Mam pytanie które chodzi mi po głowie od jakiegos czasu i nie wiem czy to tylko mój problem czy ktoś jeszcze sie z tym zmagał. Zrobiłam rytuał na przyciągnięcie konkretnej osoby, wszystko poszło jak miało iść, relacja sie jakoś rozwija... ale on oczywiście nie wie że cokolwiek robiłam. I zastanawiam sie czy kiedykolwiek powinnam mu o tym powiedziec. Czy to jest w ogóle temat do poruszenia bez burzenia tego co sie buduje? Jak wy sobie z tym radzicie, bo wyobrażam sobie ze nie jestem jedyna która stanęła przed tym dylematem.
To chyba jedno z bardziej niewygodnych pytań w tym temacie, bo wszyscy skupiają się na tym jak rytuał zrobić, a co potem - już nikt za bardzo nie chce gadać. Z mojego doświadczenia: to zależy od człowieka po drugiej stronie. Nie chodzi o to, czy zasługuje na prawdę albo cokolwiek w tym stylu - chodzi o to, co on w ogóle rozumie przez słowo "rytuał". Niektórzy słyszą to słowo i od razu myślą manipulacja, sekta, klątwa. Inni wzruszą ramionami i powiedzą "dziwne, ale okej". Nie ma jednej odpowiedzi.
Ale czy wy uważacie ze rytuał miłosny to jest cos co "robimy komus" - czy raczej tworzymy przestrzen i ta osoba sama wchodzi albo nie? Bo jeśli to drugie, to właściwie nie ma czego ukrywac, prawda? To tak jakby powiedziec ze modliłam sie o miłosc i ze to manipulacja. Chetnie usłyszę jak inni na to patrza bo sama mam z tym metlik w głowie.
To rozróżnienie które piszesz jest ważne, ale trochę zbyt wygodne jako argument do usprawiedliwiania wszystkiego. Bo "tworzenie przestrzeni" brzmi neutralnie - ale rytuał kierowany na konkretną osobę, z jej imieniem, z jej zdjęciem, z intencją żeby to ona a nie ktokolwiek inny - to już inna historia. Nie mówię, że złe. Mówię, że nie warto sobie wmawiać, że to jest to samo co ogólna intencja przyciągnięcia miłości. Różnica jest i chyba warto ją widzieć uczciwie.
Okej ale to nie odpowiada na pytanie Lelji. Mowic czy nie? Bo ja rozumiem filozofię tego wszystkiego ale to jest praktyczny problem - siedzisz obok tej osoby i wiesz cos czego ona nie wie. I to cos miało bezposrednio wpłynac na to ze w ogole tu jestescie. Nie czujecie ze to troche ciezko dźwigać?
Ja powiedziałam swojemu partnerowi. Nie od razu, nie na początku, ale po jakimś czasie gdy już wiedziałam że jest między nami coś prawdziwego. Powiedziałam luźno, przy okazji rozmowy o tym w co wierzę. Jego reakcja była... zaskakująco spokojna. Powiedział coś w stylu "no to znaczy że naprawdę na mnie czekałaś" i przeszliśmy do kolejnego tematu. Ale mam świadomość że mogło wyjść zupełnie inaczej. To była loteria.
Właśnie to jest sedno. Można powiedzieć i technicznie się przyznać - ale jeśli ta osoba nie ma żadnego punktu odniesienia do tego, czym jest rytuał, to i tak skonstruuje własną narrację. I ta narracja będzie pewnie gorsza od rzeczywistości, bo ludzie bez wiedzy wypełniają luki strachem. Więc pytanie "mówić czy nie" jest trochę wtórne wobec pytania "jak mówić, żeby to miało sens".
A czy ktoś miał sytuację odwrotna - ze to partner albo partnerka przyznał sie ze cos robił zanim sie zaczeliscie spotykac? Ciekawi mnie jak to wyglada z drugiej strony, bo my tu glownie mowimy o perspektywie osoby ktora rytuał robiła.
To ciekawe co mówisz o tej "wolnej woli", bo to chyba największa bomba w tej całej rozmowie. Jesli ta osoba uzna ze rytuał jej "zabrał wybor" - nawet jesli tak nie było - to mozecie miec naprawde powazny problem. I nie chodzi o to czy rytuał działa czy nie, tylko o percepcje. Ludzie potrzebuja czuc ze ich decyzje sa ich własne.
No i tu wraca pytanie Druidki o to czym właściwie jest rytuał miłosny. Jeśli sami jesteśmy przekonani, że nie steruje człowiekiem tylko zmienia energię wokół sytuacji - to czy możemy to przekazać komuś z zewnątrz tak, żeby naprawdę zrozumiał, a nie tylko udał? Większość ludzi nie ma żadnych ram pojęciowych do takiej rozmowy.
Ja sie zastanawiam czy w ogole jest jakis obowiazek mowienia. Nie powiadamiamy przeciez partnera o kazdej modlitwie, o kazdej afirmacji, o kazdej mysli ktora wysłałysmy w jego strone. Skad ta granica miedzy "to jest moja prywatna praktyka duchowa" a "to jest cos co musze wyznac"? Moze to jest kwestia tego ile sami z tym chodzimy, nie ile on powinien wiedziec.
