Mam taki temat, który mnie męczy od dłuższego czasu i chciałabym usłyszeć, co o tym sądzicie. Robię rytuały na powrót byłego od jakiegoś półtora roku, raz w miesiącu przy nowiu, plus codzienne świece. Ale tu sytuacja u mnie się skomplikowała - mama trafiła do szpitala, jeżdżę do niej, opiekuję się tatą, no i odpuściłam ostatnie dwa cykle. Czuję się winna jak nie wiem co, bo mam wrażenie, że jak przerwałam, to wszystko co zbudowałam poszło się paść. Czy ktoś z was miał podobnie? Że życie wam wchodzi w drogę i nie wiecie, czy zaczynać od zera czy kontynuować jakby nigdy nic?
Och, trzymam kciuki za mamę przede wszystkim, zdrowie najważniejsze. A co do rytuału - sama się zastanawiam nad tym samym, bo u mnie była przeprowadzka i kompletnie wypadłam z rytmu na półtora miesiąca. Mam wrażenie, że jak wracam teraz do świec, to one się jakoś inaczej palą, jakby ciężej. Może to tylko moja głowa, ale serio coś tu jest. Ktoś to potrafi wytłumaczyć?
przerwa przerwie nierówna. Jak odpuszczasz z lenistwa, to faktycznie sygnał idzie taki, że ci nie zależy i energia się rozprasza. Ale jak masz chorą mamę, to wszechświat to widzi inaczej, bo działasz z miłości i z obowiązku. Ja bym się tym tak nie gryzł. Wróć jak będziesz mogła, najlepiej znowu od nowiu, i tyle. Świece codzienne też nie są obowiązkowe, to bardziej dla utrzymania koncentracji niż realnej pracy.
Ja mam zupełnie inne podejście niż wy. Robię rytuały miłosne od kilku lat i wiem, że to nie jest tak, że przerwa wszystko psuje. Energia, którą wkładasz, gdzieś już poszła i pracuje. Możesz sobie zrobić przerwę nawet pół roku i wrócić, intencja siedzi tam gdzie powinna. Inna sprawa, że jak człowiek się zniechęca, to faktycznie traci wiarę i wtedy się nic nie dzieje, ale to już psychologia, nie magia.
Czytam was i mam mętlik. Bo jedni mówią, że przerwa wszystko niszczy, drudzy że nie ma sprawy. Skąd właściwie wiadomo, która wersja jest prawdziwa? Czy to każdy sam musi sprawdzić na własnej skórze?
mam podobnie jak ty, tyle że u mnie to była rozwód siostry i cała rodzina się wkręciła w pomaganie. Robiłem swoją pracę nad związkiem z byłą partnerką i odpuściłem na prawie trzy miesiące. Jak wróciłem, miałem wrażenie, że muszę zaczynać prawie od początku, ale nie do końca - jakby fundament został, tylko nadbudowa się zsunęła. Trudno to opisać. Czy ktoś jeszcze tak miał, że niby coś zostaje, ale nie wszystko?
Ja tu czytam i jestem zdezorientowana. Bo niby rytuały miłosne, a tu się okazuje, że to taka cała maszyneria z fazami księżyca i siedmioma nowiami. Czy nie można po prostu zapalić świecy, pomyśleć o kimś z miłością i tyle? Pytam serio, bo mam wrażenie, że im więcej czytam, tym mniej rozumiem.
Czekajcie a co z kamieniami? Bo ja noszę różowy kwarc cały czas i jak zapominam go włożyć do kieszeni to też się czuję jakbym coś popsóła. Czy to się liczy jako przerwa w pracy? Pytam bo nigdy nikt mi tego nie wyjaśnił a kupiłam tych kamieni już sporo i każdy mówi co innego.
ten codzienny element brzmi raczej jak utrzymywanie własnego nastawienia niż jak ciągnięcie konkretnego rytuału. Afirmacje pracują w twojej głowie, świeczka herbaciana to bardziej kotwica skupienia. Ja bym się przerwą w tym aż tak nie martwiła. To główne działanie co nów jest osią - jak je utrzymujesz, to reszta to dodatek. A czy ktoś z was robił kiedyś przerwę celowo, żeby zobaczyć co się dzieje? Bo to byłby najuczciwszy test.
afirmacje to twoja codzienna robota nad sobą, nie magia w ścisłym sensie. Możesz je odpuścić na tydzień jak mama wymaga całej twojej uwagi i nic się nie zawali. Wrócisz, kiedy się ogarniesz. Ja sama tak miałam przy chorobie ojca - przez prawie dwa miesiące nic nie robiłam i potem weszłam płynnie, bez resetu.
Czytam ten wątek od rana i strasznie mi pomaga, bo sama mam podobny problem co krokus. Mąż mi zachorował i ja po prostu zostawiłam wszystko w pół drogi. Miałam taką pracę z lustrem i czerwoną nicią, zaczętą na nów, i nie dociągnęłam. Czy to coś, co da się jakoś domknąć po fakcie czy lepiej zostawić i zacząć od nowa?
Też mnie to ciekawi, bo brzmi to logicznie, ale jednocześnie jakoś tak intuicyjnie. Czy nie jest tak, że jak rozwiążesz, to anulujesz całą intencję, którą tam włożyłaś?
Czyli wychodzi na to, że przerwa sama w sobie nie jest problemem, tylko trzeba wiedzieć, jak ją zrobić? Bo jak po prostu zostawisz wszystko porozkładane na półce, to to się gdzieś tam dalej dzieje, ale nie tak jak chciałaś?
z tego, co opisujesz, to brzmi raczej jak zwykłe wyczerpanie niż jakaś blokada w sensie energetycznym. Jak się człowiek opiekuje kimś chorym, to nie ma rezerw na nic innego. Może najpierw odpocząć dosłownie, a dopiero potem myśleć o powrocie do tej pracy?
