To jest interesująca metafora. Pociągnięcie za sznurek. Bo rzeczywiście, często to jest reakcja somatyczna zanim pojawi się myśl 'coś się stało'. I może właśnie dlatego trudno potem to wytłumaczyć słowami - bo nie przeszło przez warstwę racjonalną, tylko przez ciało bezpośrednio.
Mam pytanie które mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu w tej dyskusji - mówicie o reakcji ciała, o energii, o tym co czuć. Ale co z osobami które dopiero zaczynają i jeszcze nie mają tego wyczulenia? Dla nich przerwanie rytuału to po prostu rozproszenie uwagi? Czy też coś głębszego dzieje się bez względu na to czy to czujesz?
Ale tu jest jedno zastrzeżenie do tego co mówi Runolog - rytuał w odróżnieniu od oddychania wymaga intencji. Więc jeśli nie ma wyczulenia, to czy intencja jest wystarczająco wyraźna żeby w ogóle było co przerywać? To nie jest zarzut, po prostu zastanawiam się czy to nie jest warunek wstępny.
A może to zależy od rodzaju rytuału? Bo wydaje mi się że są takie które bardziej opierają się na strukturze zewnętrznej - sekwencja czynności, słowa, przedmioty - i takie które całkowicie siedzą w stanie wewnętrznym. I może te strukturalne są mniej podatne na przerwanie bo mają jakiś szkielet który trwa niezależnie od tego co czujesz w środku.
To może wyjaśniać dlaczego niektórzy po przerwaniu próbują wznowić rytuał i coś im nie gra - bo zewnętrzna forma jest nienaruszona, ale stan wewnętrzny już nie wrócił do punktu wyjścia. I siedzą w połowie drogi.
A co zazwyczaj robicie w tej sytuacji? Idziecie dalej czy przerywane? Bo zastanawiam się czy kontynuowanie na siłę to w ogóle ma jakiś sens, czy może bardziej szkodzi.
To co mówi Mamunaa o nieporażce ma sens, ale ja się zastanawiam czy da się wyczuć z góry że coś się posypie - zanim jeszcze się posypie. Bo miałem parę razy tak, że już na starcie czułem jakiś opór, jakby samo wejście w stan szło z trudem, i potem to się potwierdzało. Jakby ciało wiedziało wcześniej.
U mnie to też było, kilka razy. I zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest kwestia tego że w trakcie rytuału pewne progi percepcji po prostu się obniżają - słyszysz więcej, czujesz więcej, rejestrujesz drobniejsze rzeczy. Więc ta 'intuicja przed przerwaniem' może być po prostu wyostrzoną percepcją zmysłową, tylko nie przetwarzaną świadomie.
Ale czy to nie zmienia pytania z 'co się dzieje gdy ktoś przeszkadza' na 'co się dzieje z naszą percepcją w trakcie rytuału'? Bo jeśli rytuał nas otwiera na więcej bodźców, to paradoksalnie stajemy się bardziej podatni na przerwanie, nie mniej.
Te dwie rzeczy nie muszą sie wykluczać. Ochrona przestrzeni to nie tarcza od bodźcow, tylko raczej filtr - nie wpuszczasz przypadkowych rzeczy, ale jesteś dalej czujny na to co sie dzieje. Jak stan skupienia, a nie izolacja.
Dokladnie, zamknięte drzwi robią robotę 🙂 Chociaż mnie to nie uratowało gdy mój facet wrocił godzinę wcześniej niż planował. Zamknięte drzwi to sygnał dla domownikow 'nie wchodzic', ale tylko jesli wiedzą co ten sygnał znaczy.
No i to jest chyba sedno problemu praktycznego - że rytuał wymaga jakiegoś kontraktu z osobami w otoczeniu, a tego kontraktu często nie ma. Albo jest, ale nie jest szanowany.
To jest zupełnie inny rodzaj przerwania i myślę że działa inaczej. Ktoś obcy, niezapowiedziany - to jest bodziec który trafia na ciebie z zewnątrz bez żadnej wspólnej historii, bez żadnego ładunku relacyjnego. Możesz go po prostu zignorować, przeczekać dzwonek, i wrócić. To nie wchodzi tak głęboko jak ktoś bliski z intencją.
Ale czy na pewno? Bo nie wiem, dzwonek do drzwi w środku rytuału chyba mocno wybija z rytmu niezależnie kto dzwoni. To jest nagły, głośny bodziec zmysłowy.
