Mam taki problem od dłuższego czasu i szczerze nie wiem co z tym zrobić. Zaczynam rytuał rano, wszystko pięknie, mam zapaloną świecę, intencję, robię co do mnie należy... a potem przychodzi telefon, albo coś gotuje się na kuchni i już o tym nie myślę. Do południa zupełnie zapominam, że miałam coś kontynuować przez cały dzień. I nie chodzi mi o jednorazowe rzeczy, tylko o takie rytuały, które mają trwać np. przez 7 dni i wymagają jakiegoś działania co kilka godzin albo chociażby utrzymania intencji. Czy to w ogóle coś psuje? Czy można wznowić?
O, ten temat mnie dotyczy totalnie. Sama to przerabiałam i wiem, że to frustrujące. Ale mam pytanie do ciebie - co rozumiesz przez "utrzymanie intencji"? Bo to może być klucz. Jeśli chodzi o aktywne myślenie co kilka godzin, to jedno. Ale jeśli mówisz o rytuałach, gdzie masz np 🙂 zapalać świecę o konkretnych porach - to już inna sprawa i naprawdę ma znaczenie czy zapomniałaś fizycznego działania czy tylko skupienia.
Ja bym tu rozróżnił dwie rzeczy, bo często są mylone. Rytuał to nie medytacja i nie wymaga ciągłego myślenia o nim przez cały dzień - to nie tamagotchi. Wiele tradycyjnych praktyk zakłada, że po wykonaniu rytuału puszczasz go i żyjesz normalnie. Problem jest tylko wtedy, kiedy masz zaplanowane konkretne czynności o konkretnych porach i ich nie robisz. Wtedy faktycznie może być sprawa, czy kontynuować od miejsca, gdzie się skończyło, czy zaczynać od nowa.
To jest dobra obserwacja - instrukcje zazwyczaj milczą o błędach i przerwach, jakby rytuał miał się zawsze odbywać w idealnych warunkach. A przecież tak nie jest. Z mojego doświadczenia - jeśli coś wymaga siedmiu dni z rzędu i zapomniałaś dnia trzeciego, to naprawde zależy od charakteru rytuału. niektóre tradycje mówią wprost, że liczy się intencja i powrót, inne są bardziej rygorystyczne co do formy. Nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich przypadków.
Ale jak w takim razie w ogóle ocenić, do której kategorii należy ten konkretny rytuał, który się robi? Pytam serio, bo sama mam podobny problem - zaczynam i nie wiem czy moje zapomnienie coś zepsuło, czy nie. i potem albo porzucam, albo zaczynam od nowa, albo robię to na pół gwizdka bo już mi się głupio.
Ale czekajcie, bo mam pytanie - czy w takim razie w ogóle sensowne jest robienie rytuałów wielodniowych jeśli prowadzimy normalne życie zawodowe? Bo ja próbowałam coś 9-dniowego i po trzech dniach rzuciłam w kąt, bo praca, dzieci, zero czasu na skupienie. Może w ogóle lepiej robić jednorazowe rzeczy i mieć spokój?
Przy okazji - miałam kiedyś taki sposób, że robiłam sobie małe fizyczne przypomnienie w ciągu dnia. Dosłownie kawałek czerwonej nitki zawiązany na nadgarstku, który miał mi przypominać o intencji. Nie musiałam nic robić, wystarczyło że na to spojrzałam i przez chwilę wróciłam myślami do tego co robiłam rano. Nie wiem czy to "właściwa" metoda, ale u mnie działało lepiej niż nastawianie alarmów w telefonie.
Trochę mnie dziwi ta dyskusja, bo zaczynacie od problemu z zapominaniem, a to może być objaw czegoś prostszego - rytuał po prostu nie jest wbudowany w dzień tak jak np. mycie zębów. Nie ma magicznego rozwiązania na zapominanie, jest tylko nawyk. I to jest kwestia czysto psychologiczna, nie ezoteryczna. Czy pracujecie w ogóle nad tym żeby rytuał stał się częścią dnia tak automatycznie jak kawa rano?
To jest właśnie sedno. nawyk nie musi dotyczyć treści rytuału, tylko samej pory i miejsca. Jeśli codziennie o tej samej godzinie siadasz w tym samym miejscu i robisz "coś rytualnego", to mózg uczy się, że ta pora to czas skupienia. Co to jest konkretnie - już drugorzędna sprawa. Rytuały monastyczne działają właśnie tak - struktura godzin jest stała, treść modlitwy się zmienia w ciągu roku, ale samo siedzenie o jutrzni i nieszporach jest niezmienne.
Przy pełni i innych momentach astronomicznych to zazwyczaj jednorazowa rzecz albo kilka godzin nie kilka dni z codziennym wracaniem do tematu 😀 Więc to trochę inny przypadek niż to, o czym mówi Oraklia. Ona mówi o wielodniowych praktykach, gdzie każdy dzień ma coś do zrobienia.
Ja mam zupełnie inne podejście i może trochę nie w tym kierunku, ale - zastanawiam się czy samo to, że się zapomina, nie jest jakimś sygnałem. Znaczy, jeśli coś jest dla nas naprawdę ważne, to raczej o tym nie zapominamy. Jak mam ważne spotkanie albo zależy mi na kimś, nie zapominam o telefonie. Może jeśli rytualnie zapominamy o rytuale, to może nie jesteśmy na niego gotowe albo nasza intencja jest za słaba?
