Zastanawiam się nad czymś, o czym rzadko się mówi wprost. Mam bliską osobę z autyzmem i zaczęłam się zastanawiać, czy rytuały miłosne w ogóle działają tak samo, kiedy jedna z osób ma inaczej zorganizowany układ nerwowy. Nie chodzi mi o to, żeby zrobić rytuał 'na kogoś', ale raczej o wspieranie relacji, otwieranie się na więź. Czytałam trochę o tym, że intencja jest kluczowa, ale co, jeśli sam sposób odczuwania emocji i bliskości jest zupełnie inny? Czy rytuał powinien to uwzględniać? Nie wiem, może to głupie pytanie, ale naprawdę mi to chodzi po głowie.
To nie jest głupie pytanie, wręcz przeciwnie. Sama się nad tym zastanawiałam przy okazji pracy z kilkoma osobami. Podstawowa kwestia, którą zawsze podkreślam: rytuał miłosny nie zmienia osobowości ani neurologicznego sposobu funkcjonowania człowieka. Jeśli ktoś z autyzmem komunikuje emocje inaczej, rytuał tego nie 'poprawi' i nie powinien. Ale czy może wzmocnić więź na poziomie energetycznym, niezależnie od tego, jak ta więź jest wyrażana zewnętrznie? To już inna rozmowa. Co cię konkretnie niepokoi w tej sytuacji?
To ciekawe, bo nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Zawsze zakładałam, że rytuały miłosne działają na poziomie, który jest jakby ponad neurobiologią, że energia to energia. Ale teraz jak czytam to pytanie, to zastanawiam się czy na przykład dobór składników albo czas rytuału ma znaczenie, jeśli chodzi o odbiór przez taką osobę. Czy ktoś w ogóle to bada albo opisuje w literaturze okultystycznej?
Akurat o literaturze okultystycznej to bym tu nie liczyła na gotowe odpowiedzi, bo to temat świeży. Natomiast z mojego doświadczenia z przedmiotami i ich energią: niektóre osoby ze spektrum są niesamowicie wrażliwe na bodźce sensoryczne, a to ma znaczenie w kontekście magicznym. Kamienie, zapachy, faktury, dźwięki przy rytuale. Jeśli robimy coś, co jest dla drugiej osoby przebodźcowaniem sensorycznym, to czy ta energia w ogóle dotrze tak, jak chcemy?
Moim zdaniem energetycznie to nie ma znaczenia, czy używasz kadzidła fizycznie, czy tylko wyobrażasz sobie zapach. Intencja i wizualizacja zastępują przedmioty. Czytałam o tym u kilku autorów i tam wyraźnie pisali, że substytucja symboliczna jest równie skuteczna. Nie trzeba się chyba przejmować takimi rzeczami.
Właśnie, bo ja np. robiłam ostatnio coś prostego, różowa świeca, intencja, kilka słów i zastanawiałam się, czy to, że osoba, o której myślę, przetwarza emocje inaczej, w ogóle wpływa na to, jak energia do niej dociera. Bo jakby to ująć, ona rozumie miłość, tylko wyraża ją inaczej. Nie wiem, czy to zmienia cokolwiek w samym rytuале. Co wy sądzicie?
Cały wątek mi się wydaje trochę pomieszany, bo łączycie dwie osobne rzeczy. Jedno to pytanie o skuteczność rytuału względem osoby ze spektrum, drugie to pytanie o formę rytuału, gdy to my go wykonujemy. W numerologii każda osoba ma swoją wibrację, niezależnie od diagnozy. To nie autyzm 'blokuje' energię, to ewentualnie brak intencji albo zła intencja. Skąd w ogóle wzięło się założenie, że tu coś trzeba 'dostosowywać'?
To mi się bardzo podoba ta precyzja intencji. Ja zawsze robiłam rytuały z ogólnym życzeniem i może właśnie dlatego efekty były takie... rozmyte. A tu mówicie o czymś konkretnym, żeby intencja uwzględniała drugą osobę taką, jaka jest. To chyba jest w ogóle zasada, nie tylko przy autyzmie, prawda?
