hmm, Wydaje mi się, że tu wychodzi coś ważnego - może problem Oraklii nie leży w metodzie przypominania, tylko w tym, że rytuał nie ma jasno określonego końca. Jak nie wiem, kiedy i po co kończę, to trudno utrzymać tempo pzez cały czas trwania.
Jeden z rytuałów, który ostatnio zaczynam i porzucam, trwa dziewięć dni. wiesz co więc czas trwania jest określony. Ale masz rację, że nie do końca wiem, co się stanie, kiedy skończę - czy to będzie widoczne, czy nie. I może to właśnie sprawia, że gdzieś w połowie tracę poczucie, że to ma sens 🙂
Oraklia, ten fragment o tym, że nie wiesz co się stanie kiedy skończysz - to jest coś. Bo jak rytuał dziewięciodniowy nie ma żadnego wyraźnego domknięcia, żadnego momentu kiedy mówisz sobie "to się stało", to skąd masz wiedzieć, że warto było przez to przejść? I może właśnie dlatego w połowie traci się motywację.
A jak wygląda ten dziewiąty dzień u ciebie, Oraklio? Czy jest tam coś innego niż poprzednie osiem, jakiś element domknięcia, czy po prostu robi się to samo co zwykle i tyle?
To jest klasyczny problem rytuałów zapożyczonych bez kontekstu - brakuje tego co Rosicrucianists nazywają "closing the circuit". W praktykach, gdzie rytuał ma wyraźny początek i domknięcie, trzymanie się przez kilka dni jest łatwiejsze, bo mózg rejestruje, że jest coś do skończenia. Bez tego to trochę jakbyś zaczęła czytać książkę i ktoś ci nie powiedział, że ma ostatnią stronę.
Jest coś takiego w psychologii jak efekt Zeigarnik - niedokończone zadania są pamiętane lepiej niż zakończone, właśnie dlatego że zostają w rodzaju aktywnej pętli. Ale pytanie czy to pomaga, czy przeszkadza w rytuałach. Bo z jednej strony rytuał bez domknięcia zostaje w głowie, z drugiej - może to rozpraszać zamast skupiać.
Właśnie, Gertruda trafiła w sedno. Dziewięciodniowy rytuał powinien mić strukturę - każdy dzień to osobna sekwencja ze swoim otwarciem i zamknięciem, a cały cykl ma nadrzędne zamknięcie na koniec. jeśli każdy dzień nie jest w jakimś sensie skończony, to nie dzwne że się gubi wątek.
Tobiaszek, to prawda ale też trochę upraszczasz. Nie każdy rytuał wielodniowy musi mieć taką samą strukturę każdego dnia. Są praktyki, gdzie napięcie celowo rośnie przez kilka dni i domknięcie następuje tylko raz, na końcu. To byłoby niemożliwe gdyby każdy dzień był oddzielną zamkniętą sekwencją. Pytanie do Oraklii - z jakiej tradycji pochodzi ten konkretny rytuał?
No właśnie, to jest kluczowy punkt. Nowenna to specyficzna forma z bardzo konkretną strukturą, która powstawała przez wieki w określonym kontekście. Kiedy się bierze z niej tylko szkielet dziewięciu dni i dokłada inne elementy, może się okazać, że te elementy nie trzymają się razem z powodów, których nie widać na powierzchni. Nie mówię, że to złe, ale to może wyjaśniać to uczucie rozmycia w połowie.
Przepraszam, że wchodzę, ale mam pytanie do tego co powiedziała Judytka - co to znaczy w praktyce, ta synchronizacja? Bo nie do końca rozumiem jak sprawdzić czy moje elementy są ze sobą zsynchronizowane czy nie.
Słuchajcie, ja mam inne pytanie do Oraklii - czy ty w ogóle czujesz różnicę między dniami kiedy skończyłaś rytuał a dniami kiedy nie skończyłaś? eee Bo może jeśli nie ma żadnej wyraźnej różnicy, to mózg po prostu decyduje, że to nie jest priorytet?
To jest ważne co mówisz. Jeśli nie ma żadnego sygnału zwrotnego - ani wewnętrznego ani zewnętrznego - to rytualnie rzecz biorąc rytuał jest jak rozmowa, w której jedna strona milczy. Trochę trudno kontynuować bez poczucia że cokolwiek się dzieje.
To co Oraklia opisuje to brzmi jak brak zakotwiczenia rytuału w codzienności. Nie w sensie duchowym, ale dosłownie - jeśli rytuał nie ma żadnego punktu styku z tym co i tak robisz każdego dnia, to musi walczyć o miejsce w głowie z wszystkim innym. Przegrywa.