Czytam was już od kilku dni i mam pytanie z innej beczki, ale chyba pasuje - czy są rytuały, które wręcz wymagają przerw? Bo gdzieś mi się obiło o uszy, że niektóre prace robi się etapami właśnie po to, żeby dać im czas "odetchnąć". Czy to to samo co przerwa z lenistwa, czy zupełnie inna sprawa?
u mnie się przełamało przez przypadek właściwie. Otworzyłem szufladę, w której leżały resztki po tej pracy, którą porzuciłem, i zamiast to wyrzucić jak planowałem, usiadłem i zacząłem pisać do siebie, dlaczego w ogóle to zaczynałem. Nie do wszechświata, nie do żadnej siły - do siebie. I dopiero potem wróciłem do samej pracy. Czyli najpierw przypomniałem sobie, po co mi to, a nie od razu odpalałem świece.
dzięki za dobre słowa, naprawdę mi to coś dało. Mąż na razie stabilnie, czekamy na wyniki. A co do tej nici i lustra - chyba pójdę drogą Norbert76 i rozwiążę to, co zaczęłam. Bo jak czytam o tym domykaniu etapów, to czuję, że dokańczanie po kilku miesiącach byłoby na siłę. Zapytam jeszcze - czy lustro też trzeba jakoś osobno potraktować, czy jak rozwiążę nić, to ono samo z siebie się "uspokoi"?
Mam pytanie trochę z boku - czy jak się robi przerwę z powodu choroby kogoś bliskiego, to ta energia opieki i zmartwienia jakoś "miesza się" z tym, co się wcześniej zaczęło? Bo mi się wydaje, że jak siedzę przy mamie w szpitalu, to myślę o niej, a nie o moich sprawach sercowych, ale gdzieś w głowie mi się to wszystko kotłuje. Czy to ma znaczenie dla pracy, która gdzieś tam leży niedokończona?
Czytam to wszystko i powoli mi się układa w głowie. Czyli najpierw odpocząć, potem domknąć to, co zostawiłam, a dopiero potem decydować, czy w ogóle wracam do tej samej sprawy. Mam jeszcze jedno pytanie - co z listem pisanym etapami? Bo ja miałam taki list, że dopisywałam co kilka dni jedną rzecz. Skończyło się na trzech wpisach z planowanych siedmiu. Spalić całość czy da się z tym jeszcze coś zrobić?
List bym przeczytał na głos jeszcze raz, sam dla siebie, i spalił. Niedokończony tekst ma w sobie taką energię niedopowiedzenia, że potem ciągnie człowieka do tego, żeby wracać myślami. Lepiej zamknąć fizycznie - popiół do ziemi albo do bieżącej wody. Trzy wpisy z siedmiu to za mało, żeby próbować dociągnąć po przerwie, bo i tak nie pamiętasz już tego stanu, w którym zaczynałaś.
to całkiem zdrowy znak. Jak tęsknisz za samą czynnością, a nie za celem, to znaczy, że praktyka stała się dla ciebie formą uważności, a nie tylko sposobem na osiągnięcie czegoś. Możesz spokojnie robić coś dla siebie, bez kierowania energii na inną osobę. U mnie tak się zaczęło z ziołami, że najpierw były na konkretne sprawy, a potem już po prostu na utrzymanie wewnętrznego porządku.
Mam pytanie do osób, które miały dłuższe przerwy z powodu pracy czy przeprowadzki - czy nowe miejsce w jakiś sposób wpływa na to, że stare rytuały nie chcą wrócić? Bo ja się przeprowadziłem kilka miesięcy temu i mam wrażenie, że to, co działało w starym mieszkaniu, w nowym jakoś się nie składa, mimo że robię to samo.
Czy ktoś próbował kontynuować praktyki w szpitalu albo w wynajmowanym pokoju przy kimś chorym? Bo ja siedzę przy mamie i mam tylko kawałek własnej przestrzeni, a chciałabym chociaż coś drobnego dla siebie robić, żeby zupełnie nie odpaść z tego. Tylko nie wiem, czy w takim miejscu w ogóle ma to sens.
Wracając do mojego listu - przeczytałam go ostatnio, znaczy ostatnio, i zobaczyłam, że pierwsza część jest o kimś konkretnym, a druga już bardziej o tym, czego ja chcę dla siebie. Czyli w połowie sama zmieniłam intencję, nawet o tym nie wiedząc. Jak to teraz domknąć - spalić całość czy rozdzielić te dwie części?
Rozdzielić. Pierwszą część bym spalił klasycznie, popiół do ziemi, koniec sprawy. Drugą bym przepisał na czysto, już bez tych pierwszych zdań, i potraktował jako początek nowej pracy, jeśli czujesz, że ten kierunek dalej jest twój. Mieszanie obu w jednym ogniu zostawia niedopowiedzenie, bo palisz też to, co właściwie chciałaś zachować.
Mam pytanie troche z boku - czy te wszystkie domykania, palenia, zakopywania mają jakieś znaczenie jeśli osoba, na która sie kierowało intencje, nigdy o tym nie wiedziała? Bo czytam i sie zastanawiam, czy to nie jest bardziej dla nas samych, żeby mieć poczucie zamknięcia, niż faktycznie cos energetycznego.
Czytam was i mi się trochę otwiera głowa. Bo ja przez te wszystkie miesiące przerwy myślałam, że to jest po prostu zaniedbanie z mojej strony, lenistwo, brak czasu. A teraz widzę, że może to ciało i głowa same wiedziały, że ten kierunek już mi nie służy i dlatego nie chciało mi się do tego wracać. Tylko jak to odróżnić od zwykłej niechęci do roboty?
