Siedziałam ostatnio na pogrzebie znajomego i przez całą ceremonię zastanawiałam się, czy to co robimy - te wszystkie gesty, słowa, zapalanie zniczy - to jest żałoba czy pożegnanie. Bo dla mnie to nie jest to samo. Żałoba to stan, który trwa tygodniami, miesiącami. A pożegnanie to konkretny moment, konkretna czynność. I zaczęłam się zastanawiać, czy rytuały, które temu towarzyszą, też są różne. Czy ktoś w ogóle rozróżnia jedno od drugiego, czy to dla was synonim?
To jest coś, o czym się rzadko mówi wprost, a różnica jest fundamentalna. Rytuał pożegnania to czynność skierowana do osoby odchodzącej - żywej albo już nie. Rytuał żałobny to praca z tymi, którzy zostają. Dwa zupełnie inne kierunki energii, dwa różne cele. Na pogrzebie często miesza się jedno z drugim i stąd potem ten chaos emocjonalny - bo ciało chce się pożegnać, a otoczenie narzuca formy żałoby.
Właśnie to mnie uderzyło przy śmierci mojej babci. Pogrzeb był jak spektakl dla innych, a prawdziwe pożegnanie zrobiłam sobie sama, w domu, z jej zdjęciem i kawą, którą razem piłyśmy. Żadnych modlitw, żadnej ceremonii. Po prostu siedziałam i gadałam do zdjęcia. I dopiero to coś zamknęło. Czy to można nazwać rytuałem pożegnania, nawet jeśli nie ma żadnej struktury?
To co opisujesz to klasyczna struktura, którą znajdziemy w wielu tradycjach - najpierw rytuał przejścia dla odchodzącego, potem rytuał integracji dla żyjącego. Van Gennep pisał o tym jeszcze na początku XX wieku, jego 'rites de passage' mają trzy fazy: separacja, liminalność, inkorporacja. Pogrzeb to separacja. To co zrobiłaś przy kawie - to inkorporacja, przyjęcie straty i włączenie jej w swoje życie. Żałoba jest tym środkowym etapem, tym zawieszeniem.
Mnie bardziej interesuje praktyczna strona - jak zrobić rytuał pożegnania, kiedy nie ma śmierci? Tzn. kiedy żegnasz osobę żywą, koniec relacji, przeprowadzka, cokolwiek. Bo chyba nikt nie mówi o tym zbyt dużo, a to też jest pożegnanie.
nie mieszasz, ale upraszczasz trochę. Dziady to była ceremonia kontaktu - zapraszano duchy, karmiono je, rozmawiano z nimi. Stypa już nie - to rytuał dla żyjących, żeby wrócić do wspólnoty po stracie. Ale były też osobne obrzędy przy samym momencie śmierci, np. otwieranie okien, zatrzymywanie zegarów, zakrywanie luster - to wszystko było skierowane do odchodzącego ducha, żeby pomóc mu przejść. I to właśnie jest rytuał pożegnania, nie żałobny.
To otwieranie okien i zatrzymywanie zegarów - to jest po to żeby duch mógł wyjść czy żeby czas się zatrzymał symbolicznie? Bo słyszałam różne wersje i nie wiem, która jest bliższa pierwotnej intencji.
To z tymi lustrami mnie zawsze dziwiło, bo moja mama to robiła po śmierci taty i nie umiała wytłumaczyć dlaczego, powiedziała że tak się robi. A tu się okazuje, że jest cały powód. Ale wracając do pytania tej osoby co napisała o pożegnaniu żywych - sama przez to przechodziłam i kompletnie nie wiedziałam jak to przepracować. Po prostu płakałam i tyle.
To jest świetna obserwacja. Bo rytuał żałobny zakłada pewną definitywność - osoba odeszła, jej nie ma. A przy pożegnaniu żywej osoby ta definitywność nie zawsze jest taka czysta. Zastanawiam się, czy np. spalanie listów czy przedmiotów związanych z tą relacją to jest pożegnanie czy bardziej symboliczne zamknięcie? I czy to w ogóle pomaga, czy to jest tylko gest?
