Ostatnio dużo myślę o tym, czy rytuały miłosne są w ogóle etyczne. Nie chodzi mi o to, że ktoś coś zamówił, bo sama tego nie robiłam, ale zastanawiam się nad samą ideą. Czy nie jest to jakiś rodzaj ingerencji w wolną wolę drugiej osoby? Bo z jednej strony rozumiem, że ktoś jest zakochany i desperacki, ale z drugiej... no nie wiem. Czujecie czasem coś w rodzaju dyskomfortu, kiedy w ogóle myślicie o takich rytuałach?
To jest chyba jedno z tych pytań, które pojawia się co jakiś czas i na które nie ma jednej odpowiedzi. W tradycji hoodoo na przykład rozróżnienie między "love drawing" a "love binding" jest bardzo wyraźne i każda z tych praktyk niesie za sobą inne konsekwencje etyczne. Przyciąganie miłości to co innego niż wiązanie konkretnej osoby. Tylko że większość ludzi, którzy się tym interesują, nie wnika w te niuanse.
A czy te rytuały w ogóle działają? Bo jak nie działają, to o czym w ogóle gadamy. Serio pytam, bo nie do końca rozumiem, czego miałoby tu dotyczyć poczucie winy.
Poczucie winy po rytuałach miłosnych to temat, który moim zdaniem rzadko jest poruszany uczciwie. Ludzie albo kompletnie to bagatelizują, albo wpadają w spiralę zamartwiania się. Rzadko ktoś zadaje sobie pytanie, skąd to poczucie winy właściwie pochodzi. Czy z przekonań moralnych wynesionych z wychowania? Z religijnych konotacji? Czy może z jakiegoś głębszego przeczucia, że coś jest nie tak?
Moim zdaniem poczucie winy w kontekście rytuałów miłosnych bardzo często wynika z tego, że ludzie mieszają dwa różne poziomy. Jeden to poziom intencji, drugi to poziom samego działania. Można mieć czyste intencje i mimo to robić coś, co na poziomie energetycznym jest ingerencją. I na odwrót. Problem w tym, że większość osób nie robi tej analizy przed, tylko po.
Nie rozumiem jednego: skoro ktoś nie zamówił żadnego rytuału i nawet go nie wykonał, to dlaczego miałby czuć się winny? Czy samo myślenie o tym coś robi?
Mam pytanie do osób z większym doświadczeniem. Czy zdarzyło wam się czuć tę winę nie przy rytuałach miłosnych, ale na przykład przy jakichś innych, i czy to uczucie było podobne? Zastanawiam się, czy to jest coś specyficznego dla tego rodzaju rytuałów, czy po prostu każda magia, która jest skierowana na kogoś konkretnego, wywołuje podobne odczucia.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym rzadko się mówi. Niektóre tradycje mówią wprost, że poczucie winy po rytuale to nie jest sygnał moralny, tylko informacja o stanie twojej własnej energii. Że czujesz opór, bo sam w to nie wierzysz albo bo masz wewnętrzny konflikt. Nie twierdzę, że tak jest, ale to ciekawa perspektywa.
A jak wy sobie z tym w ogóle radzicie? Bo to jest tytuł tematu i jeszcze nikt nie powiedział nic konkretnego o tym, co pomaga. Rozmawiamy o tym, skąd wina pochodzi, ale co z tym potem robić?
Zastanawiam się, czy nie ma tu też różnicy między tym, co ktoś czuje bezpośrednio po rytuale, a tym, co przychodzi po kilku tygodniach albo miesiącach. Bo bywa tak, że w momencie działania człowiek jest na tyle skupiony i zmotywowany emocjonalnie, że nic nie czuje. A dopiero z dystansem przychodzi refleksja. I wtedy nie wiadomo już, co z tym zrobić, bo przecież cokolwiek miało się stać, już się stało albo nie stało.
Nie ma jednej odpowiedzi, bo to zależy od systemu, w którym pracujesz. Ale jest jedna rzecz, która chyba jest wspólna niezależnie od tradycji: poczucie winy, które nasila się kiedy zaczynasz analizować intencje, zazwyczaj mówi coś ważnego. Takie, które po prostu leży w tle i nie reaguje na żadne przemyślenia, może być bardziej uwarunkowane kulturowo.
Mnie zawsze zastanawiało jedno: czy rytuał miłosny to w ogóle jest ingerencja, jeśli ktoś i tak czuł do tej osoby coś wcześniej? Rozumiem, że pytanie jest filozoficzne, ale chodzi mi o to, czy to zawsze jest coś złego, czy to zależy od kontekstu.
