To rozróżnienie między chaosem a złożonością jest kluczowe i myślę, że Filomena ma rację, że trudno je oceniać z bliska. Ale jest jedna rzecz, którą można sprawdzać - czy w czasie praca staje się bardziej czy mniej spójna wewnętrznie. Jeśli po roku łączenia dwóch tradycji masz więcej pytań bez odpowiedzi niż na początku i te pytania są coraz bardziej podstawowe, to może to jest sygnał, że coś nie gra.
Wtrącę się tutaj, bo pracuję od jakiegoś czasu z materiałem sennym i próbowałam łączyć interpretację jungowską z symboliką ze snów w tradycji islamskiej - konkretnie z Ibn Sirim. I to jest właśnie przypadek dwóch systemów, które wyglądają podobnie na powierzchni, bo oba mówią o symbolach i archetypach, ale zakładają zupełnie różne rzeczy o źródle snów. Jung mówi o nieświadomości zbiorowej, Ibn Sirim zakłada, że sny mogą być boskim przekazem. To nie jest kwestia skali mapy - to są mapy rysowane na różnych założeniach o tym, skąd pochodzi to, co się śni.
Ta kwestia z Ibn Sirim jest ciekawa, bo to jest jeden z najbardziej systematycznych średniowiecznych tekstów onirycznych i faktycznie dużo bardziej rozbudowany katalogowo niż to, co oferuje zachodnia psychologia głębi. Ale Meliska dotkęła czegoś ważnego - kiedy bierzesz słownik z jednego systemu i klucz interpretacyjny z drugiego, to pytanie brzmi, czy to jest jeszcze żaden z tych systemów, czy już coś trzeciego.
Słuchajcie, ale to 'coś trzeciego' niekoniecznie jest problemem, prawda? Każda tradycja, którą dziś znamy jako spójną, też była kiedyś tym 'czymś trzecim' dla kogoś. Neoplatonizm był syntezą, hermetyzm był syntezą, kabała żydowska pożyczała od arabskich filozofów. Może pytanie o oryginalność i wierność tradycji jest trochę anachroniczne.
To porównanie z Aleksandrią jest na swój sposób trafne, ale jest jedna różnica - w Aleksandrii synkretyzm był często efektem realnych kontaktów między ludźmi z różnych tradycji, którzy ze sobą rozmawiali, negocjowali znaczenia, przekonywali się nawzajem. A dziś często mamy kontakt z tekstami, bez ludzi za tymi tekstami. Czytam Ibn Sirim bez żadnego kontaktu ze środowiskiem, które tę tradycję żywo niesie.
Wracam do pytania, które Damellaa postawiła kilka postów temu i które trochę nam uciekło - kiedy łączenie ma sens. Bo mamy teraz kilka konkretnych przypadków: Szczepan z ceremonialną i szamanistyczną, Meliska z Jungiem i Ibn Sirim, Filomena z różnymi futharkami. I we wszystkich tych przypadkach pojawia się jakiś rodzaj praktycznego kompromisu, który omija pytanie o spójność ontologiczną. Czy to jest wzorzec, czy zbieg okoliczności?
Myślę, że to jest wzorzec, ale nie wiem, czy dobry. Może po prostu wszyscy, którzy łączą tradycje, ostatecznie lądują w tym samym miejscu - robią coś, co działa dla nich, i przestają pytać, czy to jest spójne z czymkolwiek. A to może być zarówno mądrość, jak i unikanie trudnego pytania.
To, co Szczepan napisał na końcu, jest dla mnie ważniejsze niż cała reszta tej rozmowy. Bo jeśli wszyscy lądują w tym samym miejscu - 'robię co działa i przestaję pytać' - to jest pytanie, czy to jest koniec drogi, czy środek. Mam wrażenie, że część osób tam zostaje na zawsze, a część po jakimś czasie zaczyna znowu pytać, tylko z innego miejsca. Damellaa, jak to u ciebie wygląda? Bo prowadzisz notatki, porównujesz metody - to jest chyba odwrotność 'przestaję pytać'.
Masz rację, że to odwrotność. Ale zastanawiam się, czy to dobrze. Czasem myślę, że osoby, które w pewnym momencie przestają pytać o spójność, po prostu przeszły przez etap, który ja ciągle przeciągam. Notatki i porównania dają mi poczucie kontroli, ale nie wiem, czy dają mi cokolwiek więcej. Może za dużo analizuję, a za mało po prostu... pracuję.
A może te dwie rzeczy nie wykluczają się w taki sposób, jak zakładasz? Bo u mnie analiza była przez długi czas częścią pracy, nie obok niej. Zapisywałam co robiłam z runami, co się potem działo, czy widziałam jakiś wzorzec. I to nie było hamowanie, to było po prostu inaczej nazwane działanie.