Spalanie to akurat ma bardzo konkretne uzasadnienie w wielu tradycjach - ogień jako element transformacji, nie zniszczenia. Coś przestaje istnieć w jednej formie i przechodzi w inną. Przy pożegnaniu żywych osób ma sens właśnie dlatego, że nie chodzi o wymazanie - chodzi o zmianę relacji z danym wspomnieniem albo osobą. Pytanie tylko, czy ktoś robi to z intencją czy po prostu ze złości.
to nie jest zero-jedynkowe. Złość jako punkt wyjścia nie dyskwalifikuje rytuału, ale jeśli kończy się na złości, to nie masz pożegnania - masz tylko akt agresji wobec symbolu. Rytuał pożegnania wymaga jakiegoś momentu przyzwolenia, odpuszczenia. Niekoniecznie przebaczenia - to są różne rzeczy. Możesz się pożegnać bez przebaczenia.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, bo jestem sceptyczna wobec tej całej symboliki - skąd wiadomo, że rytuał 'działa'? Tzn. co jest miarą skuteczności? Bo jeśli poczujesz ulgę po spaleniu listu, to może być po prostu efekt placebo i fizyczny akt robienia czegoś, nie żadna magia.
To co Hellan napisał jest ważne, ale mam wrażenie, że to sprowadza wszystko do terapii. A dla mnie rytuał pożegnania ma też wymiar, którego nie da się zmierzyć - kiedy się żegnasz z kimś, kto odszedł, to nie robisz tego tylko dla siebie. Robisz to też dla niego. I nie chodzi mi o to, że 'magia działa' - po prostu czuję, że to jest coś więcej niż gest wobec własnej psychiki. Czy ktoś jeszcze ma takie poczucie?
Dobra, Hellan ma rację że efekt psychologiczny to nie jest żaden zarzut, przyznaję. Ale mam wrażenie, że ta rozmowa omija jedno ważne rozróżnienie - rytuał pożegnania to nie jest to samo co rytuał żałobny, nawet jeśli oba 'działają' na psychikę. Żałoba ma jakiś społecznie zdefiniowany kształt, jest stypa, jest czarna sukienka, jest czas. A pożegnanie? Robisz to sama, w ciszy, i nikt tego nie potwierdza. Czy to nie jest jednak za mało, żeby coś naprawdę zamknąć?
To jest dokładnie to, o czym myślałam kiedy pisałam poprzednio. Rytuał żałobny ma świadków - rodzinę, księdza, sąsiadów. A rytuał pożegnania za życia - żegnasz się często zupełnie sama, bez żadnej wspólnoty wokół. I zastanawiam się, czy to świadkowanie nie jest właśnie tym, co nadaje rytuałowi wagę. Bo może nie chodzi o magię samą w sobie, tylko o to, że ktoś widział, że to się stało.
To co Filomena pisze o przyrodzie jako świadku - to jakoś trafnie opisuje to, co robiłam przy okazji tamtej kawy ze zdjęciem babci. Siedziałam przy oknie, był poranek, słońce wchodziło. I jakby samo to okno, ten widok za nim, było czymś, co 'przyjmowało' moją rozmowę. Nie wiem jak to inaczej nazwać, nie twierdzę że okno mnie słuchało. Ale byłam mniej sama przez ten widok.
Ciekawe jest to co Sliwka i Filomena opisują, bo trafia w coś, o czym myślałam od dawna. W słowiańskich rytuałach pożegnalnych bardzo często jest woda - przy bagnach, rzekach. Topielice to nie tylko złe duchy, to też dusze, które nie zostały odpowiednio odprowadzone. Czyli ktoś kiedyś rozumiał, że niedopełniony rytuał pożegnania zostawia ślad - i to nie tylko w żyjącym, ale jakby w przestrzeni.
czekaj, to mnie zatrzymuje. Mówisz że niedopełniony rytuał zostawia ślad w przestrzeni - a co to właściwie znaczy? Czy masz na myśli coś konkretnego, jakiś rodzaj energii, czy to bardziej metafora?
