuła że to pomaga, to jest właśnie znak że coś tam dalej działa, prawda?
Właśnie o to mi chodziło kiedy wcześniej pisałam że czysto mentalne wychodziło mi inaczej niż myślałam. To nie był brak efektu, to był inny efekt. Trudniej mi go opisać, ale on był. Może właśnie dlatego że nie miałam nic fizycznego to całą uwagę skupiłam na treści, na tym co się dzieje w środku, i paradoksalnie to było bardziej intensywne.
To jest coś o czym nigdy nie myślałam w ten sposób, że fizyczne elementy mogą przesłonić istotę. U mnie jest odwrotnie, bez fizycznych elementów kompletnie nie wiem kiedy jestem w rytuale a kiedy po prostu siedzę i myślę. Ale to co Slonecznica mówi, że forma może przysłonić treść, to brzmi jak coś o czym powinnam się zastanowić.
To jest klasyczny problem w każdej praktyce, nie tylko ezoterycznej. W tradycji zen jest coś takiego jak shoshin, umysł początkującego, i jedna z interpretacji jest właśnie taka że formaliści czasem tracą kontakt z tym co forma ma wyrażać. Nie twierdzę że fizyczne elementy są złe, absolutnie nie, ale Slonecznica trafiła w coś realnego. Czy ktoś inny miał podobne doświadczenie z tym że forma zaczęła żyć własnym życiem?
Ja miałam coś takiego z kadzidłem. Przez długi czas używałam konkretnego zapachu przy konkretnej praktyce i w pewnym momencie zauważyłam że jak go czuję to coś się we mnie uruchamia niezależnie od intencji. To znaczy wchodziłam w jakiś stan zanim w ogóle zdążyłam pomyśleć o tym co chcę robić. Z jednej strony to może być uznane za sukces, bo ciało się nauczyło. Z drugiej, kto tu rządzi, ja czy kadzidło?
Gabka, to jest świetny przykład i trochę zmienia mi myślenie o całej tej dyskusji. Pytałem na początku czy można mieć rytuał tylko w myślach i trochę zakładałem że to jest trudniejsza wersja tego samego. Ale jak czytam co piszecie, to zaczynam myśleć że mentalny rytuał i fizyczny rytuał to nie są stopnie tej samej rzeczy, tylko coś innego. Inne mechanizmy, inne ryzyka, inne zalety.
Sylwester, dokładnie i chyba do tego właśnie zmierza ta dyskusja od kilkudziesięciu postów. Ale mam pytanie do Ciebie, bo zacząłeś ten wątek. Skąd w ogóle to pytanie? Czy szukasz czegoś konkretnego, praktycznego, czy to był bardziej filozoficzny namysł?
To jest bardzo uczciwa odpowiedź. I myślę że właśnie to jest sedno tej rozmowy. Nie chodzi o to czy rytuał mentalny istnieje jako kategoria, bo istnieje. Chodzi o to czy dla konkretnej osoby w konkretnym momencie ma sens. A to zależy od tego co ta osoba chce osiągnąć i jak dobrze zna swój własny umysł. Nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich i chyba dobrze że ta dyskusja to pokazała.
Jakość uwagi jako jedyny wskaźnik brzmi sensownie ale też trochę kołowo. Bo jak sprawdzasz jakość uwagi to musisz być uważna na swoją uwagę, i w którymś momencie to się rozkręca w nieskończoność. Mnie to trochę blokuje. Czy ktoś ma jakiś bardziej praktyczny sposób żeby to zweryfikować?
Wracając do pytania Marselli o bardziej praktyczny sposób, bo sama je zadałam i trochę zostało bez odpowiedzi. Ja u siebie zauważyłam jedną rzecz, może to za mało żeby to nazwać wskaźnikiem, ale jak wychodzę z czegoś co sama uznaję za rytuał, to mam poczucie że coś zostało zamknięte. Nie wiem jak to lepiej opisać. Jak wychodzę z losowego siedzenia i myślenia, tego nie czuję. Może to właśnie jest ten sygnał?
To jest ciekawy wniosek z tej dyskusji o placebo. Struktura jako zabezpieczenie przed nadmierną analizą. Ale mam wrażenie że to prowadzi nas do czegoś co trochę kłóci się z pierwotnym pytaniem. Jeśli rytuał mentalny z definicji jest bardziej narażony na analizowanie, bo nie ma żadnego fizycznego kotwiczy, to może odpowiedź brzmi: tak, można mieć rytuał tylko w myślach, ale trzeba być świadomym że łatwiej go rozmontujesz sam analizą.
Lurisk, to jest chyba najbliższe czegoś co mógłbym wziąć z tej rozmowy jako konkretny wniosek. Że to nie jest niemożliwe, ale jest trudniejsze z powodów które są przewidywalne. Nie dlatego że coś nie zadziała, tylko dlatego że ja sam mogę to rozkłócić myśleniem o tym czy to działa.
ale to moze byc problem nie tylko z mentalnym, u mnie jak robie cos fizycznie to tez zaczynam analizowac w polowie czy to ma sens i wszystko sie sypie. moze to jest bardziej kwestia charakteru niz tego czy jest fizyczne czy nie?