Wracam do pytania Hani o wzorzec, bo nie wiem, czy ten wzorzec jest tak universalny, jak to opisała. Mnie interesuje coś innego - czy ktoś z was miał sytuację, że łączenie tradycji dało coś, czego żadna z tych tradycji osobno nie dawała? Nie mówię o efekcie 'coś działa', ale o czymś, co było genuinely nowe.
Ten wątek z Meliskową pracą senną jest dla mnie ciekawy z innego powodu. Ibn Sirim pisał w IX wieku w środowisku, gdzie interpretacja snów miała konkretne znaczenie teologiczne - sen jako potencjalne miejsce kontaktu z boskością lub szatanem. To nie jest neutralny katalog symboli. Kiedy wyciągasz z tego tylko słownik, zostaje ci struktura bez fundamentu. I pytanie nie jest, czy to 'działa', ale czy wiesz, co bierzesz.
Słucham tej wymiany i mam wrażenie, że wszyscy zakładają, że tradycje są homogeniczne i spójne wewnętrznie, a to wcale nie jest oczywiste. Ibn Sirim sam korzystał z wcześniejszych arabskich tradycji onirycznych, które były pre-islamskie. Jung z kolei niejednokrotnie sięgał do alchemii, gnozy, rzeczy, które miały swoje własne ontologiczne fundamenty sprzeczne z jungowską psychologią. Więc może pytanie o spójność jest trochę źle postawione, bo same tradycje nie są jednolite.
To może ja spróbuję, bo miałam ostatnio konkretny przykład. Łączyłam elementy ceremonii oczyszczenia z dwóch różnych tradycji i w pewnym momencie zorientowałam się, że obie zakładają kompletnie inaczej, co to znaczy, że coś jest nieczyste. Jedna tradycja rozumiała to jako energetyczny stan, druga jako moralne zabrudzenie. I kiedy próbowałam połączyć oba rytuały, robiłam jednocześnie coś, co w jednej tradycji byłoby oczyszczeniem, a w drugiej - błędem rytualnym. Chyba o takie granice chodzi.
I co z tym zrobiłaś? Bo to jest sytuacja, gdzie albo musisz wybrać, albo stworzyć trzecią interpretację, która obejmuje obie. Tylko że ta trzecia interpretacja to już nie jest żadna z tych tradycji.
A może arbitralność nie jest problemem? Bo każdy, kto pracuje w ramach jednej tradycji, też w jakimś momencie musiał zdecydować, że ta konkretna tradycja jest mu bliższa od innych. To też jest przecież arbitralne na jakimś poziomie.
Słucham tego od dłuższego czasu i nie wiem, czy mam cokolwiek mądrego do dodania, ale jest jedna rzecz, która mi siedzi. Wszyscy mówimy o tradycjach jak o tekstach i symbolach. A co z materialnymi elementami rytuałów - przedmiotami, przestrzenią, ciałem? Bo kiedy łączę coś z podejścia ceremonialnego z czymś, co pochodzi z pracy szamanistycznej, różnica jest nie tylko w symbolice, ale w tym, jak traktuję własne ciało i przestrzeń podczas pracy. I te dwa podejścia są naprawdę trudne do pogodzenia fizycznie, nie tylko konceptualnie.
To pytanie o materialne elementy chcę rozwinąć, bo nikt na nie nie odpowiedział. Mam w domu kilka przedmiotów, które zbierałem z różnych miejsc - część z nich ma konkretne przypisanie do tradycji, z której pochodzi, część już nie bardzo. I zastanawiam się, czy przedmiot 'wie', do jakiego systemu należy, czy to tylko my mu to przypisujemy. Bo kiedy łączysz rytuały z wrogich tradycji, to co się dzieje z tymi przedmiotami? Czy one wchodzą w konflikt, czy to tylko problem naszej intencji?
Wracam do tej arbitralności, bo coś mi tu nie gra. I Damellaa, i Czarodziej08 wcześniej mówili o niej jak o problemie albo jako o czymś nieuniknionym. Ale może arbitralność w rytuale działa inaczej niż arbitralność w decyzji intelektualnej? Kiedy wybierasz w trakcie rytuału, które rozumienie stosujesz, to ten wybór ma ciało, ma miejsce, ma moment. To nie jest wybór w próżni. I może właśnie dlatego łączenie tradycji wrogich sobie jest tak trudne - bo każdy z tych momentów wyboru wymaga od ciebie pełnej obecności, a nie możesz być jednocześnie w dwóch miejscach.
