Mam pytanie do tych, którzy praktykują z partnerem lub partnerką - jak sobie radzicie z tym, że rytuał, który miał być czymś wspólnym, zamienia się w kłótnię o to, kto robi coś nie tak? U mnie wygląda to tak: zapalamy świece, zaczynamy, a po chwili jedno z nas zwraca uwagę drugiemu na coś, potem to drugie się broni, i zamiast skupienia mamy awanturę o kolejność kroków albo o to, czy świeca powinna być tu czy tam. I tak za każdym razem. Zastanawiam się, czy to jest jakiś sygnał, że nie powinniśmy tego robić razem, czy może po prostu problem organizacyjny, który da się jakoś rozwiązać.
To brzmi bardzo znajomo serio. My z moją siostrą próbowałyśmy robić razem rytuały oczyszczające i skończyło się prawie tak samo - ona twierdziła, że kierunek okadzania jest nieważny, ja się upierałam przy swoim, skończyło się wymówkami i ciszą przez kilka dni. Więc to nie jest tylko sprawa partnerów romantycznych, po prostu wspólne rytuały z kimkolwiek bliskim potrafią wywlec na wierzch napięcia, których na co dzień nie widać.
Kierunek okadzania nieważny? Serio? Przepraszam, że wchodzę, ale to jest akurat sprawa, która ma znaczenie w zależności od tradycji, więc nie dziwię się, że był spór. Ale wracając do sedna - myślę, że problem często leży nie w samym rytuale, tylko w tym, że dwie osoby przyszły do niego z dwóch różnych źródeł i żadna z nich tego wcześniej nie postawiła jasno. Jedna wyczytała jedno, druga drugie, i każda uważa swoją wersję za jedyną słuszną.
A jak wy w ogóle ustalaliście, co będziecie robić? Bo ja się zastanawiam, czy to nie jest kwestia tego, że brakuje kogoś, kto prowadzi, i kogoś, kto idzie za prowadzącym. Jak obie osoby chcą jednocześnie decydować o przebiegu, to jest przepis na konflikt, niezależnie czy to rytuał czy wspólne gotowanie.
To zaufanie to jest chyba klucz. W tradycjach, gdzie rytuały są przekazywane w grupie albo parze, zazwyczaj jest wyraźny podział ról, i to nie jest kwestia hierarchii dla samej hierarchii, tylko właśnie po to, żeby każda osoba wiedziała, co do niej należy i nie wchodziła w przestrzeń drugiej. Jak się to zaburzy, energia całego działania idzie w kierunek konfliktu, a nie w to, co miało być intencją.
Ja bym się zastanowiła jeszcze nad inną rzeczą - czy te kłótnie wybuchają zawsze w tym samym momencie rytuału? Bo jeśli tak, to może to nie jest przypadek i warto przyjrzeć się, co się wtedy dzieje energetycznie albo jakie napięcie tkwi akurat w tym fragmencie. Nie mówię, że to rozwiązanie, ale to ciekawy trop.
To co mówisz o wchodzeniu z biegu - to naprawdę ma znaczenie rytuał bez żadnego progu wejścia to trochę jak próba medytacji przy włączonym telewizorze. Ciało jest, głowa jest gdzie indziej. I wtedy wszelkie drobne rozbieżności zamiast przejść niezauważone, stają się źródłem irytacji, bo nerwy są na wierzchu. Nie wiem, czy to was dotyczy, ale pytam - czy te kłótnie są merytoryczne, tzn. naprawdę chodzi o technikę, czy raczej wyglądają jak coś, co czeka na pretekst?
Czytam ten wątek i mam takie wrażenie, że czasem rytuał po prostu wyciąga na powierzchnię to, co i tak tam było. Że to nie rytuał jest przyczyną, tylko sposobnością. Może brzmi banalnie, ale mi się to potwierdziło w praktyce - jak coś leżało między mną a drugą osobą i nie było powiedziane, to przy pierwszym wspólnym działaniu wymagającym skupienia i synchronizacji wychodziło błykawicznie.
