Zastanawiam się nad czymś od dłuższego czasu i chciałabym usłyszeć, co o tym myślicie. Czy rytuał miłosny wykonany razem z partnerem ma większą moc niż taki robiony w pojedynkę? Pytam, bo czytałam gdzieś, że jak dwie osoby świadomie wchodzą w ten sam rytuał, to intencja się wzmacnia, ale z drugiej strony znajoma mówiła mi, że samotny rytuał jest czystszy, bo nikt ci nie miesza energii. I jeszcze druga rzecz - jak wy w ogóle ogłaszacie sobie i światu, że coś się w związku zmienia? Czy każda przemiana wymaga innego podejścia, czy można mieć jeden uniwersalny schemat na takie momenty?
Z mojego doświadczenia to nie chodzi o większą moc, tylko o zupełnie inny rodzaj pracy. Razem z drugą osobą robisz coś w stylu paktu, samodzielnie robisz przemianę w sobie. To dwie różne rzeczy i nie da się ich porównać 1:1. A skąd ci się wzięło, że chcesz coś oznajmić? Bo to jest dla mnie ciekawe - oznajmić komu? Sobie, partnerowi czy jakimś siłom?
Chodzi mi bardziej o oznajmienie sobie i tej drugiej osobie, że coś przechodzimy razem na inny etap. Bo można sobie powiedzieć przy kawie "no to teraz jesteśmy bliżej", ale to brzmi sucho. A rytuał coś w sobie pieczętuje, nie wiem jak to lepiej ująć.
To trochę jak ślub, nie? Tylko że ślub jest dla rodziny i papierów, a rytuał jest dla was. Chyba właśnie dlatego ludzie tak chętnie robią coś własnego, bo oficjalne ceremonie nie dają tego poczucia osobistego znaczenia.
Notowałam sobie kiedyś różnice między tym, co robiłam sama, a tym, co robiliśmy razem. I wyszło mi coś takiego, że samodzielne wychodziły bardziej intensywne emocjonalnie, ale wspólne miały dłuższy efekt. Jakby wspólne się utrwalało, bo druga osoba też to pamiętała i wracała do tego w rozmowach.
U nas najlepiej działało coś prostego. Świeca, dwie kartki, każde pisze co zostawia za sobą i co bierze ze sobą dalej, czytamy sobie na głos, potem spalamy te kartki razem. Zero formułek, zero zaklęć. I właśnie ta prostota chyba sprawiała, że oboje czuliśmy się autentycznie, a nie jak na przedstawieniu.
Ja myślę że za bardzo komplikujecie. Jeśli oboje wiecie po co to robicie i oboje się w to angażujecie, to forma jest drugorzędna. Gorzej jak jedno robi rytuał, a drugie udaje że uczestniczy.
Wtrącę się, bo to pytanie chodzi mi po głowie od kilku postów. Przemiana zachodzi w tej osobie, która ją w sobie dopuszcza. Możesz odprawić najpiękniejszy obrzęd świata, ale jeśli druga strona nie jest gotowa nic w sobie zmienić, to dotyczy ciebie, nie jej. I to nie jest pesymistyczne, tylko uczciwe. Świadome przejście przez zmianę to przede wszystkim umowa z samym sobą, a obecność drugiej osoby ją wzmacnia tylko wtedy, gdy ona też tę umowę ze sobą zawiera.
To co piszesz Andromeda jest dla mnie bardzo cenne, bardzo dziękuję. Czyli rytuał ma w sobie funkcję taką jakby kotwicy na później, nie tylko domknięcia w danej chwili. Tego mi w tej rozmowie brakowało.
Mam pytanie troche z boku, ale w temacie. Czy jak robicie taki rytuał razem, to ustalacie wczesniej co kto mowi, czy improwiacja? Bo mi się wydaje że jak ustalimy, to bedzie sztuczne, a jak nie, to ktoś sie zatnie i bedzie kszywo.
Pytanie z mojej strony, bo jestem ostrożny w takich tematach - czy nie ma ryzyka, że taki wspólny obrzęd otworzy coś, czego potem nie da się zamknąć? Mam na myśli rozmowę, która pójdzie za daleko.