Właśnie - i może tu jest odpowiedź na to pierwotne pytanie z tytułu. 'Co się dzieje gdy ktoś przeszkadza' - to zależy kto i jak. Nie ma jednej odpowiedzi, bo to nie jest jedno zjawisko. Obcy dzwonek to jedno. Bliski człowiek z intencją - drugie. I reagujemy na oba inaczej, i skutki są inne.
Ale co ze scenariuszem pośrednim - ktoś bliski, bez intencji, po prostu zapomniał? Bo u mnie było kilka razy że mama weszła, przeprosiła natychmiast i wyszła, nie chciała przeszkodzić, po prostu zapomniała. I nie wiem co to zrobiło, bo poczułam coś ale nie wiem czy to była reakcja na jej wejście czy na własny stres że ktoś wszedł.
To jest ważne rozróznienie i chyba bardzo niedoceniane. Ile razy to co przypisujemy 'energii' tej drugiej osoby jest tak naprawdę naszą własną reakcją emocjonalną na niespodziewany bodziec. Nie mówię że energia drugiej osoby nie istnieje, ale mieszamy te dwie rzeczy.
To co napisała Agatowa_R jest dla mnie kluczowe w tej rozmowie - że mieszamy dwie rzeczy: reakcję własną i wpływ tej drugiej osoby. Ale chcę zapytać dalej: czy da się w ogóle je rozdzielić praktycznie? Bo w momencie gdy coś czujesz, już nie wiesz co jest skąd.
Ale to nie znaczy, że różnicy nie ma. Pamiętam sytuację gdy podczas medytacji wszedł mój brat - wpadł po coś, był w dobrym nastroju, śmiał się do siebie z czegoś. I cokolwiek poczułam to było zupełnie inne niż gdy kiedyś weszła osoba wyraźnie zdenerwowana. Obie sytuacje przerwały mi stan, ale nie tak samo.
Wracając do konkretów - bo ta dyskusja robi się coraz bardziej filozoficzna, co jest ok, ale mam pytanie praktyczne. Załóżmy że ktoś was przerwał i czujecie że coś się posypało. Co robicie dalej? Próbujecie dokończyć od razu, zaczynacie od nowa, czy odpuszczacie na ten dzień?
Zalezy od rodzaju rytualu szczerze. Jak to jest cos krotkiego i nie wymaga duzo przygotowania to wracam po chwili i zaczynam od nowa. Ale jak wlozylam w to sporo - swiece, czas, skupienie przez 20 minut - to nie mam sily zaczynac od zera od razu. Odpuszczam i wracam nastepnego dnia.
Mnie to co mówi Mamunaa bardzo do czegoś odsyła - że intencja może trwać nawet gdy rytuał się przerywa. Bo rytuał to forma, a intencja to treść. Forma się posypała, ale treść gdzieś nadal jest. Nie wiem tylko co z tym dalej robić praktycznie.
I tu sie pojawia cos co mnie od dawna zastanawia - czy rytuał konczy sie przerwaniem, czy konczy sie kiedy my go konczymy intencjonalnie. Bo jesli to drugie, to przerwanie przez kogoś z zewnatrz go formalnie nie zamknelo, tylko zaburzyo.
Ale skąd ta idea że przestrzeń rytualna wymaga zamknięcia? Mam wrażenie że bardzo dużo zależy od tradycji - w niektórych to w ogóle nie jest pojęcie.
To prawda, to nie jest uniwersalne. Ale nawet jeśli nie wywodzisz z żadnej konkretnej tradycji, to psychologicznie ma sens - jeśli robiłaś coś z dużym skupieniem i nagle to urwałaś, twój umysł może nie mieć sygnału że to skończone. Zamknięcie działa jak sygnał dla siebie, nie dla 'przestrzeni'.
Czy ktoś tutaj miał sytuację kiedy to sam rytuał - nie zewnętrzne przerwanie - po prostu nie wypalił, zatrzymał się w połowie? Tzn. straciłaś skupienie sama z siebie, bez żadnej przeszkody z zewnątrz? Bo zastanawiam się czy różnica między tym a przerwaniem z zewnątrz jest w ogóle odczuwalna.
Tak i dla mnie to zupełnie inne odczucie. Kiedy sama tracę skupienie to jest bardziej jak osunięcie się - stopniowe, mam chwilę żeby to poczuć i reagować. Kiedy ktoś wchodzi to jest nagłe, bez ostrzeżenia. I to nagłość robi różnicę, nie sam fakt że skupienie poszło.
