Właśnie, bo jak się robi coś na zewnątrz, to zasady całkowicie się zmieniają. Ja kilka razy pracowałam w plenerze i to w ogóle inna dynamika - wiatr, dźwięki z zewnątrz, żadnych ścian. Zupełnie inaczej się ustawia intencję.
i jak sobie z tym radziłaś? Bo mnie właśnie to ciekawi - czy wyznaczałaś jakiś okrąg, granicę, czy po prostu działałaś bez żadnego wyodrębnienia przestrzeni?
Różnie. Czasem wyznaczałam okrąg, szczególnie jak czułam, że miejsca jest za dużo - paradoksalnie, na zewnątrz mam więcej problemów ze skupieniem niż w mieszkaniu. Ale były momenty, kiedy sam teren coś narzucał - drzewo, kamień, i to naturalnie zbierało przestrzeń bez żadnego rytuału wyznaczania.
Czyli jednak miejsca zewnętrzne mają jakieś własne centrum? Że sama przyroda działa jak ten 'narożnik', tylko w innej skali?
To wracając do tematu - czy to znaczy, że pewne miejsca zewnętrzne są niejako 'wstępnie czyste' przez swój charakter? Albo odwrotnie - że historia miejsca, cokolwiek się tam działo, ma inne znaczenie na zewnątrz niż w zamkniętej przestrzeni?
Zamknięta przestrzeń akumuluje. To jest fizyczne - powietrze się nie wymienia, zapachy zostają, temperatura i wilgotność wpływają na stan psychofizyczny. Zewnętrze się nieustannie resetuje przez wiatr, deszcz, zmianę pór dnia. To nie znaczy, że zewnętrzne miejsca są neutralne, ale ich 'pamięć' działa inaczej. Miejsca bitew albo cmentarze pod gołym niebem mają swoją historię, ale ona nie jest uwięziona w czterech ścianach.
czyli na zewnątrz w ogóle nie trzeba czyścić przed rytuałem? to by upraszczało sprawę
Przepraszam, że znowu się włączam z czymś podstawowym, ale czy 'ładunek miejsca' to coś, co czują wszyscy, czy tylko niektórzy? Bo ja byłam kilka razy w miejscach podobno energetycznych i zupełnie nic nie czułam. Czy to znaczy, że mam 'zablokowaną' percepcję czy że może to po prostu nie istnieje?
To interesująca myśl - że zbiorowa projekcja może sama tworzyć coś w miejscu. Czyli Częstochowa jest 'czysta energetycznie' nie dlatego, że jest z natury, ale dlatego, że tyle osób przyniosło tam intencję i skupienie przez wieki?
I właśnie dlatego to jest takie trudne do rozstrzygnięcia - nie wiemy, czy czyścimy coś realnego, czy własną głowę przed rytuałem. Ale może to i nieistotne rozróżnienie?
Dzidka81 poruszyła ważną kwestię i nie odpuszczę tego tak łatwo. Bo to rozróżnienie - czy czyścimy coś realnego, czy tylko własny stan - ma jednak znaczenie praktyczne. Jeśli czyścimy tylko siebie, to metoda czyszczenia jest drugorzędna, byle działała na psychikę. Ale jeśli miejsce ma własny ładunek niezależny od nas, to metoda już ma znaczenie. I nie da się obydwu tez traktować jednakowo.
czyli w sumie możemy robić rytuał bez żadnego czyszczenia i będzie tak samo? bo jeśli to i tak placebo to po co się starać
To jest trochę jak z nastawieniem przed czymś trudnym. Jak się dobrze przygotujesz psychicznie - mentalne przygotowanie robi różnicę, nawet jeśli zewnętrzne warunki są identyczne. Czyszczenie przestrzeni może robić dokładnie to samo - sygnalizuje umysłowi: teraz zaczynamy coś innego.
Ja też prowadziłam takie notatki przez jakiś czas i doszłam do podobnego wniosku - ale zauważyłam jeszcze jedną rzecz. Czyszczenie na siłę, kiedy jestem zmęczona albo zirytowana, daje gorsze efekty niż brak czyszczenia w spokojnym stanie. Co sugeruje, że mój stan w momencie czyszczenia wpływa na to, co z niego wychodzi.
czyli stan osoby czyści... przestrzeń, czy raczej decyduje o skuteczności rytuału samego w sobie? Bo to dwa różne pytania.
