A czy to napięcie można jakoś rozładować bez rozbicia całej relacji? Pytam, bo intuicyjnie czuję, że nie każda para w takiej sytuacji musi się rozstać. Tylko skąd wiedzieć, kiedy praca wystarczy, a kiedy to po prostu nie przejdzie?
Czyli w praktyce to trochę tak, że sama świadomość, że był rytuał, może coś zmienić w relacji? Nawet jeśli wcześniej wszystko szło dobrze?
To, co Ulita powiedziała o świadomości, jest chyba najważniejszą rzeczą w tej dyskusji. Że nie sama wiedza jest problemem, tylko co z nią zrobimy. Ale to rodzi kolejne pytanie - co jeśli jedna strona chce przepracować, a druga nie? Bo to chyba najczęstszy wariant, jaki widzę opisywany przez osoby, które piszą o rozpadach po rytuałach.
Właśnie to mnie zastanawia od dłuższego czasu. Czy w ogóle jest możliwe przepracowanie czegoś takiego asymetrycznie? Tzn. jedna osoba robi swoją pracę, a druga albo nie wie, albo nie chce. Czy to w ogóle działa?
Karolka, ale jak odróżnić opór energetyczny od zwykłego 'ta relacja mi nie pasuje'? Bo to wygląda identycznie z zewnątrz, prawda? Osoba się wycofuje i koniec.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czyli mówicie, że rytuał może uruchomić u drugiej osoby jakiś rodzaj nieświadomego odpychania, nawet jeśli ta osoba nie wie o rytualne? To działa na poziomie, którego ta osoba sama nie rozumie?
To mi trochę przypomina koncepcję z terapii traumy - że ciało przechowuje informacje, których umysł nie przetwarza świadomie. Nie wiem, czy analogia jest trafna, ale ta asymetria między tym, co wiemy, a tym, co czujemy fizycznie i relacyjnie, jest podobna.
No i wracamy do punktu wyjścia - czyli do woli. Coś, co nie jest wyborem tej osoby, może ją wewnętrznie rozkładać nawet jeśli świadomie chce być w tej relacji. Czy to nie jest właśnie to ryzyko, o które pyta tytuł wątku?
Ale czy to dotyczy tylko rytuałów? Bo jeśli tak działa podświadomość, to podobne napięcie mogłoby powstawać np. z silnej presji rodzinnej, manipulacji, nawet silnego zauroczenia z jednej strony. Nie wiem, czy rytuał jest tu czymś wyjątkowym.
Właśnie ta celowość mnie trochę niepokoi. Tzn. jeśli rytuał jest precyzyjnie nakierowany, to czy to nie znaczy, że ta druga osoba ma mniejsze szanse, żeby 'nie zauważyć' tego energetycznie? Czy wręcz przeciwnie - właśnie dlatego opór jest silniejszy?
A ja mam pytanie trochę z innej strony - czy ktoś z was widział przypadek, gdzie para funkcjonowała dobrze przez lata po rytualne i dopiero jakaś zewnętrzna zmiana, przeprowadzka, choroba, coś trudnego, uruchomiła kryzys? Zastanawiam się, czy ten moment kryzysu jest inny niż zwykle.
Karolka, a czy w tamtym przypadku był wcześniej jakiś moment, który ty lub ta para mogliście zidentyfikować jako 'sygnał'? Coś, co z perspektywy czasu wyglądało jak zapowiedź tego, co potem nastąpiło?
To co mówi Karolka pasuje do czegoś, o czym myślałam od początku tego wątku. Że rytuał może stworzyć relację, która działa dobrze w spokojnych warunkach, ale nie ma zasobów na trudne momenty. I że te zasoby to właśnie coś, czego nie da się zbudować z zewnątrz - muszą wynikać z autentycznego wyboru obu stron.
To, co napisała Dobrochna, to chyba najlepsze podsumowanie całego wątku, jakie tu padło. Ta relacja działa w spokojnych warunkach, ale nie ma jak przejść przez trudne momenty. Mam wrażenie, że właśnie dlatego ten temat jest tak trudny - bo na zewnątrz przez długi czas nic nie widać.
