Pracuję jako pielęgniarka od ponad dwudziestu lat i przez długi czas w ogóle nie myślałam o tym, że trzeba się jakoś "czyścić" po pracy. Po prostu wracałam do domu, padałam na kanapę i myślałam, że zmęczenie jest normalną ceną za ten zawód. W pewnym momencie zaczęłam czuć coś, co chyba najlepiej opisać jako taką lepkość - jakbym przynosiła do domu cudzy ból i on gdzieś tam zostawał. zaczęłam eksperymentować z różnymi rzeczami i chcę tu napisać o tym, co mi faktycznie pomogło, bo widzę, że nie ma zbyt wielu wątków o tym dla opiekunów, pielęgniarek, pracowników hospicjów czy terapeutów. Nie chodzi mi o relaks po pracy, bo to inna historia. Chodzi o coś głębszego - o to, żeby nie być emocjonalnym gabką dla cudzych stanów. co wy robicie z tym?
Zam to uczucie, choć ja nie pracuję w opiece ale przez jakiś czas byłem przy chorej mamie i to wystarczyło żebym zrozumiał, o czym mówisz. Ta "lepkość" to bardzo trafne słowo. U mnie działał zimny prysznic bezpośrednio po powrocie do domu - nie rzeby się obmyć, ale żebym wyraźnie zaznaczył sobie w głowie grnicę między "tam" a "tu". Rytuał przejścia, dosłownie. Ale wiem, że wiele osób potrzebuje czegoś bardziej symbolicznego niż tylko woda.
Ja pracuję w domu opieki i to temat, który bardzo mi leży na sercu. Mam koleżankę, która przyszła do mnie rok temu całkowicie wypalona i właśnie przez to, że przez lata "brała" od swoich podopiecznych emocjonalnie, nie robiąc nic żeby to z siebie puszczać. U mnie działa konkretny rytuał z progiem - dosłownie. Kiedy przekraczam próg swojego mieszkania, zdejmuję buty i mówię na głos (tak, na głos, wiem jak to brzmi): "to zostaje za drzwiami". Śmiesznie proste, ale działa przez intencję. I dłonie myję zimną wodą od nadgarstka w dół, nie od dołu do góry. Gdzieś wyczytałam, że kierunek ma znaczenie przy wypłukiwaniu, nie przy normalnym myciu. Czy ktoś jeszcze to stosuje?
Temat ważny, choć widzę, że można go łatwo sprowadzić do listy technik, a o to tu chyba nie chodzi. Dla mnie kluczowe pytanie jest inne: czy w ogóle wiesz, że to się dzieje? Zanim ktokolwiek zacznie cokolwiek "czyścić", musi umieć rozpoznać, kiedy niesie w sobie coś, co nie jest jego 🙁 To brzmi banalnie, ale nie jest. Przez lata brałam na klatę stany emocjonalne chorych, których się opiekowałem i przez długi czas byłem przekonany, że to moje własne zmęczenie, mój własny smutek. Dopiero kiedy zacząłem prowadzić proste notatki - "jak czułem się przed wyjściem, jak czuję się teraz" - zobaczyłem, że ten drugi stan nie miał rzadnego oparcia w moim życiu. ot, po prostu przyszedłem do domu i miałem bezprzyczynowy ciężar.
Mam pytanie do tych, które pracują w opiece od lat - czy zauważyłyście jakiś moment, kiedy przestałyście to czuć? tzn. wypalenie to jedno, ale mówię o czymś innym - o tym, że przestaje się wyczuwać, że się nosi w sobie coś obcego, bo to staje się normą. Pytam, bo moja siostra jest terapeutką i ona mówi, że już nie wie, kiedy jest zmęczona "swoim" a kiedy "cudzym". Jak się wraca do rozróżnienia?
Drzucę coś, co może brzmieć kontrowersyjnie. Moim zdaniem część ludzi w zawodach opiekuńczych ma naturalnie bardziej przepuszczalne pole energetyczne i żaden rytuał tego nie "naprawi" - można jedynie nauczyć się z tym żyć i zarządzać tym świadomie. Znam kobietę, bioenergoterapeutkę, która po prostu przyjęła, że jest jak antena i zamiast się przed tym bronić, zaczęła to kanalizować w świadomy sposób podczas sesji z klientami. Efekt był taki, że przestała "wyciekać" poza sesjami.
Obserwuję tę dyskusję i chcę dodać coś od innej strony. W tradycji cahuilli - to rdzenni Amerykanie z Kalifornii - osoby pełniące rolę uzdrowiciela po każdym kontakcie z chorym wykonywały rytuał przywracania sobie "własnej skóry", dosłownie przecieranie ciała określonymi roślinami i śpiew. Nie dlatego, że się bały, ale dlatego, że traktowały to jako zwykłą higienę - tak samo jak mycie rąk. Nie ma tu żadnej mistyki, po prostu rozumiano, że kontakt z cudzym cierpieniem coś robi z osobą, która jest przy nim. Pytanie do was: co z dymu? Sage, palo santo, kadzidło - czy to faktycznie coś zmienia dla was po ciężkiej zmianie, czy to bardziej psychologiczne zakotwiczenie?
