Dobra, to zaczynam widzieć pewien zarys. Po pierwsze - rozmowa o samym rytualne ale poza kontekstem kłótni i bez ciśnienia. Po drugie - wyraźne zamknięcie przestrzeni jako absolutna granica, po której można cokolwiek omawiać, ale nie przed. Po trzecie - sprawdzenie, czy w ogóle mamy to samo rozumienie tego co robimy. I nie mam pojęcia jak to wszystko zainicjować naraz bez tego, żeby nie brzmiało jak projekt zarządzania relacją. Ale przynajmniej wiem, gdzie jest podłoga.
Ten zarys, który Swiatowid opisał na końcu, wygląda sensownie, ale zastanawiam się nad tym trzecim punktem - sprawdzaniem czy rytuał jest dla was obojga. ojej no Bo to brzmi jak coś, co może otworzyć zupełnie nową puszkę Pandory. Co jeśli wyjdzie, że jeden chce kontynuować, a drugi ma poważne wątpliwości? Jak wtedy wyglądają kolejne sesje?
Mnie bardziej zastanawia, jak Swiatowid wyobraża sobie tę rozmowę w praktyce. Bo "poza kontekstem kłótni" to jedno, ale macie jakiś pomysł kiedy, jak, czy to będzie jedno spotkanie czy kilka? Pytam bo z mojego doświadczenia takie rozmowy łatwo odraczać w nieskończoność, bo "nigdy nie ma dobrego momentu".
To "najpierw sam" brzmi rozsądnie ale jest jedno ryzyko - możesz przyjść do tej rozmowy z gotową wizją jak to powinno wyglądać i partnerka to poczuje. Wtedy to nie będzie rozmowa, tylko prezentacja twojego rozwiązania. I ona może się zbuntować nawet jeśli merytorycznie masz rację.
Ale co to w takim razie znaczy "dobrze przygotowany" do takiej rozmowy? Bo mam wrażenie, że rozróżniamy tu dwie rzeczy - przygotowanie emocjonalne, czyli żeby samemu wiedzieć co czujesz i czego chcesz, i przygotowanie merytoryczne, czyli plan jak to powinno działać. oj, to pierwsze jest ok, to drugie może być problemem.
I tu jest też pytanie do Swiatowida - czy twoja partnerka w ogóle wie, że to przemyślałeś? Że szukasz jakiegoś wyjścia z tej sytuacji? Czy ona też jest na etapie "musimy coś z tym zrobić", czy może dla niej to nie jest aż tak palące?
To "inaczej przetwarza" może być kluczem do całej reszty. no ale, jeśli ty potrzebujesz analizy, struktury i planu, a ona potrzebuje najpierw poczuć że jest wysłuchana - to już na poziomie podejścia do samej rozmowy macie różne potrzeby. I to może się powtarzać też w rytuałach.
To by wyjaśniało, czemu zapalanie świec jest okej, a reszta nie. Zapalanie świec jest czynnością. Ale to co dzieje się po - skupienie, intencja, sposób prowadzenia - to jest już obszar, gdzie analityk i intuicjonista będą regularnie wchodzić sobie w drogę. Jeden będzie pilnował formy, drugi będzie odpływał w odczucia i oboje będą mieli poczucie, że ten drugi robi to źle.
Mam pytanie do Dumortieryt - skąd wiadomo na etapie planowania rytuału wspólnego, że te style w ogóle będą kolidować? Bo to wychodzi chyba dopiero w praktyce, prawda 😀 Nie da się tego przewidzieć z rozmowy.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nikt tutaj nie powiedział - rola przewodniczącego rytuału. W wielu tradycjach ktoś prowadzi, ktoś uczestniczy. Jeśli oboje jesteście na równi i oboje macie własne wizje jak to powinno przebiegać brakuje tej osi. I to jest pole do permanentnego konfliktu, niezależnie od różnic stylu.
U nas nikt nie prowadzi. I teraz jak to widzę po tej rozmowie - to pewnie jest centralny problem. Oboje wchodzimy jako pełnoprawni uczestnicy z własnymi oczekiwaniami i nikt nie ma mandatu do decyzji. To jest recepta na dokładnie to, co mamy.