Słucham tej rozmowy i mam szczere pytanie, bo jestem sceptyczny wobec całości: jeśli mamy do czynienia z neurologiczną różnicą w przetwarzaniu bodźców i emocji, to czy nie jest tak, że rytuał po prostu nie ma tu żadnego wpływu i dyskutujemy o niczym? Nie mówię złośliwie, naprawdę pytam. Bo mi trudno zrozumieć mechanizm, przez który intencja jednej osoby miałaby 'trafić' do mózgu drugiej.
Przepraszam, że się wtrącam, bo pewnie dużo nie rozumiem z tej rozmowy, ale chciałam zapytać: czy rytuały miłosne robione na siebie, żeby samemu być bardziej otwartą na relację, mają takie same ograniczenia? Bo słyszę, że problem jest z 'dosięganiem' innej osoby, ale co jeśli ktoś po prostu chce przyciągnąć do siebie kogoś odpowiedniego, kto będzie się czuł dobrze w relacji z osobą ze spektrum?
A ja mam inne pytanie, bo trochę gubię się w tej rozmowie. Czy w ogóle mówi się gdzieś o tym, że osoby ze spektrum autyzmu same wykonują rytuały? Bo cały czas rozmawiamy z perspektywy kogoś z zewnątrz, kto robi coś 'dla' albo 'w kierunku' osoby ze spektrum. Ale co, jeśli ta osoba sama chce pracować z magią i zastanawia się, czy jej sposób funkcjonowania coś zmienia?
No właśnie, zupełnie nie pomyślałam o tym aspekcie. Wiem, że moja znajoma jest bardzo dokładna, jeśli chodzi o rytuały codzienne, ma swoje sekwencje i czynności i przywiązuje do nich naprawdę dużą wagę. Może to ma jakiś związek z tym, jak w ogóle podchodzi do intencji i powtarzalności? Ciekawa jestem, czy ktoś z was miał kontakt z osobami ze spektrum, które same pracują z magią.
No ale to rodzi inne pytanie: jeśli sekwencje i powtarzalność są naturalne, to czy rytuał, który z założenia ma być 'wyjątkowy', 'szczególny', 'naładowany emocją', nie traci swojego znaczenia? Bo ten element napięcia emocjonalnego, oczekiwania, jest w wielu tradycjach kluczowy. A co jeśli ktoś przetwarza to zupełnie inaczej?
Hm, chyba bym uważała z tym słowem 'atut'. Każdy przetwarza inaczej i to nie jest wyścig. Ale zgodzę się, że dogłębna koncentracja na samym akcie, na każdym kroku, to coś, czego nam roztrzepanym ciężko osiągnąć. Ja sama mam problem z tym, żeby nie odpłynąć w myślach w połowie rytuału. Więc pewna dokładność to coś, czego mi brakuje.
To ja mam głupie pytanie może, ale jak właściwie wiadomo, że rytuał 'zadziałał' w kontekście emocji? Bo przy osobie neurotypowej zakładamy, że poczuje coś, zmieni się zachowanie, coś się pojawi. A przy osobie ze spektrum jak to ocenić, skoro przejawy uczuć mogą wyglądać zupełnie inaczej?
Słucham i mam wrażenie, że ta rozmowa doszła do bardzo konkretnego problemu: skąd wiemy, czego druga osoba chce i jak to wyraża? I to chyba dotyczy każdego, nie tylko osób ze spektrum. Tylko tutaj jest wyraźniej widoczne, bo różnica w komunikacji jest większa.
Właśnie i to mnie trochę zatrzymało nad całym tematem. Zaczęłam od pytania o rytuał, a teraz myślę, że tak naprawdę pytam o to, czy w ogóle dobrze znam tę osobę, żeby cokolwiek 'kierować w jej stronę'. To jest chyba ważniejsze niż technika.
