Mam taki problem i nie wiem czy ktoś miał coś podobnego. Robię od jakiegoś czasu rytuały oczyszczające, raczej spokojne, bez żadnych dramatycznych elementów. Ostatnio w połowie jednego z nich zaczęły mi wychodzić wspomnienia, których kompletnie się nie spodziewałam. Stare sprawy, dawno zakopane, myślałam że już przepracowane. Siedziałam przy świecach i nagle poczułam się jak gdybym miała dziesięć lat i stała w kuchni u rodziców. Nie wiem co z tym zrobić - czy przerywać rytuał, czy jednak dociągnąć do końca? Bo z jednej strony czuję że coś się ruszyło, a z drugiej nie miałam pojęcia że pójdzie w tę stronę.
To jest tak naprawdę jeden z tych tematów, o których mało kto mówi otwarcie, a trafia się dość często. Mam kilka pytań zanim cokolwiek powiem - jaki to był rytuał oczyszczający? Bo to pojęcie jest bardzo szerokie. I co rozumiesz przez 'wspomnienia które wyszły' - obrazy, emocje, konkretne sceny? To dość istotne, bo mechanizm może być różny zależnie od tego co dokładnie się pojawiło.
Ja bym się też zapytał - a czy te wspomnienia były bolesne w sensie że coś cię bolało fizycznie w trakcie, czy raczej emocjonalnie? Bo to robi sporą różnicę jeśli chodzi o to co robić dalej. Miałem kiedyś sytuację kiedy ktoś opisywał mi coś podobnego i okazało się że rytuał trafił dokładnie w to co było zablokowane. Niekoniecznie to zła wiadomość, choć rozumiem że na miejscu to może być dezorientujące.
Emocjonalnie, zdecydowanie. Nic fizycznego. To był taki prosty rytuał z solą i wodą, skupiony na oczyszczeniu przestrzeni w domu - zaczęłam od siebie, od wizualizacji jasności i spokoju, no i wtedy to przyszło. Obrazy, konkretne sceny. Poczucie że mam znów tamten wiek. Jak sen na jawie trochę. Właściwie przepłakałam resztę rytuału i jakoś go dokończyłam, ale potem długo nie mogłam się pozbierać.
To co opisujesz brzmi jak to, co niektórzy praktycy określają jako abreakcję - nagłe odreagowanie materiału emocjonalnego, który siedział zablokowany. W kontekście rytuałów oczyszczających to się zdarza, bo intencja 'oczyszczenia' dosłownie otwiera przestrzeń na wydobycie tego co stłumione. Problem nie polega na tym że coś poszło nie tak, problem polega na tym że nie byłaś na to przygotowana. Czy miałaś jakieś zabezpieczenie przed rytuałem, czy weszłaś bez żadnego ugruntowania?
Mam na myśli coś co stanowi granicę dla ciebie jako osoby wchodzącej w przestrzeń rytualną - coś co pozwala ci wyjść z niej świadomie kiedy chcesz, a nie kiedy cię 'wyrzuci'. Może to być słowo, gest, fizyczny przedmiot na który patrzysz kiedy potrzebujesz wrócić do tu i teraz. Nie ma jednej formy. Pytam bo to co opisałaś - że długo nie mogłaś się pozbierać - sugeruje że nie miałaś takiego kotwiczenia i materiał emocjonalny dosłownie cię zalał bez możliwości kontrolowanego zamknięcia.
Widzę tutaj coś, o czym warto powiedzieć wprost. Rytuały oczyszczające w wielu tradycjach zakładają że jesteś gotowa na to co wyjdzie. W słowiańskich praktykach kupały, czy ogólnie rytuałów ognistych, oczyszczenie dotyczyło całej wspólnoty, a nie jednostki samotnie siedzącej przy świecach. Wspólnota działała jak bufor - jeśli komuś wychodziło coś ciężkiego, pozostali byli obok. Nie mówię że nie możesz robić czegoś samodzielnie, ale to jest konkretna różnica strukturalna.
Ja miałam kiedyś coś podobnego choć nie przy rytuałe a przy zwykłej medytacji, ale może to ten sam mechanizm? Siedziałam i nagle zaczęły mnie zalewać obrazy ze szkołu podstawowej, coś z co myślałam żę juz dawno mi nie przeszkadza. Płakałam z trzy kwadranse. Potem mi było dziwnie lżej ale przez tydzień chodziłam trochę jak nieobecna. Nikt mi wtedy nie wiedział co z tym robić.
Czytam to i mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem o czym mówicie, bo sama pracuję z ciałem i energią w kontekście czakr i znam to zjawisko otwierania zablokowanych miejsc. Ale zastanawiam się - czy rytuał był naprawdę przyczyną tego co wyszło, czy może po prostu stworzyłaś sobie warunki skupienia i spokoju, w których psychika i tak by to w końcu wydobyła? Nie podważam że coś się stało, tylko pytam o mechanizm bo to chyba istotne dla tego co robić następnym razem.
Ja bym tu dorzucił że jak coś takiego się dzieje w trakcie rytuału to zazwyczaj oznacza że dobrze trafiłaś, nie że coś poszło źle. Wspomnienia wychodzą bo muszą, nie ma co się bać. Wystarczy po rytuałe zjeść coś solidnego i się przyziemić.
Mam może głupie pytanie, ale czy ktoś wie czy jest jakaś zasada co do tego kiedy przerywać rytuał a kiedy dociągać do końca mimo trudności? Bo z tego co czytam to Hela dokończyła i coś się przepracowało, ale mogło też pójść w drugą stronę. Skąd wiadomo w momencie kiedy to się dzieje że się idzie w dobrą stronę?