A jak w ogóle wygląda sytuacja, kiedy nie mamy wyboru co do miejsca? Nie każdy ma swój kąt, gdzie może robić cokolwiek chce - mieszkam z rodziną, pokój współdzielony, zero prywatności. Czy to w ogóle ma sens w takich warunkach?
Też mam mały metraż i przez lata pracowałam w warunkach, które większość podręczników uznałaby za niesprzyjające. Nauczyłam się, że ciągłość praktyki w trudnych warunkach buduje coś innego niż okazjonalny rytuał w idealnym miejscu - jakiś rodzaj wewnętrznej przestrzeni, którą nosisz ze sobą.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że kluczowe pytanie z tytułu wątku - czy miejsce musi być czyste zanim zaczniemy - schodzi coraz bardziej w stronę: co to w ogóle znaczy 'czyste'. Bo każdy rozumie to trochę inaczej i może dlatego ciężko dojść do jakiegoś wspólnego wniosku.
Moim zdaniem nie da się szeregować w sensie absolutnym, bo to zależy od rodzaju rytuału. Inaczej podejdę do miejsca przed czymś, co wymaga głębokiego skupienia, inaczej przed czymś bardziej symbolicznym i krótkim. Czy ktoś w ogóle bierze pod uwagę charakter rytuału przy decydowaniu jak dokładnie czyścić?
Ja tak. Jak robię coś związanego z intencją, która ma trwać długo, to poświęcam miejscu więcej czasu na początku. Jak coś jednorazowego, krótkiego - czasem kończę na zwykłym przejściu przez pokój i otwarciu okna. Nie wiem czy to 'prawidłowe', ale wydaje mi się logiczne.
Aurelinda powiedziała coś, co mnie uderzyło - że jedno otwarcie okna wystarczy przy krótszych rzeczach. Zastanawiam się, czy to nie jest kwestia pewnej hierarchii intencji. Że my sami oceniamy, ile coś 'kosztuje' energetycznie i proporcjonalnie do tego przygotowujemy miejsce. A nie że jest jakaś obiektywna skala czystości, którą trzeba osiągnąć.
To, co piszecie, trochę wywraca logikę czyszczenia do góry nogami. Jeśli efekt nie koreluje z ilością przygotowania, to po co w ogóle standaryzować ten proces? Czy ktoś tu kiedyś świadomie zrezygnował z czyszczenia nie dlatego, że nie miał czasu, ale żeby sprawdzić co się stanie?
Tak, celowo. Kilka razy. I za każdym razem miałam poczucie, że wchodzę w coś bez zaproszenia - trudno to inaczej opisać. Jakby przestrzeń nie była gotowa na mnie, nie tylko ja nie byłam gotowa na nią. Ale moje koleżanki, z którymi czasem rozmawiałam o praktyce, miały zupełnie inne doświadczenia przy takich próbach. Jedna z nich twierdzi, że czyszczenie to dla niej czysty rytuał nastroju i nic więcej.
'przestrzeń nie była gotowa na mnie' - to brzmi jak coś, czego nie da się zmierzyć ani opisać metodycznie, ale rozumiem dokładnie co masz na myśli. Miałam podobne odczucie raz, kiedy robiłam coś w miejscu, gdzie chwilę wcześniej była dość napięta rozmowa. Jakby powietrze było gęste i cokolwiek robiłam, nie mogłam się zapaść w to głębiej.
No dobra ale to nadal brzmi jak 'byłam w złym nastroju'. Przepraszam że tak mówię, ale nie rozumiem jak odróżnić 'przestrzeń jest nieczysta' od 'ja jestem nieczysta' - czyli po prostu rozkojarzony.
To akurat czuję na własnej skórze. Pokój, który dzielę z siostrą - ona ma swoje życie, swoje emocje, często wraca z zewnątrz z energią, której nie wybiera. Nie mam jak tego kontrolować. Pytam więc poważnie: czy w takich warunkach w ogóle jest sens mówić o czystości miejsca, czy raczej powinnam skupić się wyłącznie na sobie?
Interesuję się też tym, co jest poza kręgiem - czyli historią miejsca. Kobalt wspomniał wcześniej o 'historii miejsca' jako osobnej warstwie czystości. Czy jest jakiś sposób, żeby ją zbadać zanim się zacznie, czy raczej po prostu czyścimy i liczymy, że tyle wystarczy?
