To analogia z tym szczypaniem dużo wyjaśnia, dzięki. Ale mam pytanie - czy ta wrażliwość po czasie znika sama, czy trzeba z nią coś robić aktywnie?
W tradycjach słowiańskich mówiono o odpuszczaniu, nie o usuwaniu. Nie próbowano wymazać skutku tylko się z nim rozstać. Były do tego obrzędy - puszczanie wody, palenie, zakopywanie - symboliczne zamknięcie rozdziału. Nie chodziło o to żeby cofnąć czas, tylko żeby ciało i umysł dostały sygnał że to się skończyło. Może stąd ta skuteczność - dawały wyraźną cezurę.
Mam pytanie do całej dyskusji bo coś mi tu nie pasuje. Mówicie o obsesji jako o skutku ubocznym, ale chyba zależy też od tego jaki typ rytuału był użyty. Rytuały przyciągania to jedno, ale rytuały wiążące to inna kategoria - i te drugie są konstruowane właśnie po to żeby ta obsesja była trwała. Nie jest to błąd, to cel.
A czy ktoś wie jak wygląda takie aktywne odcięcie od strony praktycznej? Bo słyszałam różne rzeczy - od zwykłego oczyszczania solą, przez rytuały ogniowe, aż po pracę z osobą która pierwotny rytuał zrobiła. Nie wiem czy to drugie jest możliwe jeśli ta osoba nie chce współpracować.
Bez wspolpracy osoby ktora robiła to jest trudniej ale nie niemozliwe. Jeśli wiesz co konkretnie było uyte - np. jakie elementy, kiedy, z czym - można skonstruować coś co przecina te połączenie od strony osoby objętej. Bez dostepu do oryginału to jak gaszenie świeczki od złego końca ale da sie.
A co jeśli osoba objęta rytuałem nie chce się oczyszczać bo uważa że jej uczucia są naturalne? Bo jeśli nie wie że coś działa na nią z zewnątrz, to może bronić tej obsesji jako swojej własnej miłości.
Właśnie o to mi chodzi, bo chyba to jest najgorszy scenariusz z możliwych. Osoba nie wie że jest pod wpływem czegoś zewnętrznego, więc nie szuka pomocy, wręcz odwrotnie - broni tego stanu i traktuje go jako dowód miłości. I jak wtedy ktokolwiek z zewnątrz ma jej pomóc?
Ale jak ta osoba ma się oczyszczać skoro myśli że to co czuje jest normalne? To brzmi jak pułapka bez wyjścia.
A czy jest jakaś sytuacja w której ta obsesja po rytualne mogłaby minąć sama, bez żadnej interwencji? Pytam bo zastanawiam się czy czas tu cokolwiek robi.
Czas działa, ale nie liniowo. Torowanie o którym pisałam wcześniej słabnie jeśli nie ma kolejnych wzmocnień. Pytanie tylko czy rytual jest wciąż aktywnie podtrzymywany, czy był jednorazowy. To robi ogromną różnicę.
A czy runy mogą tu coś zrobić? Pytam serio, nie przekornie - słyszałam że Isa albo Hagalaz używa się do zatrzymania czy zamrożenia połączeń energetycznych.
Mam pytanie do Dziewanny - mówisz o stawianiu runy na granicy pola. To jest praca symboliczna, wizualizacja, czy fizyczny przedmiot? Bo znam różne podejścia i nie zawsze rozumiem co oznacza praca z runą w praktyce.
Czytam całą tę rozmowę od początku i jedno mi nie daje spokoju - czy ktoś w ogóle wie jak wygląda rytuał wiążący od strony technicznej? Bo mam wrażenie że rozmawiamy o skutkach nie bardzo rozumiejąc co je wywołuje.
Ten węzeł to mnie zastanawia. Czytałam że w niektórych tradycjach robi się dziewięć węzłów z odpowiednią intencją przy każdym. I że rozwiązanie ich ma być symbolicznym odcięciem. Ale kto to robi - osoba która zrobiła rytuał, czy ta objęta?