Słuchajcie, a jak w ogóle powinno wyglądać takie uziemianie po czymś trudnym? Bo Arbogi wspomniał o kotwiczeniu, Kacperek o jedzeniu, ale jak to złożyć razem w coś sensownego? Pytam bo sama czasem po głębszych sesjach z kartami czuję coś podobnego - nie aż tak intensywnego co Hela, ale takie dziwne zawieszenie.
A czy ta sekwencja którą opisujesz ma znaczenie - że najpierw fizyczność, potem zmysły? Bo zastanawiam się czy można to robić odwrotnie albo jednocześnie, czy jest jakiś powód dla tej kolejności.
Wracając do tego co Hela mówiła wcześniej - że gdyby wiedziała co może wyjść, przygotowałaby się inaczej. Ciekawe to bo ja się zastanawiam, czy w ogóle da się z góry wiedzieć co 'siedzi pod spodem'. Mam na myśli że jeśli coś jest zablokowane to właśnie dlatego że nie ma do tego dostępu. Więc jak się przygotować na coś o czym nie wiesz?
To jest dokładnie moje pytanie do siebie po tym wszystkim. Nie wiedziałam że tam jest. Ale - i tu mam wątpliwość - może nie chodziło o to żeby wiedzieć co wyjdzie, tylko żeby mieć gotowy sposób na 'cokolwiek wyjdzie'. Jakiś plan ogólny, nie plan na konkretne wspomnienie.
Dokładnie o to mi chodziło kiedy mówiłem o zabezpieczeniu. To nie jest plan na konkretne wspomnienie, bo tego nie wiesz z góry. To jest plan na stan - co robię kiedy przestaję się czuć bezpiecznie, bez względu na to co wywołało ten stan. Słowo kotwiczące, gest, przedmiot - cokolwiek co działa dla ciebie.
Dodam że w tradycjach gdzie takie praktyki są opisane bardziej systematycznie - szamańskie, pewne linie tantryczne - to przygotowanie to nie są techniki na konkretne scenariusze, tylko budowanie tzw. 'witness self', świadka który obserwuje bez utożsamiania się. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale o to chodzi.
Słuchajcie, trochę mnie bawi ta cała dyskusja o przygotowaniu bo wygląda jakbyśmy mówili że każdy rytuał wymaga wieloetapowego protokołu. Jak sobie to komplikujemy to zaczynamy się bać własnych praktyk.
Nikt tu nie mówił o trójgodzinnym protokole. Ale skoro już jesteśmy przy proporcjach - czy masz jakiś realny przykład sytuacji gdzie komuś zaszkodził za duży stopień przygotowania? Bo przykładów za małego mamy tu kilka.
Mnie to trochę z innej strony uderza - czy nie jest tak że te wspomnienia które wyszły u Heli wyszłyby prędzej czy później niezależnie od rytuału? Jak ktoś ma coś emocjonalnie nieprzetworzonego to to szuka wyjścia. Rytuał mógł być po prostu tym momentem kiedy obrona była rozluźniona.
Nie wiem czy by wyszły same z siebie, bo zanim to zrobiłam to te konkretne rzeczy naprawdę mi nie chodziły po głowie. Może były przetworzone na tyle żeby nie przeszkadzać na co dzień, a nie na tyle żeby całkowicie zniknąć. Ale masz rację że rytuał otworzył coś - tylko pytanie czy to przypadek że akurat ten rytuał.
Może głupie pytanie ale jak to wygląda u osób które robią rytuały regularnie? Czy takie rzeczy zdarzają się częściej czy rzadziej? Bo wydawałoby mi się że jak ktoś pracuje z tym systematycznie to może już ma 'puste magazyny', ale nie wiem czy tak to działa.
To co Anahata mówi o warstwach to mi się zgadza z moim doświadczeniem. Ja myślałam po tej medytacji że skoro już przepłakałam tamtą sytuację to się z nią rozliczyłam. A po jakimś czasie coś innego wyszło co było z nią połączone, ale inaczej. Jakby pierwsza sesja odkryła tylko wejście do czegoś głębszego.
Dokończyłam Julitka94, ale szczerze to chyba nie powinnam była. Nie miałam żadnego planu, po prostu siedziałam z tym i jakoś minęło. Dopiero po fakcie zrozumiałam że miałam szczęście że to nie było nic ostrzejszego. Ale żeby odpowiedzieć na twoje pytanie - myślę że nie ma jednej reguły. Zależy co wychodzi i z jaką siłą.
To jest właśnie ten moment gdzie brakuje mi tego świadka o którym Perun pisał. Jak nie ma tej odrobiny dystansu to nie wiadomo czy 'minęło' znaczy 'przetworzyłam' czy 'zamroziłam z powrotem'. Pytanie do Serafinki - czy po tym czułaś się lżej, czy raczej płasko?
To płaskie uczucie po mnie chodziło przez kilka dni. Nie smutek, nie ulga - takie zawieszenie. I dopiero po tym zaczęłam normalnie funkcjonować. Ale nie mam pewności czy to był jakiś naturalny koniec procesu czy po prostu przeciążenie minęło samo.
Ja gdzieś czytałam że to co Hela opisuje - to płaskie, zawieszone uczucie - może być objawem niedokończonego procesu. Że ciało zamknęło coś przed czasem bo nie miało zasobów żeby to utrzymać. Nie wiem na ile to prawda ale zastanawiam się czy nie warto by było wrócić do tego świadomie, tym razem z jakimś zabezpieczeniem.