I to jest bardzo dojrzałe podejście, naprawdę. To co Granacik właśnie powiedziała to coś, co chciałabym żeby każda osoba robiąca rytuały na kogoś przemyślała. Nie chodzi o spektrum autyzmu, chodzi o realną osobę i relację. Spektrum tylko ten problem ujawnia wyraźniej.
Ale chwila, bo chyba za bardzo to psychologizujemy. Rytuał energetyczny nie wymaga, żebyśmy rozumieli psychikę drugiej osoby w stu procentach. Energia nie czyta diagnoz. Myślę, że jeśli intencja jest czysta i skierowana z miłością, to dotrze niezależnie od tego, jak ktoś przetwarza emocje.
Ja wróciłam do tego co Szeptucha pisała wcześniej o tym, że rytuał na siebie jest inną kategorią. To do mnie przemówiło. Bo w całej tej rozmowie o tym, czy energia dotrze do osoby ze spektrum i jak, jest jakiś niepokój, którego nie mam przy pracy na własną energię. Może właśnie tam jest odpowiedź?
Trochę się gubię, bo rozmawiamy o rytuałach miłosnych, ale przestaliśmy właściwie mówić o tym, jak takie rytuały wyglądają w praktyce, jeśli robisz je z myślą o osobie ze spektrum. Czy ktoś próbował coś konkretnego i może powiedzieć co zmieniło, pominęło, dostosowało?
No to jest właściwie odpowiedź na wiele pytań z tego wątku. Nie wiemy, co działa 'na zewnątrz', ale możemy zadbać o to, żeby praca wewnętrzna była spójna. I chyba o to chodzi w tym dostosowywaniu, nie o to, żeby rytuał pasował do diagnozy drugiej osoby, tylko żeby pasował do tego, co naprawdę o niej myślimy i jak naprawdę do niej podchodzimy.
No dobrze, ale jeszcze wróćmy do tego dostosowywania w praktyce, bo Wandka to ładnie podsumowała, ale mam wrażenie, że zostaliśmy przy kadzidłach. Czy ktoś zmieniał też na przykład porę albo miejsce? Bo myślę, że jeśli osoba ze spektrum ma silną potrzebę rutyny, to może i pora dnia robi jakąś różnicę po twojej stronie.
Pora ma znaczenie w numerologii i astrologii, to nie jest bez podstaw. Ale przy pracy intencjonalnej myślę, że ważniejsze jest twoje skupienie w danej chwili niż konkretna godzina. Choć przy pełni, nowiu i podobnych momentach ta synergia faktycznie bywa głębsza. Tylko pytanie czy to działa bo 'czas jest właściwy', czy bo jesteś wtedy bardziej nastawiony na pracę.
Słucham i zastanawiam się, czy to w ogóle dobrze, że skupiamy się na efektach 'zewnętrznych'. Bo jeśli ta osoba ze spektrum reaguje inaczej, mniej widocznie, to możemy przecież cały czas myśleć, że nic się nie dzieje, a coś się jednak zmienia. Tylko my tego nie widzimy, bo szukamy swoich wzorców reakcji.
To bardzo mnie zastanawia. Bo właśnie przez to, że ta osoba rzadko pokazuje emocje w sposób, który rozpoznaję, przez cały czas mam poczucie, że jestem gdzieś za mgłą. I to chyba też wpływa na moją pracę intencjonalną, bo trudno mi utrzymać pewność, skoro nie mam żadnego odbicia. Czujecie coś takiego?
Ja czułam coś podobnego przy pracy z intencją na kogoś zamkniętego emocjonalnie, choć to nie była osoba ze spektrum. To uczucie wysyłania czegoś w próżnię jest trudne do przejścia. Ale po jakimś czasie nauczyłam się, że to mój dyskomfort z brakiem potwierdzenia, nie brak efektu. Choć przyznam, że nie wiem, czy to prawidłowe myślenie.
