Zaczęłam się nad tym zastanawiać po tym, jak zrobiłam rytuał w pokoju, w którym kilka godzin wcześniej była dość intensywna kłótnia. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, ale coś wyraźnie nie grało - jakby nie mogłam się skupić, intencja się rozmywała, a cały czas miałam poczucie, że coś ciągnie w inną stronę. Czy macie wrażenie, że poprzednie zdarzenia w danym miejscu faktycznie robią różnicę, czy to raczej kwestia naszego nastawienia psychicznego?
To jest akurat temat, który mnie od dawna ciekawi, bo trudno rozdzielić te dwie rzeczy. Jeżeli wiesz, że w pokoju był konflikt, to automatycznie wchodzisz w inne nastawienie. Ale z drugiej strony - zdarzało mi się pracować w miejscach, o których nic nie wiedziałem wcześniej, i czuć wyraźny opór. Bez żadnego kontekstu, po prostu coś nie szło. Jak to tłumaczyć?
Właśnie o to chodzi - samo nastawienie nie wyjaśnia wszystkiego. W tradycjach ceremonialnych, czy to w Golden Dawn, czy w starszych systemach hermetycznych, oczyszczenie przestrzeni traktuje się jako osobny etap pracy, nie jako opcjonalny wstęp. Banishing przed rytuałem to nie kwestia nastroju, tylko odcięcie tego, co mogłoby interferować z intencją. Pytanie brzmi raczej: co konkretnie rozumiecie przez 'czyste energetycznie'? Bo to pojęcie jest dość pojemne.
A jak w ogóle rozpoznać, że miejsce jest nieczyste? Pytam poważnie, bo nie wiem, czy polegać na wrażeniu, czy jest jakiś bardziej konkretny sposób to sprawdzić. Bo wrażenie to jednak subiektywna sprawa.
Ja miałam sytuację, gdzie przez kilka miesięcy regularnie ćwiczyłam w tej samej przestrzeni i z czasem zaczęłam czuć, że miejsce jakby samo się oczyszcza przez użytkowanie. Jakby regularny rytuał sam w sobie 'kształtował' przestrzeń. Ale to może być złudzenie wynikające z przyzwyczajenia. Trudno to ocenić z zewnątrz.
To chyba jest sedno problemu. Większość ludzi nie ma osobnego miejsca do rytuałów. Robimy to w salonie, sypialni, w kuchni nawet. I teraz pytanie - czy za każdym razem trzeba robić pełne oczyszczenie, czy wystarczy coś symbolicznego? Bo jak ktoś pali kadzidło i zamiatał naroża, to ile to realnie robi?
A czy to nie zależy też od rodzaju rytuału? Bo mam wrażenie, że do czegoś lekkiego - np. zapalenia świecy z intencją - nie trzeba chyba robić wielkiego przygotowania. Ale jak ktoś planuje coś bardziej rozbudowanego, to wtedy przestrzeń ma większe znaczenie. Czy to ma sens, czy przesadzam z upraszczaniem?
W runach jest takie pojęcie vé - uświęconej przestrzeni, którą się wyznacza. Nie chodzi o to, żeby miejsce było z natury czyste, ale żeby je wyodrębnić i oznaczyć intencją. Można to zrobić dosłownie w środku miasta, w bloku. Kwestia nie tyle historii miejsca, co tego, co ty do niego wnosisz w danym momencie. Chociaż rozumiem, że dla wielu osób poprzedni ładunek emocjonalny miejsca naprawdę przeszkadza.
Trochę nie rozumiem, po co się tak komplikuje. Robię co muszę, zapalam świecę, skupiam się i tyle. Nigdy nie czyściłem żadnej przestrzeni i nie czuję, żeby coś nie działało. Może to po prostu kwestia tego, że ktoś jest bardziej wrażliwy na te rzeczy, a ktoś nie?
Ja chyba jestem po stronie tych, dla których ma to znaczenie. Robiłam raz rytuał zaraz po tym, jak w pokoju był głośny, napięty wieczór. Nie kłótnia, ale jakieś zbiorowe rozchwianie, nerwowe rozmowy. I coś było inaczej. Ale czy to było w przestrzeni, czy we mnie po tym wieczorze - szczerze nie wiem.
Przeczytałam ten wątek i mam pytanie, bo jestem spoza tego tematu: czy jest jakaś różnica między oczyszczeniem miejsca a wyciszeniem siebie przed rytuałem? Bo z tego co czytam, wychodzi na to, że obie rzeczy nakładają się na siebie i trudno rozróżnić, które z nich robi robotę.
To co mówi Cezary ma sens i jest opisywane w różnych tradycjach - sam akt przygotowania jest już częścią rytuału. Liminalne przejście. Wchodzisz w inny stan przez działanie, nie przez samo postanowienie. I wtedy faktycznie trudno powiedzieć, czy pali się szałwię dla siebie czy dla miejsca.
