Wracając do pytania z tytułu wątku, bo wydaje mi się że trochę odpłynęliśmy. Astrologia ma ciekawą odpowiedź na to pytanie przez koncepcję progresji i powrotów planet. Progressje księżyca np. wracają do miejsc z przeszłości w horoskopie i można na te momenty pracować - to trochę jak rytualne 'odwiedzanie' wcześniejszego stanu.
Słucham was i zastanawiam się nad czymś. Skoro mówimy o pracy z przeszłością przez rytuał - czy to nie wymaga jakiegoś specjalnego stanu skupienia? Nie wiem jak to nazwać - transu, medytacji? Czy można to zrobić na trzeźwo tak po prostu siedząc przy stole?
Tak, właśnie o to chodzi. To co opisujesz - jeden moment, który nie daje spokoju - to jest dobre wyjście do pracy wstecznej na sobie. Pytanie tylko: co konkretnie w tym momencie było 'niedomknięte'? Coś co powiedziałeś? Coś co powiedziałby chciałeś powiedzieć i nie powiedziałeś? To nie jest obojętne przy intencji.
Zmienia i to znacząco. Przedmiot lub karta daje punkt skupienia poza własną głową. W pracy z przeszłością to jest istotne bo kiedy zostajesz tylko ze wspomnieniem w głowie, umysł ma tendencję do cofania się w utarte ścieżki interpretacji. Zewnętrzny symbol przerywa ten automatyzm. U Spare'a i jego następców jest to opisane jako przeniesienie ładunku emocjonalnego na zewnątrz zanim się go rozładuje. Trochę jak napisanie czegoś na kartce i spalenie jej zamiast tylko myślenia o tym.
Ja miałem ten natychmiastowy efekt raz i szczerze mówiąc to mnie bardziej wystraszyło niż uspokoiło. Siedziałem z intencją skupioną na konkretnym wspomnieniu, paliły się świece, i w pewnym momencie poczułem jakby coś fizycznie odpuszczało w klatce piersiowej. Bardzo konkretne. Ale potem przez kilka dni byłem dziwnie pusty - jakby coś zabrało za dużo.
To bardzo dobre pytanie. Sama pracuję nad trudnymi momentami etapami - najpierw tylko nazwanie co się wtedy czułam, bez żadnej intencji zmiany, tylko obserwacja. Dopiero jak przez kilka dni sama obserwacja nie wywołuje silnej reakcji, przechodzę do czegokolwiek co można by nazwać rytuałem. To wolniejsze ale znacznie bezpieczniejsze niż wchodzenie od razu z pełną intencją w coś co jest emocjonalnie naładowane.
Przepraszam że się wtrącę bo jestem bardziej z boku tej rozmowy - ale słuchając tego wątku mam wrażenie że właściwie nie odpowiedzieliśmy na pytanie z tytułu. Czy rytuał MOŻE działać wstecz. Wszystko co tu padło to bardziej jak to robić i co czuć. Ale czy ktoś ma jakiś pogląd na to czy to w ogóle jest możliwe na poziomie... nie wiem, jak to nazwać, mechaniki tego?
No i mamy wreszcie konkretną odpowiedź 🙂 Edek to ujął lepiej niż przez ostatnie osiemdziesiąt postów ktokolwiek. Choć muszę powiedzieć że ta całą rozmowa jakoś mi uzmysłowiła że to co tu jest opisywane to bardziej praca psychologiczna z symboliką niż coś co działa 'na zewnątrz'. I nie mówię tego złośliwie, po prostu tak to widzę.
No dobra, Edek to ujął konkretnie i nie ma co z tym dyskutować. Ale właśnie przez to mam inne pytanie - jeśli mówimy o zmianie tego jak moment istnieje w tobie, a nie o zmianie samego momentu, to czy to jest w ogóle coś specyficznego dla rytuału? Bo opis który dałeś pasuje dosłownie do każdej dobrej rozmowy z psychologiem.
Ale jak mam rozumieć to 'inny kanał'? Tzn. czy chodzi o to że ciało pamięta inaczej niż głowa? Bo jak sobie wyobrażam ten rytuał na który czekam, to mam wrażenie że jestem bardziej w głowie niż gdziekolwiek indziej. Nie wiem jak wyjść poza myślenie o tym.
To jest bardzo uczciwa obserwacja i większość ludzi ma dokładnie ten problem na początku. Ciało ma pamięć emocjonalną która nie jest werbalna - napięcie w brzuchu na samo wspomnienie, przyspieszone bicie serca. Rytuał angażuje te reakcje przez zmysły, nie przez analizę. Właśnie dlatego samo myślenie o nim może cię kręcić w kółko.