Czytam ten wątek z ciekwością, bo sama jestem sceptyczna, ale mam pytanie praktyczne. Te wszystkie rytuały - próg, woda, dym, intencja - czy nie wychodzi na to, że to po prostu bardzo uważne przejście między rolami? Tzn. psychologia nazywa to "decompression routine" i nie mówi o energii, tylko o tym, że mózg potrzebuje sygnału, że zmienił kontekst. Skąd wiecie, że chodzi o coś więcej niż neurologię?
A wracając do pytania Basieńkaa sprzed chwili - o kierunek mycia rąk 😉 Wyczytałam to w opisie praktyk szamańskich z obszaru Syberii, gdzie osoby uzdrawiające po kontakcie z chorym "spłukiwały" od łokci do palców nigdy odwrotnie, właśnie po to, żeby "wynosić" a nie "wnosić". Nie wiem, czy to historycznie dokładne, bo czytałam to w antologii, nie w akademickim źródle. Ale intuicyjnie to czuję i stosuję od lat.
Ten wątek dotyczy czegoś, o czym mało się mówi wprost, a mianowicie - granic między empatią a przenikalnością. Osoby w opiece często mylą te dwa pojęcia. Empatia to zdolność do rozumienia cudzego stanu. Przepuszczalność to stan, w którym cudzy stan staje się twoim. W praktyce rytuałów ochronnych chodzi właśnie o to drugie - żeby nie eliminować empatii, bo to by niszczyło relację z podopiecznym, ale żebby po kontakcie umieć "oddać" to, co nie jest twoje. mam wrażenie, że wiele technik, które tu padają, działa właśnie na tym poziomie - jako rytualne "oddanie z powrotem".
Na temat intencji oddawania - w niektórych tradycjach bałtyjskich jest coś, co można przetłumaczyć jako "oddanie ziemi". Po kontakcie z cudzym bólem kładziono ręce na ziemi i wyobrażano sobie, że ziemia bierze to, przetwarza i neutralizuje. nie "oddajesz" więc choremu ani nikomu konkretnemu - oddajesz w przestrzeń, która to unieszkodliwi. Dla osób pracujących w opiece może to być coś bardzo przydatnego, bo nie ma tu żadnego adresata, do którego można czuć winę za to "odesłanie".
Znam to z autopsji i to jest chyba jeden z najtrudniejszych węzłów w tej pracy. Bo system, w którym się funkcjonuje, trochę to wzmacnia - ta narracja o "powołaniu", o tym, że dobry opiekun jest zawsze dla innych. Nikt nie mówi, co robić po.
Zastanawiam się, czy ten wyrzut sumienia nie ma też wymiaru czasowego. Bo prowadzę swoje notatki i widzę, że mój własny próg - kiedy czuję się "pełna" czymś obcym, a kiedy nie - bardzo zmienia się w zależności od fazy księżyca i tranzytu. Nie żeby to rozwiązywało problem, ale może są okresy, kiedy to poczucie winy jest silniejsze i trzeba to brać pod uwagę przy planowaniu intensywności rytuału?
Ten wątek z pozwoleniem mi coś przypomina. W niektórych tradycjach słowiańskich istniało rozróżnienie między "pracą ciała" a "pracą ducha" i osoby, które leczyły, były traktowane jako ktoś, kto pożycza swoją obecność, a nie oddaje siebie. To semantyczne ale zmienia optykę. Pożyczam coś - i mam prawo wziąć to z powrotem.
To jest właśnie ta granica, o której ciężko mówić praktycznie. Ja przez długi czas myślałam, że da się to robić "od środka", tzn. pracować i jednocześnie pilnować granicy. Ale szczreze - w trudnych momentach to się sypie. Rytuał przed wyjściem z domu pomaga mi bardziej ustawić intencję niż utrzymywać ją przez całą zmianę. Jak jakiś bufor, który działa z opóźnieniem.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że mówicie o dwóch różnych rzeczach jednocześnie - o zapobieganiu i o czyszczeniu po fakcie. Czy to nie są trochę odrębne rytuały? Bo jeśli tak, to morze te "przed" powinny być inne niż te "po"?
Przepraszam, że wejdę z boku, ale to rozróżnienie "przed" i "po" przypomina mi coś zupełnie prozaicznego - protokoły BHP przy pracy z substancjami. Środki ochrony indywidualnej zakładasz przed, a procedura dekontaminacji jest po. psychologia też to opisuje podobnie - preload i deload. Pytam szczerze: czy w praktyce rytuały ezoteryczne dają coś więcej niż ta świadoma zmiana kontekstu?