W zasadzie to by oznaczało, że pytanie w tytule wątku jest trochę źle postawione - nie 'czy musi być czyste zanim zaczniesz', ale 'czy samo oczyszczanie jest już początkiem rytuału'. Albo że nie ma twardej granicy między przygotowaniem a właściwą pracą. Chociaż nie wiem, czy to rozwiązuje problem dla kogoś, kto chce wiedzieć, co konkretnie zrobić przed.
czyli de facto to pytanie o to, gdzie zaczyna się rytuał. Nie o czystość miejsca jako taki warunek, ale o moment, w którym wchodzimy w inny tryb działania. To zmienia optykę całej rozmowy, bo wtedy oczyszczanie przestrzeni nie jest prerequisitem, tylko pierwszym krokiem.
No właśnie, dlatego ja tego nie robię osobno. Po prostu siadam i zaczynam, i to jest mój początek. Nie ma żadnego oczyszczania, jest od razu skupienie. Może to jest to samo, tylko bez rytuału przed rytuałem.
Ale właśnie - 'działa' to jest bardzo szerokie słowo. Co rozumiemy przez to, że rytuał działa? Bo jeśli ktoś czuje efekt, to czy to dowód, że przestrzeń nie przeszkadzała? Może przeszkadzała, tylko nie na tyle, żeby całkowicie zablokować, i gdyby jej nie było, efekt byłby inny.
W ogóle ciekawe, że cały czas mówimy o oczyszczaniu jako czymś, co się robi przed rytuałem. A w tradycjach nordyckich vé wyznacza się na czas rytuału i po jego zakończeniu przestrzeń wraca do zwykłego użytku. Nie ma czegoś takiego jak permanentnie czyste miejsce - jest tylko wyodrębnione na czas działania. Więc pytanie z tytułu trochę upada, bo nie czyścisz miejsca, tylko je tymczasowo oddzielasz.
Dobra, ale wróćmy do praktyki, bo mi się wydaje, że za bardzo weszliśmy w teorię. Pytanie było o to, czy miejsce musi być czyste zanim zaczniesz. I co z tego wynika dla kogoś, kto ma salon albo sypialnię i musi sobie jakoś poradzić?
Mnie to właśnie interesuje, bo sama działam w zwykłej przestrzeni i zawsze miałam wątpliwości. Ale po tej rozmowie coraz bardziej myślę, że kluczowe jest nie tyle co było w tym miejscu, ile to, co ja wnoszę do niego wchodząc w stan rytuału. Chociaż... to też nie do końca mnie satysfakcjonuje, bo są miejsca, w których czuję wyraźny opór.
Przepraszam, że się wtrącam z takim podstawowym pytaniem, ale co dokładnie rozumiecie przez 'opór'? Próbuję to sobie wyobrazić i nie jestem pewna, czy mamy na myśli to samo.
To rozróżnienie, które robi Anima, jest moim zdaniem sednem całego tematu. W hermetyce mówi się o miejscach naładowanych - charged locations - ale ładunek może być twój własny, projektowany przez percepcję, albo faktycznie zawarty w miejscu przez powtarzające się zdarzenia. Problem w tym, że subiektywnie odczuwa się oba tak samo.
A czy jest jakiś sposób na to oczyszczanie, który nie wymaga palonego kadzidła? Bo mieszkam z alergicznym mężem i dym odpada zupełnie. Czytałam coś o dźwiękach, ale nie wiem jak to wygląda w praktyce.
o wodzie z solą to słyszałam że trzeba potem tą wodę wylać gdzies konkretnie, poza domem podobno, czy to prawda czy to mity? bo czytałam różne wersje i nie wiem co jest a co nie
ale jak sprawdzic czy ta woda z sola rzeczywiscie cos 'zebrała'? czy jest jakis znak ze zadziałała czy po prostu sie wierzy ze tak jest?
Ale to trochę kłopotliwe, nie? Cały czas rozmawiamy o oczyszczaniu przestrzeni, ale żadna z metod - dźwięk, woda, kadzidło - nie daje żadnego sygnału zwrotnego. Robisz to i... nie wiesz czy cokolwiek się zmieniło. Skąd w ogóle wiadomo, że przestrzeń jest teraz gotowa?
Ale ja właśnie tego nie umiem jeszcze odczytywać i stąd moje pytania. Miska tybetańska - grasz nią po pomieszczeniu w kółko czy raczej w konkretnych miejscach, narożnikach? Gosiunia mówiła o klaskaniu w narożnikach, ale jak to wygląda z miską?
A co z miejscami, które są trudne geometrycznie - otwarta przestrzeń bez wyraźnych narożników, jakiś ogród czy las? Tam w ogóle jest sens takiego obchodzenia?
