Czyli realnie wychodzi mi, że jeśli teraz pójdę do siostry pogadać, to i tak rytuał odsuwa mi się o miesiąc plus to ile będę zbierać na rozmowę odwagę. A miałam nadzieję że to się da ogarnąć w dwa tygodnie.
ja też tak myślałam i właśnie dlatego mi nie wyszło. Niecierpliwość przy takich pracach to jest pierwszy koszt, który płacisz, jeszcze zanim zapalisz pierwszą świecę. Sama się na tym przejechałam.
Dwa tygodnie to według mnie przesada, bo wtedy nigdy nikt by niczego nie zrobił. Życie nie zatrzymuje się na zamówienie. Trzeba umieć oddzielić emocje codzienne od tych, które naprawdę siedzą w temacie pracy.
Czyli wychodzi mi taka lista: najpierw rozmowa z siostrą, potem cykl księżyca odczekać, w międzyczasie pilnować żeby się z nikim nie pokłócić, a dopiero potem ewentualnie wchodzić. To trochę przeraża, bo nie spodziewałam się że to taki proces.
A nie da się tego ogarnąć inaczej? Bo brzmi to jakby praca na jedną osobę wymagała remontu całego życia. Może są lżejsze formy, które nie ciągną za sobą takich konsekwencji?
Etapami brzmi sensownie, choć nie wiem czy mam tyle cierpliwości. Z drugiej strony, jeśli to faktycznie mniej ryzykowne dla relacji z siostrą, to może być wart rozważenia.
Etapami jest sensowniej też z innego powodu, bo po każdej części możesz sprawdzić jak reaguje otoczenie i przerwać jeśli coś idzie nie tak. Przy jednym dużym rytuale już nie ma odwrotu, jak coś runie to runie.
A skoro mowa o przerywaniu, to czy jak ktoś rzuci pracę w połowie, to ten koszt energetyczny jest większy niż gdyby w ogóle nie zaczynał? Bo logika by mi mówiła że tak, ale chcę się upewnić.
To mnie trochę zatrzymało, bo nie pomyślałam wcześniej że można w połowie utknąć. A jak się pozna że proces został otwarty i ciągnie, a nie że to po prostu zwykłe zmęczenie codziennym życiem?
Po tym że masz spadki energii bez powodu, dziwne sny powtarzające się wokół tematu pracy, i takie wrażenie że coś jest niedomknięte, jakbyś wyszła z domu i nie wiedziała czy zamknęłaś drzwi. U mnie to było bardzo charakterystyczne, ciągnęło tygodniami zanim zrozumiałam o co chodzi.
Ja bym nie demonizował tego tak bardzo. Czasem człowiek po prostu nie skończył pracy bo życie się zmieniło i temat sam wygasł. Nie każdy przerwany rytuał zostaje aktywny, niektóre po prostu się rozpływają jak nie ma już intencji za nimi.
A te nośniki materialne to się trzeba ich pozbyć jak się przerywa, czy zostawić jak jest? Bo logicznie myśląc, jak to dalej leży u mnie w szufladzie, to chyba dalej działa?
A jak wygląda taka neutralizacja w praktyce? Bo ja kiedyś zacząłem coś i potem dałem sobie spokój, a rzeczy dalej leżą u rodziców na strychu. Teraz mnie to zaczyna gryźć po tej rozmowie.
Robi mi się trochę słabo bo widzę że to wszystko ma o wiele więcej warstw niż myślałam. Czyli zanim w ogóle zacznę cokolwiek z siostrą, muszę mieć plan co zrobię jeśli będę chciała przerwać w połowie?
Tak właśnie, plan wyjścia jest częścią planu wejścia. Jak siadasz do takiej pracy bez świadomości jak ją zamkniesz w razie czego, to wchodzisz w nieznane bez liny ratunkowej. I ten koszt energetyczny o którym mówimy w temacie, on rośnie właśnie wtedy gdy nie ma wyjścia awaryjnego.
U mnie zamknięcie kosztowało prawie tyle samo energii co sama praca, jak nie więcej. Dlatego teraz jak słyszę o lekkich rytuałach, to się uśmiecham, bo lekkie są dopóki idą zgodnie z planem. Jak coś trzeba odkręcać, to się okazuje że nic nie było lekkie.
Skoro regeneracja jest taka ważna, to czemu nikt na początku rozmowy o niej nie wspomniał? Bo ja czytałam wcześniejsze posty i wszyscy mówili o przygotowaniu, ale o tym co po, dopiero teraz.
Czyli muszę sobie zaplanować nie tylko cykl księżyca i rozmowę z siostrą, ale jeszcze kilka tygodni po, gdzie będę musiała się oszczędzać. To zaczyna wyglądać jak projekt na pół roku, nie na jedno popołudnie.
No bez przesady z tym pół roku. Jak masz dobrze rozpisaną intencję i wiesz co robisz, to regeneracja nie musi być aż taka rozciągnięta. U mnie po normalnej pracy wystarczał tydzień, dwa spokoju i już byłem na swoich nogach.
A właśnie, czy ja w ogóle odpowiadam za to co siostra wyniesie z takiej pracy? Bo jeśli ona po wszystkim będzie miała jakieś skutki uboczne, to czyja to wina, jak to ja ją w to wciągnęłam?
Odpowiedzialność jest podzielona, ale jak ty inicjujesz i ona idzie w ciemno za tobą, to ciężar leży głównie po twojej stronie. Dlatego mówi się żeby przed wspólną pracą każda osoba świadomie podpisała się pod intencją, najlepiej na głos. Bez tego ona jest tylko dodatkiem do twojej energii i wszystko co z tego wyjdzie obciąża cię podwójnie.
Czyli właściwie Roksana musi siostrze opowiedzieć całą tę dzisiejszą rozmowę, łącznie z tym jak się przerywa i ile to kosztuje. Bo inaczej siostra nie ma jak ocenić czy chce w to wejść.
Trochę się boję tej rozmowy szczerze mówiąc. Bo jak jej powiem o tym wszystkim co tu czytam, to ona pewnie się wycofa i będzie patrzyła na mnie jak na wariatkę. A z drugiej strony jak nie powiem, to wciągam ją w coś czego nie rozumie.
Ja bym podeszła do tego inaczej. Zamiast wykładać wszystko na raz, popytaj najpierw siostrę co ona w ogóle myśli o takich rzeczach. Bo może się okazać że ona ma już jakieś swoje przemyślenia i wcale nie trzeba jej przekonywać od zera. A jak temat ją odrzuca, to lepiej żebyś się dowiedziała wcześniej niż w połowie pracy.
Czyli powinnam najpierw przegadać z siostrą stare sprawy, zanim w ogóle ruszymy z czymkolwiek? Bo ja nie powiem żebyśmy miały jakieś wielkie zaległości, ale pewnie coś by się znalazło jak każda para sióstr.
Coś by się znalazło to za mało powiedziane. Każdy ma z rodzeństwem warstwy o których nie myśli na co dzień, a które wychodzą jak siądziecie razem do czegoś takiego. Ja bym sugerowała żebyście najpierw zrobiły coś prostszego razem, jakąś medytację albo wspólną pracę z oddechem, żeby zobaczyć jak wam się układa energetycznie.
Mam pytanie z innej beczki, ale powiązane. Jak już dwie osoby pracują razem i jedna z nich naturalnie bierze na siebie więcej, to czy można to jakoś wyrównać? Bo wyobrażam sobie że Roksana zna temat, siostra mniej, i nawet jak obie się zgadzają, to ciężar i tak rozkłada się nierówno.
