A może to jest po prostu kwestia intencji? Nie teologii, nie historii, ale tego, po co ktoś to robi. Jeśli ktoś bierze elementy z różnych tradycji dlatego, że każda z nich wnosi coś konkretnego do jego praktyki, to jest inaczej niż ktoś, kto miesza z ignorancji albo z wygody.
To jest dla mnie centralna obserwacja tej dyskusji. Bo kiedy ktoś mówi 'łączę nordyjskie i słowiańskie', to zazwyczaj mówi: łączę to, co wiem o jednym, z tym, co wiem o drugim. A 'co wiem' często to jest kilka książek, kilka artykułów i kilka postów na takich forach jak ten. To nie jest to samo, co kulturowe zanurzenie.
I tu jesteśmy z powrotem w centrum - bo może właśnie ta trudność jest odpowiedzią. Nie w sensie, że trzeba się poddać, ale w sensie, że samo pytanie wymaga głębszego zanurzenia w oba systemy, zanim w ogóle można szukać odpowiedzi na to, czy je łączyć. Nie wiem, czy to jest konkluzja, czy kolejny etap pracy.
To, co napisała Filomena_67, trochę mnie zatrzymuje. Że samo pytanie wymaga głębszego zanurzenia, zanim w ogóle można szukać odpowiedzi. Ale tu mam wątpliwość - bo jeśli ktoś przez lata siedzi w jednej tradycji i dopiero potem zagląda w drugą, to czy nie za bardzo patrzy na nią przez pryzmat tej pierwszej? Pytam serio, bo nie wiem, czy da się tego uniknąć.
Mam trochę inne odczucie niż ta rozmowa sugeruje. Zastanawiam się, czy problem z łączeniem wrogich tradycji nie jest po prostu problemem z definicją słowa 'wrogich'. Bo to słowo zrobiło robotę przez cały ten wątek i nigdy nie ustaliliśmy, co dokładnie znaczy. Wrogie teologicznie? Wrogie historycznie, bo wyznawcy się fizycznie zwalczali? Wrogie strukturalnie, bo mają sprzeczne założenia kosmologiczne? To są chyba trzy różne rzeczy.
Tygrysica53 ma rację i trochę mnie zawstydza, że nie postawiłam tego pytania wyraźniej na początku. Kiedy pisałam ten temat, miałam w głowie głównie wrogość strukturalną - systemy, które mają sprzeczne założenia o tym, jak działa rzeczywistość. Ale faktycznie historyczna wrogość wyznawców to zupełnie inna sprawa. Nordyjczycy i Celtowie wojowali ze sobą, ale ich systemy wierzeń nie były jakoś szczególnie sprzeczne teologicznie.
To rozróżnienie jest kluczowe i w zasadzie zmienia całe pytanie. Bo jeśli chodzi o wrogość historyczną - to ona w ogóle nie powinna mieć znaczenia dla praktyki. Wyznawcy Jahwe i Baala byli wrogami, ale teologicznie to był spór o to, który bóg jest bogiem Izraela, a nie o jakieś fundamentalne kosmologiczne różnice. Natomiast jeśli chodzi o strukturę - no to wtedy trzeba faktycznie popatrzeć, co z czym koliduje.
Zastanawiam się, czy w tej dyskusji nie ma pewnego ukrytego założenia, które wszyscy traktują jako oczywiste. Mówimy o 'łączeniu tradycji' jakby tradycje były czymś stałym i zdefiniowanym, a w rzeczywistości każda z nich jest wewnętrznie zróżnicowana. Która 'nordyjska tradycja'? Eddy? Lokalna praktyka skandynawska przed chrystianizacją, która prawdopodobnie się znacznie różniła region od regionu? Asatru z XX wieku?
Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko wokół jednego pytania, które nikt nie chce powiedzieć wprost: czy w ogóle istnieje coś takiego jak autentyczna tradycja, do której można się odwołać jako do punktu odniesienia przy łączeniu? Bo jeśli nie, to cała rozmowa o 'wrogości tradycji' jest rozmową o mapach, które nie mają terenu.