Ja miałem ten sam problem z nadmiernym analizowaniem w trakcie. Pomogło mi skupienie na samym oddechu przez pierwszą minutę - nie na intencji, tylko na tym że siedzę, oddycham, czuję podłogę pod stopami. Dopiero potem, jak głowa trochę zwolniła, mogłem się przenieść do intencji. Inaczej to było jak próbowanie zasnąć na siłę.
Hej, ale wróćmy na chwilę do Korneliusza, bo chyba wszyscy zapomnieliśmy o co właściwie pytał na początku. On mówił o konkretnym momencie. Czy jest jakiś sens robić taki rytuał na moment który był dawno temu - kilka lat? Bo wydaje mi się że im starsze wspomnienie tym chyba trudniej.
Przy tych starych wspomnieniach mam jeszcze jedno spostrzeżenie. Pracując z kamieniami przy intencjach miłosnych zauważyłam że różowe kwarce działają inaczej przy świeżych emocjach a inaczej przy starych. Przy starych historiach czasem lepiej sprawdzał się rodochrozyt - on ma taką właściwość że wydobywa warstwy emocjonalne stopniowo, nie naraz.
Może robi, może nie - i myślę że to jest pytanie na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam przez doświadczenie. Ale jest jedna rzecz którą zauważam w rytuałach i której brakuje mi w opisach terapii: poczucie że uczestniczysz w czymś co jest większe niż ty. Nie wiem jak to nazwać inaczej. To nie jest tylko praca z własnymi przekonaniami, jest tam coś co wychodzi poza.
Słucham tej rozmowy o czasie i mam pytanie które trochę odbiega ale może być istotne: czy ktoś z was próbował robić rytuał bezpośrednio przy miejscu które jest związane z danym wspomnieniem? Czytałam kiedyś o tym że miejsca 'przechowują' emocje w jakimś sensie i zastanawiam się czy fizyczna lokalizacja mogłaby zrobić coś podobnego co timing astrologiczny.
Słucham tej rozmowy o zapachach, miejscach, kamieniach i mam jedno obserwacje. Wszystko to są sposoby na to żeby zejść z poziomu myślenia do poziomu doświadczenia. To jest właśnie ta forma której brakuje w samej analizie. I wracając do pytania Korneliusza z tytułu - może działanie wstecz w czasie nie jest kwestią mechaniki rytuału, ale kwestią tego czy człowiek jest w stanie wrócić do tamtego stanu doświadczenia. Zmysły mogą w tym pomagać bardziej niż jakakolwiek intencja wyrażona słowami.
Dobra, to mam teraz wrażenie że przez całą tę rozmowę dostałem coś co nie było w pytaniu ale jest może ważniejsze. Nie ma jednej odpowiedzi na to czy rytuał działa wstecz, ale jest zestaw rzeczy które mogą sprawić że to w ogóle ma szansę działać. Zapach, miejsce albo substytut miejsca, timing jeśli ktoś zna astrologię, zakorzenienie w ciele przed samym rytuałem. Nie spodziewałem się że tyle z tego wyjdzie. Zastanawiam się teraz czy mam w domu cokolwiek co pachnie tamtym czasem.
Mam wrażenie że ta rozmowa krąży wokół czegoś co można by ująć tak: intencja skierowana ku przeszłości nie zmienia przeszłości, ale zmienia to jak przeszłość wpływa na teraźniejszość. Czy to jest w ogóle zbliżone do tego co większość z was myśli, czy totalnie obok?
Ja właśnie o to chciałem zapytać. Bo słyszę dużo o tym że rytuał coś 'uwalnia' albo 'reaktywuje', ale jak to wygląda od strony odczuć? Czy jest jakiś moment kiedy wiadomo że coś się zmieniło, czy to jest bardziej stopniowe?
Słucham tej rozmowy o intencji i się zastanawiam - jak w ogóle kierować intencję na coś co było w przeszłości? Dosłownie jak to wygląda, czy jest jakaś konkretna technika, czy bardziej myśl o tym wydarzeniu i tyle?
Słucham tego i myslę że chyba przez cały ten wątek krążymy wokół jednej sprawy - czy rytuał cokolwiek robi 'tam' gdzie się zdarzyło, czy tylko zmienia to jak my dzisiaj z tym siedzimy. I nie wiem czy jest odpowiedź na to pytanie. Ale zaskakuje mnie że mi to już trochę mniej przeszkadza niż kiedy zaczynałem ten temat.
Przepraszam że może to głupie pytanie, ale po tej całej dyskusji zastanawiam się - jeśli rytuał zmienia 'ciężar' a nie samo zdarzenie, to czy ma znaczenie jak dawno temu to było? Czy łatwiej jest pracować z czymś świeżym, czy z czymś co leży od lat?
