Przy czym czilla nie jest po prostu "rób to przez czterdzieści dni". to jest izolacja, poszczenie, ograniczone spanie, konkretny szejk, który pilnuje i interweniuje. Porównywanie tego do indywidualnej praktyki w domu jest trochę jak porownywanie maratonu do joggingu. Oba angażują bieganie, ale to inne rzeczy.
Ja robię coś, co może być namiastką tego - prowadzę notatki po każdej sesji tarotowej i raz na jakiś czas wracam i czytam kilka wcześniejszych. Nie żeby oceniać, ale żeby zobaczyć czy jest jakiś kierunek. Może podobnie można robić przy rytuałach - krótka notatka po każdym dniu, a po tygodniu przejrzeć. Nie jako dziennik sukcesów, ale jako ślad obecności.
Wracając do tego co Gertruda napisała o notatkach - czy to ma sens przy rytuałach, które mają inny charakter niż tarot? Bo przy kartach notatka jest oczywista, masz co opisywać. Ale co opisujesz po rytuale, który polega na zapaleniu świecy i ciszy przez kilka minut?
Ale właśnie to jest pytanie - czy ta notatka jest po to, żebyś miała zapis, czy po to, żebyś ugruntowała co się wydarzyło? Bo to są dwa różne powody i prowadzą do różnych nawyków. Przy runach piszę bo inaczej mi umykają szczegóły, ale nie wiem czy to mi pomaga "pamiętać o praktyce" przez cały dzień.
Spróbowałam tego z notatkami przez ostatnie kilka dni. no i Piszę trzy, cztery zdania rano po tym jak kończę. I faktycznie coś się zmienia - nie tyle że pamiętam o rytuale w południe, ale raczej że nie mam poczucia, że go porzuciłam. Jakby ta notatka zamykała go na ten dzień, a nie zostawiała otwartego.
To ciekawe rozróżnienie, bo "porzucenie" i "zapomnienie" to jednak różne rzeczy. Zapomnienie jest neutralne, porzucenie już nie. Może część tego poczucia winy, o którym pisałaś na początku, brała się z tego że rytuał zostawał "otwarty" przez cały dzień?
Ale to trochę zmienia pytanie z początku wątku, nie? Na początku chodziło o zapominanie w połowie dnia. Teraz wyłania się coś innego - że problem był nie tyle z pamięcią, ile z tym, że rytuał nie miał wyraźnego końca i przez to zostawał jako otwarta sprawa w głowie.
A czy Oraklia miała jakiś gest zamknięcia w tym swoim rytuale? Bo czytam to i zastanawiam się, czy może po prostu brakowało tego jednego elementu od początku.
I to może być bardzo prosta rzecz do dodania, bez zmieniania reszty. jeden gest, jedno słowo, zgaszenie czegoś. To nie musi być skomplikowane żeby działało. ważniejsze, że jest powtarzalne i intencjonalne.
Mam pytanie, bo nie śledzę tego wątku od początku - ten rytuał był skonstruowany samodzielnie czy wzięty z jakiegoś konkretnego systemu? Bo jeśli był złożony z różnych źródeł, to może właśnie dlatego brakowało mu takich elementuw jak zamknięcie, które w spójnych tradycjach są po prostu wbudowane.
Ja bym tu dorzucił jeszcze jeden element, który moim zdaniem ma znaczenie przy długich rytuałach - synhronizacja z czymś zewnętrznym. Jak rytuał jest oparty o cykl księżycowy, to może warto powiązać zamknięcie każdego dnia z konkretną porą, np. zachodem słońca, a nie z chwilą kiedy akurat skończyłaś parzyć kawę. daaje to dodatkowy punkt zakotwiczenia w czasie.
