Siedzę od kilku tygodni i czytam różne wątki o rytuałach i mam jedno pytanie, które nie daje mi spokoju. większość opisywanych rzeczy wymaga świec, kryształów, kadzidełek, olejków i jeszcze kilku innych akcesoriów. jak ktoś ledwo wiąże koniec z końcem, to skąd ma brać pieniądze na te wszystkie rekwizyty? Chodzi mi serio o sytuację, kiedy nie ma co do garnka włożyć. Czy magia w ogóle działa bez tego wszystkiego? eee albo inaczej - czy są praktyki, które są po prostu bezpłatne? Nie pytam o uproszczone wersje dla leniwych, tylko właśnie o coś, co ma sens, kiedy twoje zasoby są zerowe.
Wróćmy do sedna. Historycznie rzecz biorąc, rytuały nigdy nie były domeną zamożnych. Większość tradycji ludowych opierała się na tym, co było pod reką. Słowiańskie praktyki ochronne to sznurek, węzeł, słowo wypowiedziane o wschodzie słońca. Żadnych świec za trzydzieści złotych. W hoodoo, które wywodzi się z tradycji niewolników, używano resztek, odpadów, tego co wyrzucone. Skórka od cytryny, przędza, ziemia spod progu. Ubóstwo nie było przeszkodą, bo sama tradycja wyrosła z ubóstwa. Pytanie czy ktoś z was pracował z tymi konkretnymi systemami w warunkach naprawdę ograniczonych zasobów, czy tylko teoretycznie znacie te praktyki?
Czytam to wszystko i mam mieszane odczucia. z jednej strony rozumiem co mówi Czeslaw o uziemieniu. Z drugiej trochę mi to wygląda jak stawianie kolejnych warunków. Najpierw musisz mieć rekwizyty, potem musisz mieć czas, potem musisz mieć spokój wewnętrzny. A jak ktoś ma być spokojny kiedy nie wie czy jutro stać go na chleb? to trochę błędne koło. Pytam szczerze, nie złośliwie. Bo może chodzi o coś prostszego. Może ten spokój nie jest warunkiem wstępnym tylko efektem, ktury przychodzi właśnie przez te małe rytuały? Kobalt, ty pisałeś o tradycjach ludowych, czy tam też był jakiś warunek psychologizny przed przystąpieniem do praktyki?
Mogę zapytać o jedną konkretną rzecz? Bo ta dyskusja jest ogólna i ciekawa, ale chciałabym zejść do szczegółów. Mówicie o soli, wodzie, węzłach. Czy ktoś z was konkretnie robił rytuał nastawiony na stabilizację finansową bez żadnych zakupów? Nie "słyszałam że ktoś", tylko własne doświadczenie. Bo mnie interesuje co faktycznie zadziałało w praktyce, a nie co powinno zadziałać według teorii. Sama mam kilka kamieni i używam ich w pracy z zamiarem, ale rozumiem że to jest lukus, który ma się albo nie. Ciekawi mnie czy ktoś ma realny przykład.
Czytam tę rozmowę od początku i muszę powiedzieć, że kierunek jest dobry, ale jest jedna rzecz, która ginie w tym wszystkim. Mówicie o konkretnych czynnościach, sól, woda, oko, wschód, węzeł. To jest forma. Ale nikt jeszcze nie powiedział wprost o warstwie, która sprawia że to nie jest zwykła czynność codzienna. W tradycji wedyjskiej mówi się o sankalpa, czyli o zamiarze ustanowionym zanim zaczniemy działać. to nie jest afirmacja ani wizualizacja w sensie nowoage'owym. To jest jasne zdefiniowanie co robimy i dlaczego, zanim wykonamy pierwszy ruch. Bardzo proste w teorii, bardzo trudne kiedy jesteś w panice finansowej, bo panika zamazuje zamiar. Dlatego pytanie Czeslawa o moment spokoju nie było bez sensu. Nie chodzi o godzinną medytację. Chodzi o pięć sekund zanim weźmiesz sól w dłoń, kiedy wiesz co robisz i po co.