U nas wystarczyło proste "potrzebuję chwili". Bez tłumaczenia, bez negocjacji. Druga strona ma to uszanować i nie ciągnąć dalej. To pozwala wchodzić głębiej, bo wiesz, że masz hamulec.
Pytanie być może naiwne, ale czy są jakieś momenty w roku, kiedy taki wspólny rytuał ma sens większy niż w innych? Słyszałam o równonocy, ale nie wiem, czy to się przekłada na relacje.
To bardzo ładne podejście, bardzo dziękuję za ten przykład. Sama mam taki moment w głowie, choć nie była to żadna rocznica - po prostu jeden wieczór, po którym wiedziałam, że to jest to. Nie wiem tylko, czy partner pamięta ten sam wieczór, czy dla niego było to coś innego.
Tu właśnie jest haczyk - co jeśli każde z was ma w głowie inną datę przełomu? Bo to chyba częste, że jedno czuje coś wcześniej, drugie później. Jak wtedy wybrać moment na wspólny obrzęd?
Pytanie z innej strony - czy wy w ogóle używacie jakichś przedmiotów w trakcie takiego wspólnego obrzędu, czy wystarczy sama rozmowa i np. ta świeca, o której ktoś wspominał wcześniej? Bo mam wrażenie, że im więcej rekwizytów, tym łatwiej się rozproszyć.
Półtorej godziny to sporo, szczerze mówiąc. Ja bym pewnie zaczął zerkać na zegarek po trzydziestu minutach. Czy ktoś z was robił coś krótszego i miało to podobny efekt, czy ten czas jest tu kluczowy?
To rozróżnienie na długą i krótką wersję jest dla mnie odkryciem, bardzo dziękuję. Nie zdawałam sobie sprawy, że obrzęd może mieć tak różne funkcje w zależności od tego, na jakim etapie się jest. Czyli najpierw trzeba sobie odpowiedzieć, czy się jeszcze szuka, czy już domyka.
A co jeśli para nie wie, na którym etapie jest? Bo mam wrażenie, że to się może mieszać - niby coś już ustalone, ale gdzieś tam siedzi jeszcze niedopowiedziane. Jak rozróżnić, czy idzie się w długą formę, czy krótką?
Mam jeszcze pytanko - czy robiliście kiedyś taki obrzęd, gdy jedno z was było bardziej przekonane niż drugie? Bo u mnie pewnie tak by wyszło, że ja bym chciała, a mąż by się zgodził bardziej z grzeczności niż z potrzeby.
A jak rozróżnić wahanie z lęku od braku potrzeby? Bo to chyba kluczowe pytanie - jeśli ktoś się boi, to można go delikatnie poprowadzić, a jeśli mu po prostu nie zależy, to nie ma sensu zmuszać. Tylko skąd wiadomo, które to które?
Wracając do tej kwestii etapu - czy są jakieś znaki, po których można poznać, że ten moment przełomu już był, a my go przegapiliśmy? Bo mam wrażenie, że czasem żyje się obok siebie i dopiero po fakcie człowiek widzi, że coś się stało.
Bardzo mi pomaga to, co piszecie o nasłuchiwaniu siebie nawzajem przed obrzędem. Zaczynam rozumieć, że sama decyzja, czy go w ogóle robić, to też jest część pracy. Czy ktoś z was miał tak, że doszliście do wniosku, że obrzęd nie jest potrzebny, bo sama rozmowa wystarczyła?
Tak, kilka razy. Siadaliśmy z partnerem do ustalania, co chcemy zamknąć, i okazywało się, że samo nazwanie tego po imieniu załatwiło sprawę. Wtedy obrzęd byłby już tylko dekoracją. Nie ma sensu robić go na siłę, żeby tylko był.
A jak długo po takim wspólnym obrzędzie widać efekty? Bo nie chciałabym czekać miesiącami, żeby się przekonać, czy w ogóle coś z tego wyszło. Macie jakieś doświadczenia z tym, kiedy zaczyna się coś dziać?
