Zastanawiam się nad czymś od jakiegoś czasu. Robiłam różne rytuały - na przyciągnięcie partnera, na poprawę relacji, na pojednanie. Ale nigdy nic stricte na siebie - na miłosc do siebie, na akceptację własnej osoby. I teraz siedzę i myślę: czy to w ogóle działa tak samo jak rytuały skierowane na kogoś z zewnątrz? Intuicyjnie czuję że coś tu jest inaczej, ale nie umiem tego ubrać w słowa. Może ktoś miał doświadczenie z czymś takim skierowanym do wewnątrz?
Robiłam coś takiego mniej więcej rok temu i moje odczucia są takie, że mechanizm jest zupełnie różny. Przy rytuałach na drugą osobę jest jakiś cel zewnętrzny, coś poza tobą. A przy miłości własnej pracujesz z oporem który jest w środku - i to jest dużo trudniejsze, bo nie możesz po prostu wysłać intencji gdzieś tam i czekać. Musisz być jednocześnie nadawcą i odbiorcą. Nie wiem czy to ma sens, ale tak to czułam.
Ciekawe podejście, ale z mojej perspektywy to pytanie "czy działa inaczej" zakłada ze oba typy rytuałów w ogóle działają na porównywalnej zasadzie. Nie jestem przekonany do tej symetrii. Przy rytuałach skierowanych na siebie dochodzi coś co w psychologii nazywają efektem placebo połaczonym z intencją - ale to nie jest pejoratywne, bo zmiana wewnetrznego dialogu to realna zmiana. Przy rytuałach "na kogoś" mechanika jest zupełnie inna i dużo bardziej dyskusyjna.
Ten podział na "prawdziwy" i "nieprawdziwy" rytuał to mit który krąży od lat. W tradycjach nordyckich galdr - śpiewane zaklęcia - były uzywane zarówno na zewnętrzne cele jak i do wewnętrznej pracy i nikt nie hierarchizował tych zastosowan. Idea ze rytuał musi działać na świat zewnętrzny żeby być "prawdziwym" to raczej wpływ myślenia magicznego z XIX-wiecznych lóż niż cokolwiek starszego.
Moim zdaniem różnica jest taka, że przy rytuałach miłosnych na siebie używa się głównie kwarcu różowego i różowych świec - dokładnie tak samo jak przy ryciałach na przyciągnięcie partnera. Symbolicznie to ta sama energia, tylko skierowana do wewnątrz. Nie ma tu żadnej fundamentalnej różnicy technicznej.
Słucham tej rozmowy i myślę że brakuje tu jednego wymiaru - numerologicznego. Data rozpoczęcia rytuału na siebie ma inne znaczenie niż przy rytuale na relację. Przy pracy z własnym "ja" najsilniej działa liczba życiowa w połączeniu z cyklem personalnym. Jeśli ktoś jest w roku osobistym 2 albo 6, takie rytuały mają inną głębię niż w roku 1 czy 8. Robiłam kilka takich zestawień i różnica była naprawdę odczuwalna.
Szczerze? Jestem sceptyczna jeśli chodzi o tę numerologię, ale zapytam bo jestem ciekawa - skad w ogóle to przekonanie ze liczby maja wpływ na skutecznosc rytuału? Czy ktoś kiedykolwiek to porównywał, robił ten sam rytuał w różnych cyklach i notował różnice? Bo to brzmi jak coś co mozna by sprawdzic.
Ja właśnie prowadzę notatki z każdego rytuału - zapisuję datę, fazę księżyca, stan emocjonalny przed i po, materiały których używam. Ale do tej pory nie zbierałam danych pod kątem roku personalnego. Iwonka ma rację że to byłoby ciekawe porównanie, ale to są lata obserwacji i każdy ma inne życie, więc ciężko to kontrolować jak eksperyment.
hej, czytam i sie zastanawiam - czy rytuał na miłosc własną moze miec efekty uboczne? tzn. czy jak robisz coś żeby lepiej siebie traktować to moze to zmienić też jak patrzysz na innych? pytam bo słyszałam ze ktoś po takim rytuale stał sie mniej tolerancyjny na złe traktowanie i skończyła związek. nie wiem czy to dobry czy zły efekt 🙂
to mnie trochę przeraża jak tak to ujmujesz. Czyli zanim zrobię taki rytuał powinnam być gotowa na to że moje życie moze się zmienić w kierunku którego nie przewiduję? Brzmi poważnie jak na coś co część ludzi traktuje jak ćwiczenie z afirmacjami.
No ale można to przeprowadzić tak żeby było bezpieczne. Wystarczy dodać intencję ochronną na początku i zamknąć krąg po skończeniu. To podstawa przy każdym rytuale i wtedy nie ma co się obawiać żadnych nieprzewidzianych efektów.
O, to ciekawe z tym malachitem - on kojarzy się raczej z sercem ale też z transformacją. Czy czułaś coś konkretnego co nie grało z różowym kwarcem? Bo zastanawiam sie czy te intuicyjne wybory kamieni przy rytuałach na siebie są jakims sygnałem o tym czego naprawde potrzebujemy, czy po prostu nastroj dnia.