Muszę tu dorzucić coś o czakrach bo to jest bardzo powiązane. Czakra podstawy, muladhara, odpowiada dokładnie za bezpieczeństwo materialne i poczucie stabilizacji. Kiedy jest zablokowana, dosłownie nie widzi się możliwości wyjścia z trudnej sytuacji. I żeby ją udrożnić nie potrzeba nic. Chodzenie boso po ziemi, trawie, piasku :/ Zwykłe chodzenie boso po podłodze jeśli nie ma ogrodu. Kolor czerwony, nawet kawałek czerwonej szmaty pod stopą. To brzmi trywialnie ale ta czakra reaguje na fizyczny kontakt z ziemią. Więc wszystkie rytuały, o których mówicie, zadziałają lepiej jelśi wcześniej postawisz stopy na ziemi choćby przez minutę.
No i to jest właśnie moje podstawowe pytanie od początku. Czy te rytuały mają działać zamiast działania w świecie realnym czy obok niego? Bo jak czytam te posy, to gdzieniegdzie ma się wrażenie że magia zastępuje szukanie pracy albo rozmowę z komornikiem. A gdzieniegdzie jest mowa o tym, że to jest bardziej coś dla głowy, żeby dać sobe siłę do działania. Te dwie wersje to jest dla mnie zasadnicza różnica 😀 Kobalt, Wrzosianka, jak to widzicie? Czy w tradycjach o których pisaliście, rytuał był uzupełnieniem działania czy alternatywą?
w żadnej tradycji którą znam rytuał nie był alternatywą dla działania. W hoodoo mówi się wprost: rób robotę na górze i rób robotę na dole. Praca magiczna i praca w świecie fizycznym idą razem. Jeśli robisz rytuał na pracę, to następnego dnia musisz wysłać CV. Rytuał otwiera drzwi, ale przez te drzwi trzeba samemu przejść. To jest konsekwentne we wszystkich tradycjach ludowych które znam. Magia lenistwa nigdy nie była traktowana poważnie. I to jest chyba najbardziej uczciwa odpowiedź jaką mogę tu dać.
To co Zdzichu opisuje z tym telefonem bardzo mnie uderzyło. Bo ja też mam takie momenty że wiem że powinnam zadzwonić albo napisać do kogoś kto mógłby pomóc, ale nie mogę. jakiś mur. I nigdy nie myślałam o tym w kontekście rytuałów. Że to może być właśnie ta warstwa o której mówiła Wrzosianka wcześniej, ten zamiar który rozmiękka coś wewnątrz.
Okej, rozumiem ten mechanizm i nawet mi to trochę otwiera oczy. ale mam jedno konkretnee pytanie bo jestem trochę praktyczny z natury. Jeśli ktoś jest tak wyczerpany że wieczorna cisza kończy się zaśnięciem przy stole, to jak wyznaczac te momenty? ojej, czy to musi być wieczór? Pytam serio, nie ironicznie.
to jest bardzo konkretne pytanie i mam konkretną odpowiedź z własnego doświadczenia. Nie musi być wieczór. Ja robiłam swoje momenty rano, dosłownie zanim wstałam z łóżka. Leżałam i przez dwie minuty myślałam spokojnie o jednej rzeczy. Łóżko jest ciepłe, jestem bezpieczna teraz, w tej chwili. To tyle. Zero formułek, zero rekwizytów. czasem zasypiałam z powrotem i to też był dobry znak bo znaczyło że się rozluźniłam.
Do tej rozmowy o momentach i czasie chcę dodać coś czego jeszcze nie powiedzieliście. W wielu tradycjach, nie tylko hoodoo, jest pojęcie progu jako miejsca rytuału. Próg drzwi był granicą między wewnętrznym a zewnętrznym. I wiele bardzo prostych praktyk odbywało się właśnie tam. Stoisz przy drzwiach zanim wyjdziesz i przez chwilę masz świadomość intencji. Wracasz i zostawiasz za sobą zewnętrzny świat. To nie wymaga nic. A jest zakorzenione w tradycji głębiej niż większość współczesnych rytuałów ze świecami.