Wracając do tego, co Damellaa powiedziała o wrogości strukturalnej - bo to mnie bardziej interesuje niż debata źródłowa. Czy ktoś ma konkretny przykład dwóch systemów, które naprawdę kolidują strukturalnie w taki sposób, że ich połączenie tworzy sprzeczność? Nie chodzi mi o teorię, ale o coś, co faktycznie ktoś próbował i co nie zadziałało z tego właśnie powodu.
Ale to jest właśnie to, co robiły synkretyczne systemy gnostyckie. Brały monoteistyczną ramę i zaludniały ją archontami, eonami, pośrednikami - technicznie zachowując jednego boga na szczycie, ale de facto działając jak politeizm. I to nie był przypadkowy miszmasz - to była przemyślana struktura.
Właśnie, i czy gnostycyzm nie pokazuje, że ta sprzeczność, o której mówi Damellaa, da się obejść strukturalnie? Pytam, bo jeśli tak, to może to, co wydaje się sprzecznością ontologiczną, jest bardziej kwestią nazewnictwa i hierarchii niż faktycznej treści.
Ale może właśnie to jest uczciwa odpowiedź na temat tego wątku? Że kiedy naprawdę łączysz dwie tradycje z pełną konsekwencją, to przestajesz praktykować żadną z nich i zaczynasz coś nowego. I jedyne pytanie jest: czy jesteś gotowy to przyznać przed sobą.
Ten okręt Tezeusza to dobra analogia, ale mam jedno zastrzeżenie. Okręt Tezeusza pytał o tożsamość przedmiotu przy zmianie jego części. Tu pytamy o coś innego - nie czy tradycja jest jeszcze tą samą tradycją, ale czy dwie tradycje naraz w jednej praktyce tworzą coś jeszcze sensownego, czy tylko szum. I to jest jednak inne pytanie.
Wracam do tego, co Bolek powiedział kilka postów wyżej - że kiedy naprawdę łączysz dwie tradycje z pełną konsekwencją, to zaczynasz coś nowego. I myślę, że on ma rację, tylko to nie jest koniec rozmowy, tylko jej początek. Bo 'coś nowego' może być albo spójnym trzecim systemem, albo zlepkiem bez wewnętrznej logiki. I to jest właśnie to pytanie, które mnie interesuje - co decyduje o tym, która opcja wychodzi?
Właśnie, i to jest coś, co pojawia się bardzo konkretnie przy pracy z Hekate. Ona jest jednocześnie grecką boginią, figurą w magii hellenistycznej, postacią w tekstach PGM, boginią w tradycji Wicca i jeszcze kilka innych rzeczy. I to nie są wersje tego samego - to są naprawdę różne opisy z różnymi atrybutami, różną rolą kosmologiczną, różnym zestawem skojarzeń. Pytanie, czy kiedy ktoś pracuje z Hekate, to w ogóle wiadomo, z czym pracuje.
Bolek, to jest dobry przykład, bo Hekate jest jedną z najbardziej dokumentowanych postaci synkretycznych w historii antyku. W papirusach grecko-egipskich ona wchłania atrybuty Izis, Selene, Artemidy i kilku pomniejszych bóstw jednocześnie. I co ciekawe - te syntezy nie były przypadkowe. Były robione przez konkretnych ludzi, w konkretnym celu, z pewną logiką łączenia. Więc może pytanie nie jest 'czy można łączyć', tylko 'według jakiej zasady się łączyło i czy ta zasada jest dalej jakoś dostępna'.
A czy ta zasada jest w ogóle rekonstruowalna po tylu wiekach? Bo mam wrażenie, że nawet jeśli rozumiemy, CO zostało połączone w PGM, to rozumienie DLACZEGO akurat tak jest już dużo bardziej spekulatywne. I nie wiem, czy można się oprzeć na tej zasadzie we współczesnej praktyce, skoro nie do końca ją rozumiemy.