O właśnie, ta zawieszona relacja to jest coś. Bo mam taką sytuację z siostrą - nie rozmawiamy od kilku lat, ale też nie pożegnałyśmy się żadnym rytuałem, po prostu urwało się wszystko cicho. I to jest dziwne uczucie, jakby ta relacja była gdzieś obok, nie skończona. Czy można zrobić rytuał pożegnania kogoś, kto żyje i o tym nie wie?
Słucham i mam pytanie do Nekromanty, bo to ważne rozróżnienie - skąd wiesz, że jesteś gotowa na taki rytuał? Bo wyobrażam sobie, że można go zrobić za wcześnie, kiedy jeszcze się ma nadzieję albo złość, i on nic nie zrobi, albo zrobi coś połowicznego.
Ale jak to ocenić samodzielnie? Mam wrażenie, że łatwo siebie okłamać w takich sprawach. Mówisz sobie 'jestem gotowa', robisz rytuał, a potem budzisz się po tygodniu i płaczesz. Czy to znaczy, że rytuał nie zadziałał, czy że zadziałał i właśnie teraz zaczyna się prawdziwa praca?
Mam wrażenie że rozmawiamy o pożegnaniach tak, jakby były jednorazowym aktem - jeden rytuał i gotowe. A ja ze swojego doświadczenia powiem, że pożegnanie z babcią rozłożyło się na długi czas. Tamta kawa była początkiem, nie końcem. Może rytuał pożegnania to nie jest punkt, tylko coś, co daje ci zezwolenie na to żeby w ogóle zacząć?
To co Hellan mówi o liminalności bardzo pasuje do słowiańskich dzieci w kontekście pór roku - jesień jako czas pożegnań, zima jako czas przebywania na progu, wiosna jako moment wejścia w nowe. To nie jest przypadkowe, że Dziady są jesienią. Może my też potrzebujemy wpisywać nasze rytuały pożegnania w naturalny cykl, a nie robić je w dowolnym momencie?
To co Klimcia mówi o jesieni i Dziadach jakoś mi się układa z czymś, co obserwowałam u siebie. Moje najtrudniejsze pożegnania zawsze działy się pod koniec roku - nie planowałam tego, ale tak wychodziło. Jakby ciało samo wiedziało, że to czas. Ale mam pytanie do całej dyskusji - czy rytuał pożegnania wymaga jakiegoś konkretnego miejsca, czy może być dosłownie wszędzie?
To co Sliwka opisuje o tej kawie pojawia się już kilka razy w tej dyskusji i mam wrażenie, że to jest właśnie ten typ pożegnania, który odróżnia się od żałobnego. Żałobny ma formę - wiemy, że to jest żałoba, bo jest pogrzeb, jest msza, jest data. Pożegnanie może być zupełnie niewidzialne na zewnątrz. Zastanawiam się czy to dlatego ludzie czasem nie wiedzą, że je zrobili.
Mam takie wspomnienie po ojcu - przez długi czas jak o nim myślałam, to było urwane, bez końca, jakby wchodzę w środek czegoś. A potem w pewnym momencie - nie wiem kiedy to się zmieniło - zaczęłam myśleć o nim jak o czymś skończonym. Pełna historia, ze środkiem i końcem. Nie wiem czy zrobiłam jakiś rytuał, może podświadomie. Ale ta zmiana była wyraźna.
Słucham tej dyskusji od dłuższego czasu i mam jedno zastrzeżenie do tego, co Klimcia mówi. Bo 'integracja straty' to jest termin psychologiczny, który opisuje mechanizm. Ale rytuał to nie jest mechanizm - rytuał to akt w przestrzeni, który ma świadków, ma formę, ma czas. Utożsamianie nieświadomego procesu psychicznego z rytuałem rozmywa sens tego słowa do tego stopnia, że traci ono znaczenie.
