mam pytanie do ogolnej dyskusji, bo troche to przestalem sledzic. Czy ktos tu w ogole probował cos zrobic przy spotkaniu na ulicy i ma jakies doswiadczenie? Bo rozmawiamy bardziej teoretycznie i mam wrazenie ze to przydaloby sie jakims konkretnym przykladem podeprzec.
A to nie jest przypadkiem coś co można by zaadresować bez żadnej magii? Potrzeba bycia zauważoną przez konkretną osobę brzmi bardziej jak coś do przepracowania samemu niż coś do rytualizowania.
Mam głupie pytanie, bo trochę zgubiłam wątek. Czy w ogóle jest jakiś rytuał który można zrobić po fakcie, jak już się wróciło do domu po takim spotkaniu, zamiast na ulicy? Bo mi się wydaje że na ulicy to zawsze będzie za mało czasu żeby cokolwiek robić świadomie.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i zastanawiam się nad jednym. Czy nie jest tak, że samo to że ktoś po takim spotkaniu wraca do domu i siada do jakiegoś rytuału, to już jest forma działania? Niekoniecznie magicznego, bardziej psychologicznego, że nadajesz temu zdarzeniu znaczenie i kierunek.
To co Almandynka napisała o tym oknie energetycznym mnie zastanawia. Czyli jakby spotkanie go na ulicy to jest tylko punkt startowy, a nie musi być samym rytuałem? To zmienia mi trochę całą perspektywę na ten temat, bo myślałam że albo coś robisz na miejscu albo ten moment przepada.
A to ciekawe rozróżnienie, bo ten kontekst ulicy w tytule wątku sugeruje że chodzi o coś co się robi właśnie tam i wtedy. Jeśli wracasz do domu i siadasz do ołtarzyka, to masz już całkowicie inne warunki. Czy to w ogóle jest to samo o czym dyskutujemy?
Ja muszę powiedzieć że w moim przypadku te emocje z ulicy to chyba właśnie byłyby inne niż po powrocie do domu. Bo po wyjściu od niego jakoś złość zawsze wychodzi na wierzch, albo ta pretensja, i to by pewnie poszło do rytuału gdybym go od razu robił. A po czasie to już jest jakaś melancholia raczej.
Słuchając tego wątku zaczynam myśleć że moja sytuacja z ulicy to nie był moment na żaden rytuał, bo sama nie wiedziałam co czuję. To było bardziej szok niż cokolwiek świadomego. Ale ta myśl o powrocie do domu i zrobieniu czegoś z tym jest mi bliższa. Chociaż nadal nie wiem co chcę osiągnąć.
Czytam ten wątek i mam wrażenie że tu cały czas krąży jedno pytanie pod spodem, mianowicie czy rytuał zmienia cokolwiek poza samym człowiekiem który go robi. I może odpowiedź na to pytanie decyduje o tym czy w ogóle ma sens robić coś spontanicznego na ulicy.
A wracając do samej Adelajdy i tej ulicy, bo trochę odpłynęłyśmy w teorię - czy ten ex w ogóle na nią spojrzał, powiedział coś, czy to było takie mignięcie i tyle? Bo wyobrażam sobie że to robi różnicę. Krótki kontakt wzrokowy to jedno, a pięciominutowa rozmowa to zupełnie inny poziom.
Spojrzeliśmy na siebie, on lekko kiwnął głową i tyle. Może pięć sekund. Ale te pięć sekund wystarczyło żebym przez następną godzinę nie mogła myśleć o niczym innym. Właśnie dlatego zaczęłam się zastanawiać czy to w ogóle jest jakiś znak czy po prostu mój mózg robi swoje.
To co opisujesz, ta godzina niemyślenia o niczym innym, to brzmi jakbyś była po prostu w szoku emocjonalnym, nie w jakimś otwartym 'oknie' energetycznym. I to mnie zastanawia czy to jest w ogóle dobry moment żeby cokolwiek robić intencjonalnie, skoro sama nie wiesz co czujesz.
Mam wrażenie że wy wszyscy zakładacie że rytuał to jest coś co działa albo nie działa na zewnątrz, a może to jest po prostu taki sposób żeby te emocje gdzieś umieścić zamiast nosić je w sobie? Wtedy czy się robi to na ulicy czy w domu czy miesiąc później, to może być po prostu kwestia kiedy człowiek tego potrzebuje, nie kiedy jest 'właściwy moment' energetycznie.
