Chyba obie macie rację. Troche go znam na tyle zeby miec intuicje - ale jednoczesnie ta intuicja jest na pewno zniekształcona przez to ze sie boje. Wiec nie wiem ile w moim obrazie jest jego a ile mojego leku.
To ze to widzisz jest naprawde dojrzałe. Ale własnie to rozróznienie miedzy tym co wiem o nim a tym co projektuje moj lek - tego nie da sie rozstrzygnac w głowie. To wymaga albo rozmowy z nim, albo przynajmniej rozmowy z kimś kto go zna z zewnatrz.
Mam wrazenie ze w tej rozmowie caly czas krecimy sie wokol tego samego i moze warto zapytac inaczej. Lelja, jak byś sie czuła za rok, za dwa, jesli nadal niosłabyś to w sobie? Nie on, nie jego reakcja - tylko ty.
Szczerze? Nie wiem. To jest właśnie problem bo nie umiem sobie tego wyobrazic. Teraz to noszenie jest głosne. Ale moze za rok byłoby ciche. Albo odwrotnie - moze by rosło.
Właśnie, to jest pytanie ktore chyba tylko ty mozesz sobie odpowiedziec. Mnie osobiscie sekrety z czasem tylko bardziej ciaza nie mniej ale wiem ze sa ludzie ktorzy naprawde potrafia z czyms zyc i to im w relacji nie przeszkadza wiec kazdy jest inny
Jest jeszcze jeden aspekt który umknął. Milczenie w relacji nie jest neutralne - ono działa na relację niezależnie od tego, czy partner wie że cokolwiek jest ukrywane. Jest coś takiego jak dystans chroniony, kiedy jedna osoba pilnuje pewnej sfery i druga to czuje, nawet nie wiedząc co. Nie teoria - dość dobrze opisane w literaturze dotyczącej dynamik par.
To ciekawe bo to by znaczyło ze milczenie nie chroni relacji tak naprawde - ono ja zmienia tylko w mniej widoczny sposob. To troche odwraca cały argument o "po co mówić skoro dobrze jest".
Wracając do Lelji - ona na początku pytała jak rozmawiać, jeśli zdecyduje się powiedzieć. I jakoś przez całą tę dyskusjε poszliśmy w stronę "czy w ogóle mówić", co jest ważne, ale pierwotne pytanie zostało bez odpowiedzi. Jak w ogóle wejść w taką rozmowę, żeby nie zacząć od przeprosin za samo to, że się jest?
To akurat konkretne pytanie. Z doświadczenia - zimny start, bez żadnego kontekstu, zazwyczaj działa gorzej niż wejście przez ogólny temat. Jeśli partner nie ma żadnego odniesienia do tego czym są rytuały, to jego pierwsza reakcja będzie na samo słowo "rytuał", nie na to co za nim stoi. A to słowo dla wielu ludzi uruchamia skojarzenia z czymś alarmującym.
On wie ze interesuję sie takimi rzeczami. Nigdy tego nie ukrywałam, po prostu nie wchodziłam w szczegóły. Wiec nie startuje od zera, ale tez nie jestem pewna ile tak naprawde rozumie z tego co robie.
Poza tym jest różnica między manipulowaniem a dawaniem drugiej osobie szansy na zrozumienie. Jeśli wchodzisz z tematem prosto w środek bez żadnego tła, to obciążasz partnera koniecznością przetworzenia kilku rzeczy naraz - czym jest rytuał, jak do tego czujesz, co to znaczy dla relacji. To naprawdę dużo na raz.
Ciekawe bo z jednej strony chcemy żeby partner zrozumiał - a to wymaga kontekstu. Z drugiej chcemy żeby jego reakcja była autentyczna - a to wymaga spontaniczności. Nie da się chyba mieć obu naraz.
Mnie bardziej chodzi o to jak nie sprawic zeby to brzmiało jak zeznanie. Bo czuje ze jak zacznę mówic to moze mi wyjsc właśnie tak - jakbym sie przyznawała do czegos złego. I tego nie chce.
To jest chyba kluczowe pytanie w tej całej dyskusji. Bo mozemy gadac o technikach rozmowy ile chcemy ale jezeli osoba ktora mowi sama nie ma poukładanego jak sie z tym czuje - to zadna technika nie pomoze i tyle.
Dokładnie. Można być w pełni przekonaną ze rytuał był czyms głęboko osobistym i wartościowym, i jednocześnie bac sie ze partner tego nie zrozumie albo ze poczuje sie dziwnie. To sa dwie rózne warstwy i nie ma co ich mieszac.
Chyba właśnie tak to wyglada u mnie. Nie żałuję tego co zrobiłam. Ale boje sie ze on usłyszy tylko jedną warstwę - te ze cos robiłam za jego plecami - i juz tam zostanie.
To może warto zacząć od tej drugiej warstwy a nie od pierwszej? Czyli nie od "robiłam rytuał", ale od tego co za tym stało - co czułaś, czego chciałaś, co to dla ciebie znaczyło. A rytuał jako forma pojawi sie jako część wiekszego obrazu, nie jako nagłówek.