Wchodze troche z boku, bo mnie bardziej interesuje co sie dzieje z osoba ktora to w sobie nosi. Bo długoterminowe trzymanie takiej tajemnicy ma swoja cene energetyczna jesli mozna tak to ujac. Nie mowie ze trzeba mowic - mowie ze warto sprawdzic czy to milczenie nas obciaza czy nie. Sama miałam cos podobnego przez długi czas i dopiero kiedy to powiedziałam poczułam ze cos sie miedzy nami naprawde otworzyło. Ale nie wiem czy u innych byłoby tak samo.
to jest bardzo trudne do odroznienia, szczerze. intuicja i poczucie winy potrafia wygladac bardzo podobnie od srodka jedno pytanie ktore mi kiedys pomoglo w podobnym kontekscie: czy chce powiedziec dla siebie zeby mi ulzylo - czy chce powiedziec bo uwazam ze ta osoba powinna wiedziec? te dwie motywacje prowadza do roznych rozmow i roznych skutkow
Słucham tej rozmowy od początku i mam wrazenie ze nikt jeszcze nie powiedział wprost - a co jesli po prostu nie mowic i tyle? Ze to moze byc decyzja, a nie ucieczka od czegos? Nie kazda prawda musi byc wypowiedziana zeby relacja była prawdziwa.
A czy ktos probował jakos połowicznie - nie tłumaczyc rytuału, ale powiedziec cos w rodzaju "wierze w takie rzeczy i praktykowałam je"? Zeby to nie była bomba tylko stopniowe oswajanie? Zastanawiam sie czy nie ma jakies drogi posredniej miedzy pełnym wyznaniem a pełnym milczeniem.
To pytanie Henia o drogę pośrednią jest dla mnie najciekawsze w tej rozmowie. Bo właśnie tak zacząłem - powiedziałem jednej osobie ze interesuję sie magią, ze praktykuję różne rzeczy, ze wierze w energie i intencje. I ona przyjęła to bez problemu. Ale zauważyłem ze jak potem chciałem pójść krok dalej - ta "miękka" wersja paradoksalnie utrudniła sprawę, bo ona myślała ze już wie o co chodzi.
To co opisujesz ma swoją nazwę w psychologii - to jest efekt retrospektywnego zniekształcenia. Kiedy człowiek dostaje nową informację która zmienia kontekst, mózg automatycznie "poprawia" wspomnienia żeby pasowały do nowej wersji. I nie da się tego wyłączyć. Więc jeśli ktoś się dowie o rytuał z opóźnieniem - będzie reinterpretował wszystko, co uznał za zbieg okoliczności, za swoje decyzje. Naprawdę trudno to potem odkręcić.
To jest troche przerażające, bo sugeruje ze cokolwiek zrobie - i tak jest jakies ryzyko. Ale moze to jest właśnie odpowiedź na moje pytanie? Ze nie chodzi o znalezienie idealnego momentu, tylko o podjecie decyzji i wiedzenie jakie konsekwencje ona niesie.
Chyba troche wszystkiego po trochu. Nie wiem czy to poczucie winy czy cos innego - ale mam wrazenie ze nose cos czego nie powinnam nosic sama. I jednoczesnie boje sie ze jesli to powiem to zepsuje cos co teraz jest naprawde dobre.
To "noszenie czegoś samej" jest konkretne i nie powinno byc bagatelizowane. Ale chce dopytac - czy to ciężar dlatego ze boisz sie konsekwencji ujawnienia, czy dlatego ze samo trzymanie tej informacji jest dla ciebie niezgodne z tym jak budujesz te relacje? Bo to sa dwa rozne powody i prowadza do roznych decyzji.
Mam wrażenie że ta rozmowa krąży wokół jednego założenia, którego nikt nie sprawdził wprost - że rytuał miłosny jest czymś wyjątkowym etycznie i wymaga szczególnego traktowania. Ale co jeśli to założenie jest błędne? Ludzie nie wyznają partnerom każdej modlitwy, każdej prośby wysłanej w stronę wszechświata. Gdzie naprawdę leży ta granica?
Myślę że ta granica jest inaczej ustawiona dla różnych osób i nie da się jej ustalić abstrakcyjnie. Ważniejsze pytanie brzmi: czy ty sama czujesz że zrobiłaś coś, co wymaga wyjaśnienia? Jeśli nie - to po co mówić. A jeśli tak - to mówienie nie jest pytaniem "czy", tylko "kiedy i jak".
To jest dokładnie ten węzeł wokół którego ta dyskusja chodzi od początku. Nie ma zewnętrznego arbitra który powie "tak, twoje odczucie jest słuszne". Dlatego pytanie "czy mówić" jest wtórne wobec pytania "dlaczego to noszę". Jeśli ktoś to nosi latami bez żadnego dyskomfortu - być może odpowiedź jest po prostu "nie". I to nie musi być ucieczką od czegoś.
A co jeśli problem jest jeszcze bardziej podstawowy - że ta osoba, której dotyczy rytuał, mogłaby mieć prawo wiedzieć, niezależnie od tego czy ty czujesz potrzebę mówienia? Pytam serio bo to jest ten aspekt który umknął w tej rozmowie. Mówimy dużo o osobie która rytuał robiła, a co z tym drugim człowiekiem?
Tylko że to "prawo do wiedzy" o którym mówisz - na czym miałoby polegać w praktyce? Co tej osobie daje informacja że ktoś zapalił świecę i myślał o niej intensywnie? Jeśli ona nie wierzy w rytuały, to zdarzenie nie ma dla niej żadnej wagi. Jedyne co dostaje, to obraz partnera jako kogoś, kto... no właśnie jak to ujmie.
To jest dobry punkt, Heniuś. Można rozdzielić dwie rzeczy - treść sekretu i sam fakt posiadania sekretu. Ona może nie wierzyć w rytuały i mieć to gdzieś, ale jednocześnie poczuć się naruszona tym że dowiedziała się iż partner żył z czymś w środku czego jej nie powiedział.
I właśnie to jest chyba mój największy strach. Nie to ze on oceni sam rytuał, ale to ze oceni mnie za milczenie. Ze przejdzie do porządku dziennego nad tym co robiłam - ale nie przejdzie nad tym ze nie powiedziałam przez cały ten czas.