Bo właśnie to mnie zastanawia od jakiegoś czasu - kto powinien rozwiązać te węzły. Logicznie myśląc, osoba która zrobiła rytuał zna intencję przy każdym węźle, więc ona powinna go odwrócić. Ale co jeśli nie ma kontaktu albo nie chce? Czy ta druga strona może to zrobić sama, nie znając treści tych intencji?
Ale jak ktoś jest w tej obsesji i nie wie że chodzi o rytuał, to w ogóle nie będzie miał intencji żeby cokolwiek rozwiązywać. Bo po co rozwiązywać coś o czym nie wiesz że istnieje. Trochę się kręcimy w kółko z tymi rozwiązaniami.
Proxy to znaczy co dokładnie? Że ktoś robi rytuał zamiast mnie?
To jest właśnie ten punkt gdzie zaczyna mi się mieszać granica między pomocą a kolejną formą manipulacji. Jak odróżnić jedno od drugiego skoro w obu przypadkach ktoś działa na kogoś bez jego bezpośredniej zgody?
Czyli wychodzi na to że nie ma czystego sposobu na interwencję z zewnątrz? Bo nawet ta najbardziej życzliwa proxy niesie ryzyko że opiera się na czyichś interpretacji sytuacji, a nie na rzeczywistej potrzebie osoby objętej.
Tak mniej więcej. I dlatego część praktyków w ogóle odmawia pracy proxy w sprawach miłosnych - bo ryzyko jest za duże. Jak ktoś przychodzi i mówi 'mój znajomy jest obsesyjnie zakochany i chce się uwolnić' to skąd wiemy czy naprawdę tak jest, czy ta osoba po prostu chce żeby tamten przestał być zainteresowany z jakiegoś własnego powodu.
Zastanawiam się czy przy obsesji po rytualnej w ogóle runy to dobry kierunek. Jeśli połączenie zostało zrobione np. przez wosk i włos, to czy symbol runiczny ma jakiś punkt zaczepienia? Czy runa działa na sam stan energetyczny niezależnie od tego jak połączenie zostało stworzone?
A da się w ogóle pracować z przyczyną jeśli nie wie się dokładnie jaki był rytuał ani kiedy? Bo to co słyszę to głównie praca z objawami.
Ale jak długo to może trwać? Bo mam wrażenie że w tych rozmowach o oczyszczeniu zawsze jest jakieś 'to zależy' i nigdy nie ma konkretów. Miesiąc? Rok? Czy to jest coś co można w ogóle całkiem usunąć?
Tzn. że niektórzy są bardziej podatni na takie rzeczy? Skąd to wynika?
Prewencja zakłada że wiesz przed czym się bronisz. W przypadku rytuałów miłosnych problem jest właśnie taki że działają po cichu - osoba objęta najczęściej nie ma pojęcia że coś się dzieje, dopóki wzorzec nie jest już mocno utrwalony. Wzmacnianie pola to dobra praktyka ogólnie, ale nie powiedziałabym że to tarcza na konkretne działanie.
A czy nie byłoby tak że ktoś z silnym polem po prostu odrzuca takie próby zanim się zakorzenią? Bo np. przy runach zakłada się że Algiz jako ochronna zadziała właśnie jako coś co filtruje wpływy zewnętrzne - czy to ma sens w tym kontekście?
Właśnie to jest najtrudniejsze w całej tej dyskusji. Obsesja rodząca się naturalnie i obsesja wzmocniona rytuałem mogą wyglądac identycznie od środka. Czujesz to samo - tę samą niemożność myślenia o czym innym, to samo przyciąganie. Różnica może być tylko w tym jak szybko to przyszło albo w jakimś dysonansie - że sam siebie nie rozpoznajesz w tym co czujesz.