Ale Glifmistrzu, to otwiera kolejne pytanie - czy w ogóle można z zewnątrz zobaczyć tę różnicę, zanim coś się posypie? Bo jeśli jedynym dowodem jest właśnie ten kryzys, to mamy problem z rozpoznaniem tego wcześniej.
Słucham całej tej rozmowy i mam wrażenie, że dochodzicie do wniosku, że naprawdę nie da się ocenić sytuacji z zewnątrz. Czy to znaczy, że nawet para, która jest 'po rytualne', nie może sama siebie sprawdzić, czy to co mają jest prawdziwe?
Trochę się gubię. Czyli rytuał może sprawić, że ktoś naprawdę kocha, ale ta miłość nie ma korzeni? Jak to w ogóle działa, że coś jest prawdziwe, ale jednocześnie kruche?
Ulita, ta szklarniowa metafora coś mi kliknęła. Ale mam jedno 'ale' - czy nie jest tak, że każda relacja trochę tak działa na początku? Zakochanie to też rodzaj szklarni, bo wszystko wydaje się łatwiejsze i piękniejsze. I też potem konfrontacja z rzeczywistością bywa bolesna.
I to jest chyba sedno całej sprawy. Zakochanie jako stan biologiczny ma datę ważności i para z tego wybiera. Rytuał może tę datę ważności wydłużyć w nieskończoność, a to paradoksalnie jest ryzyko, nie zaleta. Bo weryfikacja i tak przyjdzie, tylko w znacznie gorszym momencie.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i trochę mi się głowa kręci. Znaczy rozumiem tę szklarnię i tę datę ważności, ale - czy to nie jest tak, że każdy rytuał jest inny? Bo jedna osoba może zrobić coś z myślą o dobru tej relacji, a druga z desperacji. I czy to nie zmienia jak ta relacja potem funkcjonuje?
A co z sytuacją, kiedy obie strony o tym rytualne wiedzą? Tzn. jedna osoba powiedziała drugiej, że coś takiego miało miejsce. Czy to zmienia dynamikę? Bo ta druga osoba wtedy ma przynajmniej świadomość.
Karolka, to bardzo ważne, co mówisz. Bo to pokazuje, że problem nie zawsze leży w rytualne samym w sobie, ale w tym, co się z tą wiedzą robi. Ujawnienie może wyzwolić kryzys tożsamościowy u tej osoby - ona dosłownie nie wie, czego chce, a czego jej 'kazano' chcieć.
Ale skoro milczenie też jest ryzykowne, bo para nie przepracowuje pewnych rzeczy, a ujawnienie może rozkładać relację od środka, to co jest właściwie bezpieczniejszą ścieżką? Jakiś środek istnieje czy to zawsze jest wybór między złym a złym?
Właśnie, bo tytuł wątku pyta o to, czy grozi nam załamanie się związku. A z tej rozmowy wynika, że nie 'czy' - tylko raczej kiedy i co to załamanie uruchomi. Chyba że coś przeoczyłam?
To nie jest kwestia czasu w sensie numerycznym. To bardziej kwestia tego, przy jakim zdarzeniu ta relacja zostaje po raz pierwszy naprawdę wystawiona na próbę. Choroba, utrata pracy, kryzys, rodzinne konflikty - cokolwiek, co wymaga od pary realnego współdziałania, a nie tylko bycia razem. I wtedy wychodzi, co jest pod spodem.
Mam pytanie do Ulity, bo mnie to ciekawi od dawna - czy według ciebie rytuał wpływa na oboje jednakowo, czy bardziej na tę osobę, która była jego celem? Bo logika sugeruje, że to ta druga osoba jest 'objęta', ale w praktyce inicjator też może wchodzić w pewną dynamikę.
To co mówisz o obserwowaniu, czy to działa - to jest coś, o czym nigdy nie myślałam w tym kontekście. Inicjator wchodzi w rodzaj ciągłej kontroli? I to trwa przez cały związek?