Ja to samo robiłam z runiczną medytacją - przez miesiąc próbowałam robić ją "kiedy będę miała czas" i czas nigdy nie przychodził. Dopiero jak połączyłam to z myciem zębów wieczorem, zaczęło się trzymać. Brzmi niezbyt ceremonialnie, ale działało.
To jest chyba sedno problemu Oraklii. Nie brakuje jej motywacji ani struktury rytuału, brakuje jej otoczenia które by ten rytm podtrzymywało. I tu nie ma prostej odpowiedzi, bo tego otoczenia nie zbudujesz z dnia na dzień.
O, to interesująca obserwacja. Przedmiot ktróy stoi zawsze w tym samym miejscu przestaje być sygnałem - staje się tapetą. To jest znane zjawisko w kontekście dekoracji ale w kontekście praktyk ezoterycznych rzadko o tym mówią 😀 Może właśnie dlatego niektóre tradycje mają zasadę, że ołtarz lub przestrzeń rytualna jest otwierana i zamykana - a nie stoi stale.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nikt tu nie powiedział. Zapominanie o rytualne w połowie dnia może być też sygnałemm, że intencja była zbyt ogólna albo zbyt abstrakcyjna. Jeśli nie wiesz po co dokładnie robisz ten konkretny dzień rytuału, mózg nie traktuje tego jako zadania z priorytetem - bo nie ma do czego przypisać wartości.
Szczerze - intencja była dosyć szeroka. Coś w stylu "zmiany", bez konkretnego celu. Może właśnie to jest większy problem niż sama struktura.
Szerokie intencje mają to do siebie, że nie generują napięcia. A to napięcie między aktualnym stanem a konkretnym celem jest tym, co utrrzymuje uwagę przez kilka dni. Jeśli intencja jest mglistą "zmianą", to każdy dzień bez spektakularnego przełomu wydaje się neutralny - i rytuał traci uzasadnienie w oczach samego zainteresowanego.
Dobra to chyba jest sedno. Zbierałam różne praktyki z różnych miejsc i myślałam, że suma drobnych rzeczy stworzy coś spójnego, ale chyba nie dałam temu żadnego środka ciężkości 😀 Żadnego jednego "po co".
Ja mam wrażenie, że ta rozmowa właśnie dotknęła czegoś, o czym rzadko się mówi wprost - że rytuał wielodniowy wymaga podtrzymywania napięcia w sobie przez cały ten czas, a to jest zupełnie inna umiejętność niż samo wykonanie czynności. Można wiedzieć jak, a nie wiedzieć po co dziś, konkretnie dziś.
I tu jest chyba największy problem z rytuałami złożonymi z różnych źródeł - każde źródło miało swój własny kontekst swoją własną logikę. Jak wyciągasz elementy i sklejasz je razem, to masz czynności, ale nie masz tej wewnętrznej spójności, która sprawia że jedna rzecz wynika z drugiej.
Oraklia, mam pytanie - czy jak zaczynam rano, to ten rytuał coś ci daje 🙂 Czy jest jakiś moment podczas robienia go, gdzie czujesz że to ma sens? Pytam, bo czasem problem nie jest z zapominaniem, ale z tym, że gdzieś wewnętrznie już wiesz, że to nie jest to.
To jest ważna obserwacja, bo spokój poranny to nie jest dobra miara skuteczności. Rano jesteśmy w innym stanie mózgu - fale theta schodzą wolno, kortyzol jeszcze nie strzelił, wszystko wydaje się łagodniejsze. Spokój może być z rytuału, ale może też być po prostu biologiczny.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie może trochę z boku - Oraklia, ile dni trwa ten twój rytuał z założenia? bo to też może mieć znaczenie. Siedem dni, trzynaście, trzydzieści - to różne wyzwania dla koncentracji.
no ale, Miał być dwudziestodziewięciodniowy, związany z cyklem księżycowym. Teraz widzę, że to dosyć ambitnie jak na pierwszą próbę czegoś takiego.
Prawie miesiąc przy nieostrej intencji i bez środowiska które to podtrzymuje - to nie jest dziwne, że odpływa. Ja nie dałabym rady. Mam pytanie do Kobalta albo kogokolwiek kto to wie - czy są jakieś tradycje, gdzie te długie rytuały były wbudowane w jakiś system weryfikacji w połowie? Coś jak punkt kontrolny?