Dokładnie to miałem na myśli wcześniej. Warunkowanie. Mózg zapamiętuje, że ten kontekst = konfrontacja, i już jest gotowy na atak albo obronę, zanim jeszcze dojdzie do jakiegoś konkretnego błędu. I tu żadna technika rytualna nie pomoże, bo problem jest warstwę niżej.
A wy w ogóle rozmawiacie o tym poza rytuałem? Bo mam wrażenie, że z tego co tu opisujecie, to jest coś, co wymaga zwykłej rozmowy między ludźmi, a nie szukania rozwiązań wewnątrz samego rytuału. to że ktoś poprawia kogoś w trakcie - to jest zachowanie, które ma jakiś powód, i ten powód jest gdzieś w relacji, nie w technice magicznej.
Znam kilka par, które próbowały praktykować razem i dla większości z nich to po prostu nie działa długoterminowo jako coś regularnego. Nie dlatego, że są złymi partnerami albo słabymi praktykami, ale dlatego, że rytuał jest bardzo osobistym aktem i wchodzenie w to razem wymaga pewnego rodzaju synchronizacji, która albo jest, albo jej nie ma. Niektórzy rozwiązują to tak, że robią rytuały osobno, a razem np. przygotowują przestrzeń albo siedzą po zakończeniu i dzielą się tym, co poczuli.
To zależy od celu. Jeśli rytuał ma wzmacniać więź jako taką, to ma sens robić go razem, ale wtedy trzeba być gotowym na to, że pokaże słabe punkty tej więzi. Jeśli celem jest coś innego, np. oczyszczenie intencja dotycząca czegoś konkretnego - to może spokojnie być robione równolegle, każde z własnym skupieniem. siła niekoniecznie płynie z bycia w jednym pokoju w tym samym momencie.
To jest zresztą coś, o czym chyba za mało się mówi - że wspólny rytuał naprawdę wymaga wspólnej intencji, a nie tylko wspólnej obecności fizycznej. Można stać obok siebie i robić te same gesty, ale mentalnie być w zupełnie różnych miejscach 😉 I wtedy każde "poprawienie" jest de facto ingerencją w czyjś osobisty proces, co w naturalny sposób budzi opór.
Szczerze, to właśnie dlatego w niektórych tradycjach przed wspólnym rytuałem jest coś w rodzaju wspólnej wizualizacji albo synchronizacji oddechu - żeby fizycznie wejść w podobny stan, nie tylko intelektualnie uzgodnić temat. Słowa są za cienkie na to co potrzeba.
Ciekawi mnie jeszcze jedno - czy te kłótnie dotyczą formy, czy treści? Bo to są dwa różne problemy. Kłótnia o to, czy świeca ma stać po lewej czy po prawej, to co innego niż kłótnia o to, czy w ogóle intencja jest właściwa. To pierwsze to kwestia umowy, to drugie to już coś głębszego.
To co opisujesz brzmi jak eskalacja, która ma swój własny rytm 🙂 I ciekawe, że akurat jeśli chodzi o rytuału ta eskalacja jest tak szybka - może właśnie dlatego, że rytuał już i tak angażuje emocjonalnie więc próg, po którym coś zaczyna boleć, jest niższy niż w zwykłej rozmowie?
Zastanawia mnie jedno - czy próbowaliście kiedykolwiek po prostu zatrzymać rytuał w połowie, kiedy czuliście, że napięcie rośnie? oj tam Nie kłócić się, nie poprawiać, tylko po prostu powiedzieć "stop, coś tu nie gra, wróćmy do tego kiedy indziej"? Ciekawi mnie, czy to w ogóle jest opcja, którą bierzecie pod uwagę, czy jest jakiś opór przed przerywaniem czegoś, co się już zaczęło.
