Chodzi mi po głowie coś od jakiegoś czasu i w końcu muszę to wyrzucić. Robiłam ostatnio rytuał dla kogoś bliskiego i w pewnym momencie zaczełam się zastanawiac czy stan psychiczny tej osoby w ogóle ma znaczenie dla efektu. Konkretnie mam na myśli zaburzenia osobowosci - nie w sensie że ktoś jest trudny, tylko diagnozy kliniczne. Borderline, narcystyczne, może histrioniczne. Czy ktoś w ogóle mysłał o tym jak taka osoba jako podmiot rytuału wpływa na to co sie dzieje energetycznie? Bo mam wrażenie że różne szkoły magii to kompletnie pomijają, jakby odbiorca był neutralną, stałą zmienną. A nie jest.
Sama miałam taki przypadek - pracowałam z kimś kto prawdopodobnie ma NPD i efekty były... specyficzne. Coś zadziałało, ale nie tam gdzie powinno. Osoba zaczęła przyciągać uwagę, ale w taki sposób że odpychała ludzi zamiast zbliżać. Zastanawiam się, czy energia skierowana na kogoś z mocno zaburzoną strukturą ego nie ulega jakiemuś zniekształceniu przy przyswajaniu. To moje własne obserwacje, nie mam jak tego uzasadnić - ale coś w tym jest.
Moim zdaniem to kwestia aury. Zaburzenia osobowości to nie tylko coś w głowie, to sie odbija na polu energetycznym. Czytałam że osoby z borderline mają bardzo niestabilne pole aury, dosłownie fluktuuje w zależnosci od stanu emocjonalnego. Jeśli rytuał miłosny trafia do kogos takiego, może w ogóle nie mieć punktu zaczepienia bo aura sie ciągle zmienia.
Śledziłam sporo wątków o rytuałach miłosnych i nigdy nie spotkałam się z takim ujęciem. Zazwyczaj jest o wzmacnianiu intencji, fazie księżyca i tym podobne. Ale żeby brać pod uwagę psychologię samego odbiorcy - to jest zupełnie inny poziom myślenia o tym. Ciekawe że nikt wcześniej tego nie poruszał.
Wrócę do początku, bo wydaje mi się że kluczowe jest tu rozróżnienie między dwiema sytuacjami. Czy pracujemy dla kogoś kto sam chce zmiany, czy dla kogoś bez jego wiedzy i zgody. Przy zaburzeniach osobowości to rozróżnienie jest jeszcze ważniejsze, bo część z nich - szczególnie narcystyczne - jest egosyntoniczna. Osoba nie postrzega swojego wzorca jako problemu. Jeśli ktoś nie widzi u siebie nic do zmiany, to pytanie czy rytuał mający go "otworzyć" na miłość ma w ogóle w co trafiać. Nie mówię że niemożliwe - ale to jest poważna komplikacja, o której się nie mówi.
Świetny watek, sam sie nad czyms podobnym zastanawiałem. Mam pytanie troche z boku: czy ktos z was rozróznia czy znaczenie ma to ze osoba ma diagnoze, czy raczej to jak jej zaburzenie aktualnie wpływa na energię? Bo rozumiem ze to nie to samo. Ktos z borderline w fazie stabilizacji a ktos w kryzysie - to chyba dwie różne sytuacje dla rytuału, nie?
Słucham tej rozmowy i trochę sie gubie - czy mówicie ze rytuał moze w ogole nie zadziałac na kogos z zaburzeniami, czy ze zadziała inaczej, czy ze moze nawet zaszkodzic? Bo to trzy różne rzeczy i nie wiem do którego wniosku zmierzacie. Moze warto to rozróżnić zanim pójdziemy dalej
Przy okazji mam pytanie które mnie nurtuje od początku: czy zaburzenia osoby wykonującej rytuał też mają znaczenie? Bo dotąd mówiłyśmy o odbiorcy - ale co z magiem? Jeśli ktoś pracuje dla kogoś bliskiego i sam ma np. lękowe wzorce przywiązania, czy to nie wpływa na intencję i energię którą wysyła? Bo wydaje mi sie że to równie ważna strona tej sprawy.
Czy ktoś wie czy istnieją tradycje które wprost uwzględniają stan psychiczny odbiorcy przy planowaniu rytuału? Nie mówię o intuicji, tylko o jakimś bardziej systematycznym sposobie podejścia do tego. Bo jeśli tak, to chętnie bym sie dowidziała gdzie to szukać.
Przeczytałam cały watek i mam pytanie może troche nie w tym kierunku ale: czy byłyscie w sytuacji gdzie wyszło podczas rytuału ze osoba dla której robicie pracę ma jakies powazne blokady i zdecydowałyscie sie przerwac? Pytam bo sama nie wiem czy to w ogóle sie robi czy to jest jakaś granica której sie nie przekracza.
Czytam od początku i mam wrażenie że cała ta rozmowa kręci sie wokół czegoś o czym jeszcze nikt nie powiedział wprost: że rytuały miłosne zakładają jakiś dość uproszczony model człowieka. Że jest jakaś "zdolność do miłości" którą można pobudzić z zewnątrz. A psychologia kliniczna mówi nam że te zdolności są kształtowane przez neurobiologię, wzorce przywiązania z dzieciństwa, traumy. Czy rytuał może to naprawdę objąć, czy zawsze będzie działał na samej powierzchni?
Słyszałam o przypadkach - nie z pierwszej ręki, ale od kogoś kogo znam - gdzie rytuał przyciągania zrobiony dla osoby z cechami narcystycznymi zadziałał, tyle że nie w kierunku o który chodziło. Zamiast zbliżenia emocjonalnego było intensywniejsze zainteresowanie, ale czysto powierzchniowe. Jakby rytuał uruchomił to co ta osoba mogła dać, a nie to czego chciała osoba zlecająca. Więc może odpowiedź na pytanie Icka jest taka: przebija, ale w zdeformowany sposób.
To jest właśnie coś z czym sama sie mierzę, bo nigdy nie jestem w stanie powiedzieć z całą pewnością czy coś sie wydarzyło przez rytuał czy i tak by sie wydarzyło. W tym konkretnym kontekście - zaburzeń osobowości - wydaje mi sie że to jeszcze trudniejsze, bo te osoby mają bardzo charakterystyczne wzorce które sie powtarzają. Więc nawet jak coś sie zmieni na chwilę, to jak odróżnić efekt pracy od zwykłej fazy w cyklu tej osoby?
Odnoszę wrażenie że przy borderline trzeba byłoby w ogóle inaczej podejść do samego rytuału - zamiast jednorazowej pracy, coś bardziej procesowego, rozłożonego w czasie, żeby nie opierać sie na jednym oknie. Nie wiem czy ktoś tak pracuje, ale wydaje mi sie że to jedyna droga żeby cokolwiek miało sens.
Czy ktoś wie czy istnieje jakaś praca która celuje nie tyle w zmianę konkretnej osoby, ile w - powiedzmy - zmianę dynamiki między dwiema osobami? Jeśli zmiana jednej osoby jest zablokowana przez zaburzenie, to może praca na relacji jako takiej, nie na jednostce, miałaby większy sens?
Jest jeszcze jeden wątek który pomijamy: co z osobą wykonującą rytuał jeśli sama jest emocjonalnie uwikłana? Bo w większości sytuacji gdzie ktoś robi pracę miłosną, nie jest obojętny wobec wyniku. A ta emocjonalna zależność od efektu chyba deformuje pracę bardziej niż cokolwiek innego.