No dobra, ale skoro wszyscy zgadzamy się, że to wchodzi w czyjąś przestrzeń bez zgody, to skąd w ogóle bierze się ten impuls, żeby to zrobić? Bo mi się wydaje, że poczucie winy po fakcie jest właśnie dlatego takie lepkie, że gdzieś w środku wiemy, dlaczego to zrobiliśmy i nie do końca jest nam z tym dobrze.
Mam pytanie do Gabki, bo mnie to uderzyło. Mówiłaś o osobie, która miesiącami nie mogła się od tego uwolnić. Czy to uwolnienie w końcu nastąpiło? I co jej pomogło, bo to chyba najbardziej praktyczna część tego tematu.
Czyli to działa jak takie odczarowanie na siebie samego? Bo jak to słyszę, to bardziej brzmi jak coś dla osoby, która robi rytuał, niż dla tej drugiej.
A co jeśli ta druga osoba w ogóle nie jest świadoma tego, że ktoś wobec niej cokolwiek robił? Czy to cofnięcie ma sens, jeśli ona o niczym nie wie?
Trochę się gubię w tej rozmowie. Zaczęliśmy od pytania jak radzić sobie z poczuciem winy po rytuałach miłosnych i teraz jest o tym, czy cofnięcie intencji to może być kolejna forma kontroli. Czy to nie jest tak, że to poczucie winy nigdy się tak naprawdę nie kończy, skoro nie ma dobrego wyjścia?
Myślę, że jest. Samo pytanie zmienia coś w tym, jak na to patrzysz. Chociaż mam jedno zastrzeżenie, bo zauważam, że w tej rozmowie trochę zakładamy, że poczucie winy jest zawsze sygnałem, że coś było nie tak. A co jeśli ktoś czuje winę, bo ma po prostu bardzo surowe przekonania na temat magii, a sam rytuał był względnie neutralny?
Nie byłam tu aktywna przez chwilę, ale czytam od początku i jedno mi nie daje spokoju. Rozmawiamy o tym, jak radzić sobie z poczuciem winy, ale prawie nikt nie powiedział wprost, czy uważa, że rytuały miłosne są moralnie złe. Czy wy w ogóle tak myślicie, czy to jest dla was bardziej skala odcieni szarości?
A czy teraz, po tej rozmowie, masz jakieś poczucie, że ta niepewność trochę się rozjaśniła? Nie pytam o odpowiedź na pytanie moralne, tylko o to, czy sama rozmowa cokolwiek zmieniła.
Weszłam w ten wątek stosunkowo późno i mam wrażenie, że ominęło mnie dużo, ale jedno zdanie Arbogiego o zapisie tego, co się czuje i kiedy, zostanie ze mną. Nie pomyślałabym, że coś tak prostego może pomagać z czymś tak nieuchwytnym jak poczucie winy po rytuałach. Chyba spróbuję.
Powiem szczerze, że ta rozmowa coś zmieniła, chociaż nie umiem tego dobrze nazwać. Nie mam odpowiedzi, czy zrobiłam coś złego. Ale mam poczucie, że przynajmniej wiem, z czym siedzę. A to już coś innego niż ta mgła, która była na początku.
Mnie to trochę przypomina sytuacje, gdzie coś się skończyło, a ty nie wiesz dlaczego, i przez długi czas czekasz na wyjaśnienie, które nigdy nie przychodzi. W końcu coś odpuszczasz nie dlatego, że dostałaś odpowiedź, tylko dlatego, że przestałaś jej potrzebować. Może z winą jest podobnie.
Dodałbym do tego, że jedną z trudniejszych rzeczy w poczuciu winy po rytuałach jest brak zewnętrznego punktu odniesienia. Przy czymś innym możesz pójść do kogoś, przeprosić, naprawić. Tutaj często nie wiesz, czy cokolwiek się w ogóle wydarzyło, a mimo to cos zostaje. Ta asymetria jest naprawdę uciążliwa.
A jeśli ta emocja zostaje latami? Pytam, bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy zakładają jakiś horyzont, po którym poczucie winy mija. A co jeśli u kogoś tak nie jest?
A czy ktoś próbował porozmawiać o tym z osobą, którą objął rytuał? Pytam z ciekawości, bo wyobrażam sobie, że to byłoby bardzo trudne, ale z drugiej strony może to jedyna sytuacja, gdzie jest jakieś zamknięcie.
Chyba zależy od relacji. Słyszałem o przypadkach, gdzie ktoś jednak powiedział i wynikło z tego coś dobrego, bo rozmowa otworzyła coś, o czym oboje tak naprawdę myśleli. Ale to raczej wyjątek niż reguła i wymaga sporej dozy wzajemnego zaufania, którego przy rytuałach miłosnych często nie ma z definicji.
