Może nie chodzi o to czy to źle, tylko czy to wystarczy. Odruch może być punktem wejścia, nie celem. Wiele tradycji zakłada że samo powtarzanie formy - nawet mechaniczne - działa na zasadzie toru który z czasem się pogłębia. To nie jest tak że albo jesteś w pełni obecna albo nic nie ma znaczenia. Ale jest chyba jakiś próg poniżej którego forma bez niczego w środku to po prostu czynność.
Ale to jest właśnie to co mówiłam wcześniej. 'Być przy tym co robisz' brzmi prosto dopóki nie spróbujesz. Jak próbuję to zrobić świadomie to zaczynam obserwować siebie i wychodzę z tego momentu. To jak próbować zobaczyć własne oko bez lustra.
Szalwia trafia w coś prawdziwego. Ja to rozwiązuję tak że nie próbuję 'być obecna' jako celu, tylko skupiam się na konkretnej czynności - zapachu, ruchu, głosie. I jakoś to wchodzi bokiem. Ale też nie zawsze.
to interesujące że mówisz o głosie. Mnie bardzo pomaga dźwięk - niekoniecznie żaden konkretny, czasem to jest po prostu coś nuczonego. Jakby dźwięk był czymś co ciągnie uwagę bez żadnego wysiłku. Czy u ciebie to jest jakiś stały element czy improwizujesz?
Wrócę do pytania Szalwii o notatki bo tam się urwało. Sam prowadzę zapiski od dłuższego czasu i doszedłem do wniosku że najbardziej przydatne okazały się krótkie adnotacje o tym co mi przeszkadzało albo co zrobiłam inaczej. Nie ocena, tylko obserwacja. Coś w stylu 'myślałem o pracy', 'skróciłem', 'pominąłem świecę'. Potem jak czytam to po kilku tygodniach widzę wzorzec który w trakcie był niewidoczny.
Wracam do tego co Kunisia opisywała - że po przerwie przez chwilę znowu coś poczuła. Zastanawiam się czy to nie jest po prostu efekt nowości, który mamy na początku każdej praktyki i który z czasem przygasa. I może przerwa go sztucznie przywraca? Ale to by oznaczało że nigdy nie będziemy mieć tego na stałe, tylko w impulsach.
To co Henia mówi jest ważne, ale jest jedno 'ale'. Muzyka nie ma intencji. Rytuał - przynajmniej w moim rozumieniu - ma. I jak ta intencja jest nieobecna, to nie jest to samo co gdy muzyka gra w tle. Przynajmniej nie dla mnie.
To co Rydwanka.ka mówi o kierunku zamiast myśli - to chyba jest ta rzecz której mi brakowało żeby to jakoś uchwycić. Bo jak próbuję 'mieć intencję' to natychmiast zaczyna się moje wewnętrzne gadanie i wszystko się psuje. Ale kierunek jest inny. Kierunek nie wymaga ciągłego potwierdzania.
Ale jak to puścić? To chyba jest moje konkretne pytanie do całej tej rozmowy. Wszyscy mówią żeby nie kontrolować, nie sprawdzać, zostawić - ale jak? To jest dla mnie jak mówienie komuś żeby nie myślał o różowym słoniu.
Właśnie o to chodzi. Mam wrażenie że bardzo dużo osób - też ja przez długi czas - myśli że rytuał musi czuć się jak coś wyjątkowego żeby działał. I potem jak tego nie ma, to od razu diagnoza: 'robię to z obowiązku'. Ale może po prostu nie wszystkie momenty są wyjątkowe i to jest zupełnie normalne.
Właśnie to próbuję robić od jakiegoś czasu - odróżniać jeden gorszy rytuał od trendu. I zapisuję właśnie po to. Ale Stellina dotknęła czegoś co mnie samą niepokoi - czy można być tak przyzwyczajoną do praktyki że ona po prostu przestaje na ciebie działać, cokolwiek to znaczy? Że trzeba zmiany nie dlatego że coś się popsuło, ale dlatego że się wyrobiło?