To co mówisz o przerywaniu - to jest akurat coś, co w różnych tradycjach jest traktowane bardzo różnie. W niektórych podejściach niedokończony rytuał jest po prostu niedokończonym rytuałem, nic się nie stało, można wrócić. W innych jest przekonanie że otwarcie czegoś zobowiązuje do zamknięcia. I jeśli oboje macie inne podejście do tej kwestii, to już samo w sobie jest potencjalne pole do konfliktu - jeszcze zanim pojawi się jakakolwiek konkretna różnica zdań.
Dokładnie. I to jest trochę jak odkrycie, że każde z was grało przez lata w tę samą grę, ale z innymi zasadami, których nigdy nie wyłożyło na stół, bo zakładało, że zasady są oczywiste. Rytuał to po prostu moment, kiedy te zasady nagle muszą zadziałać jednocześnie.
Czytam to i mam pytanie, może głupie, ale - czy w ogóle da się te "mapy" uzgodnić? Bo rozumiem, że można porozmawiać przed rytuałem o intencji, o formie, o tym, kto prowadzi. Ale jeśli chodzi o coś tak fundamentalnego jak "czy przerywanie jest w porządku" albo "jak rozumiemy cel tego działania" - to jest rozmowa, która może trwać godzinami i nadal nie dać pełnego porozumienia. Skąd wiecie, że naprawdę jesteście na tej samej stronie?
Tylko że to też wymaga dość dojrzałości emocjonalnej, żeby nie traktować różnicy jako zagrożenia. a jak się jest w środku rytuału, który coś otwiera, to ta dojrzałość bywa trudno dostępna. mam wrażenie, że problem, o którym tutaj rozmawiamy, ma więcej warstw niż na początku wyglądało.
Chyba tak. Tylko że przzy gotowaniu obiadu albo przy układaniu ikei te napięcia jakoś można zbagatelizować i pójść dalej. Rytuał nie pozwala na bagatelizowanie bo za bardzo angażuje. I to jest jednocześnie jego wartość i problem jeśli chodzi o pary.
To co Hipolit napisał na końcu - o bagatelizowaniu przy ikei - jakoś zostało ze mną. Bo właśnie to jest ta różnica, prawda? Przy składaniu mebli możesz powiedzieć "trudno, skręciliśmy do góry nogami, poprawimy" i w sumie na tym koniec. A w rytuale nie masz opcji "trudno, to bez znaczenia". Wszystko ma znaczenie, albo przynajmniej tak się zakłada. I to jest właśnie ten ciężar.
Właśnie. I to jest trochę pułapka - bo gotowość do wspólnego rytuału to nie jest stan do którego się dochodzi samo z siebie. Jeśli nie próbujesz, nie wiesz, czy jesteście gotowi, czy nie. Tylko że próba ma swoją cenę, jeśli coś pójdzie nie tak.
myślę, że tak ale to wymaga innego postawienia sprawy. Zamiast robić od razu coś, co niesie dużą intencję - zapalenie świecy na urodziny z jakimś zamysłem, wspólna chwila skupienia przy nowie księżyca, cokolwiek. chodzi o to, żeby zobaczyć, czy potraficie razem stać w tym saamym miejscu przez kilka minut bez potrzeby korygowania się nawzajem. Jeśli tak, to już jest coś.
Tak. Dokładnie tak. Jeszcze nic się nie zaczęło, a już czuję coś w rodzaju czujności - jakby część mnie skanowała, co może pójść nie tak, zamiast po prostu być w tym, co robimy. eee, i nie wiiem, czy to jest moje, czy to jest reakcja na coś, co powtarzało się wystarczająco wiele razy, żeby stało się schematem 🙂
To co opisujesz - ta czujność przed - to jest coś, co znam z zupełnie innego kontekstu, ale mechanizm jest podobny. Jak zaczynasz praktykę z głową pełną "co jeśli coś pójdzie nie tak", to często właśnie to się realizuje, bo nie jesteś w stanie wejść w żaden spokojniejszy stan. Nie mówię, że to twoja wina, bo to działa automatycznie. Ale to jest coś, co można spróbować zauważyć zanim się zacznie.