Generalnie to jest znany problem w każdej regularnej praktyce nie tylko ezoterycznej. Sportowcy, muzycy, wszyscy mają z tym problem na początku. metoda, którą znam i ktróa podobno pochodzi jeszcze ze starych tradycji ceremonialnych, to łączenie rytuału z czymś co i tak robisz każdego dnia - z posiłkiem, z kąpielą, z wyjściem z domu. Rytuał przyklejony do istniejącego nawyku łatwiej przeżyje.
To zależy od tego, co rytuał ma robić. Jeśli chodzi o budowanie intencji raz na jakiś czas - to skupienie jest istotne. Ale jeśli to codzienna praktyka podtrzymująca to automatyzm niekoniecznie ją niszczy. W niektórych traddycjach modlitwę odmawia się codziennie, czasem mechanicznie, i nikt nie twierdzi, że przestaje działać.
Właśnie. Rytuały ceremonialne w zamkniętych tradycjach mają przewagę powtarzalności formy. ale te sklejane samodzielnie z różnych praktyk - tam forma jest płynna i mózg nie ma się czego uczyć jako całości. co innego zapamiętać sekwencję kroków, co innego każdego dnnia wymyślać ją na nowo.
Żeby wrócić do tego, o czym Oraklia mówiła wcześniej - ona pyta o konkretną sytuację, gdzie zapomina w połowie dnia. I myślę, że za bardzo wchodzi ta dyskusja w to, co jest lepsze, stara tradycja czy własna praktyka. a pytanie jest bardziej praktyczne: co zrobić kiedy już wiesz, że za chwilę zapomnisz?
Dokładnie o to mi chodzi. Nie jestem w żadnej zamkniętej tradycji, robię rzeczy z różnych źródeł i to może być właśnie ten problem. Ale teraz czytam tę dyskusję i zastanawiam się, czy może powinnam wybrać jedno podejście i się go trzymać, zamiast mieszać?
To zależy co chcesz osiągnąć tym rytuałem. Jeśli masz konkretny cel i konkretny czas trwania, to mieszanie źródeł nie musi być problemem. Gorzej jeśli sama nie wiesz, dlaczego robisz tę a nie inną rzecz - wtedy zapominanie jest prawie pewne, bo nie ma wewnętrznej logiki, która by cię trzymała przy praktyce.
Tylko że to trochę frustrujące słuchać, bo wynika z tego, że jeśli zapomnisz, to znaczy, że ci nie zależy. A ja naprawdę chcę i zapominam. wiesz co, nie wiem, może po prostu mam zbyt absorbujący tryb życia na wielodniowe rytuały.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nikt tu nie wspomniał. Rytuał który zapomnisz w połowie dnia mógł być po prostu za długi albo za rozbudowany jak na twój aktualny czas i zasoby. Niektóre praktyki są zaprojektowane dla osób, które mają wyraźnie wydzielony czas na praktykę duchową. Jak tego nie masz, to może zamiiast walczyć z zapominaniem, warto skrócić rytuał do tego, co jesteś w stanie utrzymać.
Mam pytanie do Oraklii - czy te rytuały, które zaczynam i porzucam, robisz rano i potem masz całkowicie puste ręce do wieczora, czy jest jakiś element, który miałby się pojawić w ciągu dnia? Bo to robi sporą różnicę w tym, co można poradzić.
to może problem nie jest z zapominaniem w ogóle, tylko konkretnie z tym "oknem" w ciągu dnia. Ja mam podobnie i nauczyłam się, że te elementy śróddzienne muzę albo wyeliminować z rytuału, albo przenieść na stały moment - np. obiad, wyjście z pracy. cokolwiek co jest w moim dniu pewnym punktem.
Tylko że ja nie mam stałych momentów w ciągu dnia. Każdy dzień wygląda inaczej, raz praca w biurze, raz na odległość, raz po południu mam coś z rodziną. Nie ma nic, co powtarza się o tej samej godzinie.
To właśnie jest sedno problemu, o którym tu rozmawiamy od dłuższego czasu. Jeśli nie ma żadnej regularnej kotwicy w dniu, to rytuał śróddzienny nie ma się do czego przyczepić. Nie mówię tego, żeby krytykować - po prostu taki tryb życia jest po prostu trudniejszy dla ciągłości praktyki. Czy jest coś, co robisz codziennie, choćby picie kawy rano?
A gdybyś zrezygnowała z elementu śróddziennego w ogóle? Serio pytam - czy ten rytuał wymaga czegoś w środku dnia, bo tak jest zapisane w źródle, czy dlatego, że sama tak to ułożyłaś?
To drugie jest ciekawe. Skąd to przekonanie, że trzeba wracać do intencji w ciągu dnia? no, bo to wcale nie jest universalna zasada - w wielu tradycjach wystarczy jeden mocny, skupiony moment rano i jeden wieczorem, a między nimi rytuał żyje sam.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że kręcimy się trochę wokół pytania o to, co jest niezbędne, a co jest naddatkiem. ehh, w praktykach, które znam od strony struktury, elementy śróddzienne zwykle pełnią konkretną funkcję: utrzymanie pola uwagi między momentami rytualnymi. Jeśli nie robisz czegoś aktywnie w środku dnia, to rano i wieczór są wyspami bez połączeia. Ale to nie znaczy, że te wyspy nie działają - po prostu działają inaczej.
Ja miałam przez jakiś czas kamień przy klawiszach - miał mi przypominać o intencji. Po tygodniu przestałam go widzieć, po prostu wtopił się w tło biurka. Może to kwestia tego, że za szybko staje się niewidoczny?