Ja mam inne podejście do tego wątku. Pracuję z energiami od lat i uważam, że dla osób, które śnią intensywnie i przetwarzają emocje przez sny, rytuał wieczorny jest ważniejszy niż pornny czy po pracy. Bo to w nocy ciało faktycznie "trawi" to, co zebrało w ciągu dnia. Można wesprzeć ten proces kadzidłem przy łóżku albo odpowiednim kamieniem. Ametyst przy łóżku robi tu naprawdę dużo.
Przeczytałam całą tę dyskusję i chcę wrzucić coś konkretnego, bo widzę, że temat kręci się wokół kilku rzeczy naraz. Rytuał "przed" dla osoby, która zaczyna od zera, nie musi być rozbudowany. Chodzi o wyraźne zaznaczenie momentu wejścia w rolę i wyjścia z niej. W tradycjach, gdzie praktykowano pracę uzdrawiającą, bardzo często wystarczył jeden gest - nałożenie czegoś na siebie przed pracą i zdjęcie tego po. Dosłownie. Fartuchy, chusty, specjalne ubrania - to nie był przypadek. Zakładasz i wchodzisz w rolę, zdejmujesz i jesteś sobą. Jeśli nie ma fizycznego rekwizytu, zastępuje to intencja wypowiedziana wprost. Nie jako zaklęcie, ale jako własna deklaracja: "teraz jestem tu, żeby pomagać, i po pracy wracam do siebie". To brzmi prosto, ale dla mózgu, który potrzebuje sygnałów granicznych, to jest konkretna informacja.
To jest ciekawe spostrzeżenie, bo oznaczałoby, że część ludzi robi ten rytuał przejścia nieświadomie i to wystarczy. A ci, którzy nie mają tego wbudowanego w rutynę zawodową, muszą to sobie zbudować sami. i tu właśnie ezoteryka wchodzi jako sposób na nadanie temu świadomej struktury, a nie jako coś mistycznego samego w sobie 🙂
Chcę wrócić do czegoś, bo mi to nie daje spokoju. Kilka postów wyżej padło pytanie o poczucie winy przy "oddawaniu". Myślę, że to jest osobny temat, który wymaga osobnego rytuału, a nikt tego głośno nie powiedział. Oczyszczanie z emocji i praca z poczuciem winy za oczyszczanie to nie to samo. Jeśli ktoś ma ten drugi problem, to żaden rytuał oczyszczający nie wystarczy - bo będzie go sabotować własnym przekonaniem, że nie ma prawa tego puszczać.
Właśnie dlatego te rytuały muszą być krótkie. Nie godzinna medytacja, tylko trzy minuty pod prysznicem z intencja. Naprawdę - sama przez długi czas sabotowałam siebie właśnie tym, że myślałam, że rytuał oczyszczający musi być rozbudowany. Nie musi.
Tylko że intencja pod prysznicem wymaga pewnego stanu skupienia, który przy skrajnym wyczerpaniu może po prostu nie być dostępny. to jest dla mnie realny problem w tym modelu - zakłada, że zawsze masz choćby ten minimalny zasób uwagi. a w pracy z ciężką opieką, zwłaszcza paliatywną, bywają dni, kiedy naprawdę nie ma.
To ciekawe rozróżnienie - rytuał przez ciało kontra rytuał przez intencję. Sam z tym się zmagałem, bo mam okresy, kiedy głowa nie daje rady, a ciało jednak coś czuje i reaguje. szczotka do ciała przed snem, zimny prysznic, chodzenie boso po trawie - to nie jest "praca energetyczna" w klasycznym sensie, ale coś się przestawia. Tylko nie wiem, czy to nie jest po prostu fizjologia układu nerwowego, a nie rytuał.
Może nie musi być granicy? W wielu tradycjach nie ma rozróżnienia między "fizycznym" a "energetycznym" - to jest to samo działanie opisane innym językiem. Kąpiel w ziołach jako oczyszczenie w sensie rytuałowym i kąpiel w ziołach jako działanie fitochemiczne na skórę i nerwozakończenia to nie są dwa różne zdarzenia. To jedno zdarzenie, które możesz nazwać jak chcesz.
oj tam dołożę tu coś z własnych obserwacji - zauważyłam, że moje rytuały wieczorne zupelnie inaczej działają, gdy Księżyc jest w znakach wodnych, niż gdy jest w ziemskich. Przy wodnych mam wrażenie, że rzeczy "spływają" szybciej, przy ziemskich jest jakiś opór. Nie twierdzę, że to zasada, ale prowadzę z tym swoje notatki od kilku miesięcy i wzorzec jest dość wyraźny.
To co Sylweria mówi o dostosowywaniu przypomina mi coś, co widzę w pracy. Część koleżanek z oddziału ma swoje małe rytuały, które robią nieświadomie, i widać, że lepiej funkcjonują po dyżurze. Ale one by nigdy nie nazwały tego rytuałem, a co dopiero energetycznym. Jedna zawsze idzie na papierosa sama, na chwilę ciszy. Druga obowiązkowo zmienia buty przy wyjściu z oddziału, nie tylko ze względu na BHP. To nie jest przypadek.