To z tym progiem to nie wiedziałam. U mnie w domu rodzinnym też było powiedziane żeby nie stać w progu ale myślałam że to tylko o przewiewach. A to ma głębszy sens? Ktoś wie skąd konkretnie pochodzi ten zwyczaj w Polsce?
Ciekawy kierunek z tym progiem, ale wróćmy do praktyki. Bo ta rozmowa idzie w stronę historii zwyczajów, co jest ciekawe, ale ktoś kto jest w realnym kryzysie materialnym potrzebuje czegoś co może zrobić dzisiaj. I chcę powiedzieć wprost coś co może być trudne do przyjęcia. rytuał przy progu, woda, sól, cisza rano, to są rzeczy które pomagają na poziomie wewnętrznym. Ale jest jeszcze coś czego ezoteryka często nie mówi. stan finansowy ma często związek z tym jak ktoś wchodzi w relacje, prosi o pomoc, negocjuje. I żaden rytual nie zastąpi nauki tych umiejętności. Magia może otworzyć drzwi, ale ktoś musi przez nie przejść.
Czytam to wszystko od początku i ten wątek z wdzięcznością jest mi najbliższy. Też mam tak że zanim cokolwiek zacznę, muszę znaleźć jakiś jeden punkt stabilny. Jeden. Cokolwiek. Nawet że mam herbatę. Bez tego moje próby skupienia się rozpadają. Czy to jest w ogóle rytuał, czy tylko technika uspokajania? Zastanawiam się czy to rozróżnienie ma znaczenie.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale to co mówicie o ciele które "wie" mnie zatrzymało. Ja tego nie czuję i zastanawiam się czy to jest sprawa treningu, czy po prostu niektórzy są bardziej uziemieni w ciele a inni nie. Mam trochę poczucie że czytam opisy czegoś co powinnam czuć, a nie czuję.
Wracam do wątku który był wcześniej bo mi nie daje spokoju. serio, bronek pytał o te momenty gdy ktoś jest tak zmęczony że zasypia przy stole. I dostał odpowiedź o poranku w łóżku, co jest sensowne. Ale ja chcę dodać coś innego: co z dniami gdy nawet rano nie ma tej przestrzeni? Gdy jest dzieci, krzyki, rachunki od razu w głowie? Czy jest coś co działa dosłownie w ruchu, stojąc, w drodze?
Słyszę te dwie sekundy przy progu i przyznam szczerze że to mnie trochę zatrzymuje. Nie dlatego że nie wierzę, ale dlatego że nie wiem jak odróżnić czy to dziala czy nie. Przez dwa tygodnie robię coś przez dwie sekundy przy drzwiach i skąd wiem że to ma jakikolwiek sens? Jak wy mierzycie czy coś ma sens czy nie? Bo chyba nie chodzi o to że nagle spada kasą z nieba.
u mnie miernik był prosty: czy myślę o tej sytuacji inaczej niż tydzień temu. Nie czy jest lepiej finansowo bo to długi proces. ale czy mam inną głowę. mniej paraliżu. I to było mierzalne, srio. Mogłam powiedzieć konkretnie: dwa tygodnie temu nie mogłam otworzyć maila od komornika, a teraz go otworzyłam i zadzwoniłam. To był mój wynik.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam wrażenie że im dalej tym bardziej wszystko staje się rytuałem. Kawa przy oknie, stąpnięcie przez próg, dwie sekundy przy drzwiach. w którym momencie to przestaje być rytuałem a zaczyna być po prostu psychologia? Pytam uczciwie, nie złośliwie, bo sama nie wiem gdzie postawić tę granicę.