Też słyszałam o obsydianie, ale zawsze byłam ostrożna bo czytałam że jest bardzo intensywny dla osób wrażliwych energetycznie. Czy przy rytuale na siebie to nie jest za duże wyzwanie naraz? Bo i tak samo bycie nadawcą i odbiorcą jest trudne, a tu jeszcze kamień który wyciąga rzeczy na wierzch.
właśnie! to mnie zawsze zastanawia. jak robiłam taki rytuał to nie wiedziałam czy cos sie w ogole zmieniło. przy rytuale na cos zewnetrznego czekasz na znak z zewnątrz. a tu na co czekasz? na to ze wstaniesz rano i nagle bedziesz siebie lubić? 🙂
Właśnie dlatego zaczęłam prowadzić te notatki. Wiem że Halny77 powie że to subiektywne i ma rację, ale przynajmniej widzę pewne wzorce po czasie. Na przykład po kilku tygodniach od rytuału wróciłam do notatek i zobaczyłam że przestałam przepraszać za rzeczy za które przepraszałam wcześniej odruchowo. Nie był to nagły zwrot, ale coś się przesunęło. Czy to rytuał? Może nie tylko, ale zbiegło się w czasie.
to jest akurat bardzo konkretna obserwacja i właśnie takie rzeczy mnie przekonują bardziej niż opisy energii. Ale jak odróżniasz to że sie coś zmieniło przez rytuał od tego że po prostu minął czas i sama przepracowałaś? Mówię poważnie, nie ironicznie - to jest właśnie to pytanie które mnie zatrzymuje.
Ceremonia nadawania sensu to bardzo trafne określenie i ma głębsze uzasadnienie niż mogłoby się wydawać. W wielu tradycjach nie rozróżniano między rytuałem a zmianą psychologiczną bo traktowano je jako jedno. Liminalność rytuału - ten moment między starym a nowym - była uznawana za realny czas zmiany, nie tylko symboliczny. Van Gennep opisywał to jako fazę przejścia w której stare reguły tymczasowo przestają obowiązywać. W rytuale na siebie ta liminalność jest skierowana do wewnątrz.
Ale przecież można te trudności obejść zapraszając przewodnika - archanioła, bóstwo, cokolwiek jest zgodne z twoją tradycją. Wtedy nie jesteś sama w tej liminalności, masz zewnętrzny punkt odniesienia który prowadzi rytuał. Właśnie po to są inwokacje.
mam pytanie bo troche sie zgubiłam - czy w takim razie uwazacie ze rytuał na miłosc własną wymaga jakichs specjalnych przygotowan których nie ma przy standardowym rytuale miłosnym? czy jest jakas lista rzeczy ktore trzeba zrobic inaczej?
to jak to wiedziec? tzn jak sie przygotowac zeby wiedziec z czym sie pracuje? bo jak próbowałam to miałam takie ogólne "chcę sie lubić" i czułam ze to mało konkretne ale nie wiedziałam jak to bardziej sprecyzowac
tzn czy chodzi o to ze najpierw trzeba wiedziec co konkretnie nie lubie w sobie? bo jak siade i mysle "chce sie lubic" to jest jakies ogólne i puste. ale jak zaczynam myslec co konkretnie to robi sie lista rzeczy do naprawienia i to tez chyba nie o to chodzi
mam pytanie trochę z boku - czy jak robicie rytuał na miłosc własną to mówicie o sobie w trzeciej osobie, jakby o kimś innym? Czytałam gdzieś ze to pomaga w dystansowaniu sie i łatwiej wtedy wysyłać sobie życzliwość, bo jakby byłaś kimś zewnętrznym dla siebie. Zastanawiam sie czy to ma sens w rytuale czy tylko w medytacji.
Właśnie to nurtuje mnie od początku tego wątku. Przy rytuale na kogoś zewnętrznego masz obraz tej osoby, wyobrażenie, czasem coś materialnego - zdjęcie. Przy pracy z sobą co jest tym zakotwiczeniem? Twoje własne ciało? Imię napisane na papierze? Lustro? Każda z tych opcji brzmi inaczej i podejrzewam że robi inną robotę.
Lustro jest chyba najczęściej używane i rozumiem dlaczego, ale mnie osobiście totalnie nie idzie. Patrzę i zamiast skupić się na intencji zaczynam analizować twarz. Znam kogoś kto zamiast lustra używał nagrania własnego głosu - nagrał wcześniej słowa które chciał sobie powiedzieć w rytuale i odtwarzał w trakcie, żeby nie mówić do siebie na żywo. Podobno łatwiej było odebrać to jak coś zewnętrznego.
okej ale czy to nie idzie za bardzo w psychologie a za mało w magie? tzn rozumiem ze to dziala przez te mechanizmy ale czy wtedy to jest jeszcze rytuał czy to jest po prostu technika terapeutyczna ze swieczkami