W kontekście tego co Kunisia mówi - jest takie pojęcie w tradycjach tantrycznych i niektórych ścieżkach buddyjskich: rytuał jako powłoka i rytuał jako środowisko. Powłoka się zużywa. Środowisko niekoniecznie. To znaczy że sama forma może wymagać odświeżenia, ale to co tworzy - przestrzeń, nawyk kierowania uwagi - to zostaje. Zmiana formy nie jest porzuceniem.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam jedno pytanie które chodzi mi po głowie. Wszyscy mówią o tym żeby obserwować, prowadzić notatki, sprawdzać trendy. Ale co jeśli sama obserwacja zmienia to co obserwujesz? Jak zaczynam analizować czy rytuał mi 'idzie' to już przez to jestem w innym miejscu niż byłam przed analizą.
Nie zgadzam się z tym całkowicie. Obserwacja nie musi być analityczna - może być jak patrzenie kątem oka. Znam osoby które mają bardzo wyostrzony zmysł co się dzieje w ich praktyce i jednocześnie nie wychodzą z niej żeby to zobaczyć. To się buduje przez czas, nie jest czymś co można po prostu wybrać od razu, ale twierdzenie że obserwacja zawsze wyklucza obecność - to chyba za mocne.
To co Rydwanka.ka mówi o rozpoznawaniu po fakcie jest mi bliskie. Ja też rzadko wiem w trakcie. Ale jak wracam do notatek po kilku tygodniach, to widzę że był jakiś moment gdzie coś się zaczęło zmieniać - tylko wtedy tego nie czułam. I zastanawiam się czy w ogóle powinnam to czuć na bieżąco, czy to nie jest po prostu za duże oczekiwanie wobec siebie.
To co Kunisia napisała na końcu mnie zatrzymało - czy w ogóle jest sens próbować to wiedzieć w trakcie. I chyba nie, ale z innego powodu niż myślałam. Nie chodzi o to że obserwacja przeszkadza, tylko że pytanie jest źle postawione. 'Czy to idzie dobrze' to nie jest pytanie które można zadać sobie w środku czegokolwiek.
Jest takie rozróżnienie w pracy z ciałem - między oceną a rejestrowaniem. Ocena to 'czy to jest dobre czy złe', rejestrowanie to 'temperatura, napięcie, spokój, pobudzenie'. Może z rytuałem jest podobnie - nie 'czy mi idzie' tylko 'co zauważam'. I paradoksalnie to drugie daje więcej informacji.
Słucham tej rozmowy o obserwowaniu i rejestrowania i zastanawiam się czy nie robimy z tego za dużo filozofii. Bo na poziomie bardzo praktycznym: jak rytuał czujesz jako obowiązek przez dłuższy czas, to ciało ci o tym mówi bez żadnego rejestrowania. Po prostu nie chcesz zaczynać, odkładasz, szukasz powodów żeby nie. I to jest sygnał niezależnie od całej reszty teorii.
Ja mam trochę inne podejście do tego sygnału z ciała. Odkładanie i szukanie powodów to może być opór przed czymś głębszym, a nie sygnał że praktyka się skończyła. Czasem właśnie te dni kiedy najbardziej nie chciałam zaczynać, po fakcie okazywały się czymś ważnym. Więc nie ufam temu za bardzo jako wskaźnikowi.
Mnie się wydaje że ten wątek o oporze i obowiązku kręci się trochę w kółko właśnie dlatego że nie ma rozróżnienia między tym kiedy opór jest sygnałem żeby iść dalej a kiedy jest sygnałem żeby się zatrzymać. I może nie da się tego rozróżnić abstrakcyjnie, tylko przez to że się zna własne wzorce od lat.
Chcę tu coś dorzucić bo zaczęłam ten temat i przez całą tę rozmowę zmieniło się to co myślę. Zaczęłam od pytania czy obowiązek to problem. Teraz myślę że pytanie jest inne - czy ta praktyka jest jeszcze moja. Nie chodzi o emocje w trakcie, nie o opór, nie o wypalenie. Chodzi o to czy to co robię ma jeszcze jakiś związek z tym kim jestem teraz, czy jest tylko echem tego kim byłam kiedy to zaczynałam.
To jest moim zdaniem najlepsza konkluzja tej rozmowy, choć pewnie nie ostatnia. Rytuał który był kiedyś autentyczny może stać się kostiumem. Nie dlatego że coś z nim jest nie tak - tylko dlatego że się z niego wyrosło. I to nie jest porażka, to jest po prostu ruch.