Słucham tej rozmowy o Hekate i myślę o czymś analogicznym z runami. Jest runiczna tradycja norweska, islandzka, anglosaska - i one nie są identyczne. Futhorc ma inne runy niż Elder Futhark, znaczenia niektórych znaków się przesuwają, kontekst magiczny jest inny. I kiedy ktoś pracuje z runami, to zwykle miesza te tradycje nie zdając sobie z tego sprawy, bo większość współczesnych źródeł to już jest jakiś stop wszystkiego. Mnie to przez długi czas nie przeszkadzało, ale w pewnym momencie poczułam, że nie wiem, z czym właściwie pracuję.
To jest uczciwa pozycja, ale wraca mi wtedy pytanie z początku wątku. Jeśli przyjmujemy, że pracujemy ze świadomym mieszaniem, to jaka jest różnica między tradycją, która organicznie ewoluowała przez wieki, mieszając się z innymi - a kimś, kto świadomie dziś składa system z elementów? Poza skalą czasową i liczbą uczestników.
No właśnie i to jest argument, który mi się przywleka za każdym razem, kiedy ktoś powołuje się na 'starożytność' jako kryterium. Stare nie znaczy sprawdzone w sensie wewnętrznej logiki. Stare znaczy, że miało dobre warunki polityczne albo geograficzne, żeby przetrwać. Te dwie rzeczy to nie to samo.
Myślę, że Kuba trafił w coś ważnego. Przez całą tę rozmowę trochę obalamy złe argumenty przeciwko łączeniu, ale nie budujemy dobrych argumentów za tym, kiedy łączenie ma sens. Może wróćmy do pytania: czy ktoś ma konkretne doświadczenie z łączeniem rzeczy, które strukturalnie powinny kolidować, i może powiedzieć jak to faktycznie wyglądało od środka?
Ja mam jedno konkretne. Przez jakiś czas pracowałem równolegle z ceremonialną magią zachodnią - bardzo strukturalna, hierarchiczna, oparta na kabale i chrześcijańskich referencjach - i z praktyką szamanistyczną rdzennej Ameryki, gdzie nie ma żadnej hierarchii bytów i nie ma nic chrześcijańskiego. I przez długi czas myślałem, że to w ogóle nie ma jak działać razem. A potem zobaczyłem, że traktowałem je jako dwa systemy, które muszą opisywać to samo. Jak tylko przestałem tego wymagać i zacząłem traktować je jako dwa różne języki na dwa różne rodzaje pracy - napięcie zniknęło. Ale to wymagało, żebym przestał pytać, który jest prawdziwy.
Chciałabym dopytać Szczepana o jedno - kiedy mówisz, że przestałeś pytać, który jest prawdziwy, to czy masz na myśli, że zawiesiłeś to pytanie praktycznie, żeby móc działać, czy że doszedłeś do jakiegoś przekonania, że ono w ogóle nie ma sensu? Bo to są bardzo różne pozycje i mam wrażenie, że w tej rozmowie często je mieszamy.
Ta metafora z mapą jest dobra, ale może trochę za optymistyczna. Mapa niedokładna to jeszcze coś - masz jakiś zarys terenu. A przy łączeniu tradycji czasem jest tak, że klejsz razem dwie mapy, które zostały narysowane dla zupełnie różnych kontynentów i mają różne skale. Efekt może wyglądać spójnie na papierze, ale nie odpowiada żadnemu realnemu terenu.
Tylko że ta metafora zakłada, że istnieje jakiś 'realny teren', do którego mapy powinny się odnosić. A co jeśli samo pojęcie 'realnego terenu' w tym kontekście jest dyskusyjne? Bo jeśli mówimy o sprawach, których nie da się zweryfikować empirycznie, to co jest tym terenem?
Mam wrażenie, że ta rozmowa co chwila ucieka w epistemologię i traci z oczu coś prostszego. Praktycznie: są kombinacje, które podczas pracy dają coś, co ma sens, i są takie, które dają chaos. To nie jest metafizyczne twierdzenie - to jest obserwacja z własnych doświadczeń. I może zamiast pytać, czy mapa odpowiada terenowi, warto zapytać, czy mapa jest w ogóle używalna.
