Malgosia słusznie zwraca uwagę na zboczenie z kursu. Wróćmy do sedna - bo Czarek opisał coś bardzo konkretnego: że ciągał częściej właśnie wtedy kiedy odczyty stały się bardziej mechaniczne. Mnie ciekawi czy ta mechaniczność to skutek częstości, czy po prostu etap nauki przez który każdy przechodzi niezależnie od tego ile razy ciągnie.
Pyromanta pyta o coś co mnie samego nurtuje. Szczerze nie wiem czy to był etap nauki czy właśnie efekt przegęszczenia. Ale jedno pamiętam - że zanim zacząłem intensywniej studiować, odczyty były krótsze i bardziej... celne chyba. Mniej słów, więcej trafień.
To co Czarek opisuje jako 'mniej słów, więcej trafień' to jest coś co wiele osób traci po pierwszym roku praktyki. Ale chcę zapytać - jak definiujesz 'trafienie'? Bo jeśli to poczucie emocjonalne po odczycie, to może być że krótsze interpretacje po prostu łatwiej weryfikować. Dłuższe mają więcej warunków do spełnienia.
Ale skąd wiadomo który przypadek zachodzi? Tzn. jak odróżnić 'rozwijam bo sytuacja jest złożona' od 'rozwijam bo mi nie wychodzi'? Dla kogoś z zewnątrz wyglądają tak samo.
Ja mysle ze odrozniasz po tym czy slowa przychodza same czy je wyciagasz. Jak interpretacja plynie to znaczy ze jest prawdziwa, jak musisz sie mocno skupiac zeby cos z runy wydusic to jest znak ze cos jest nie tak. Choc rozumiem ze to subiektywne i nikomu nie udowodnisz.
Brygida podała mi do myślenia. Bo właściwie co by zmieniło dla praktykujących gdyby była zewnętrzna weryfikacja? Tzn. czy ktokolwiek by zmienił swoje podejście do częstości ciągania na podstawie danych? Serio pytam, bo mam wrażenie że nie.
Ja prowadze dziennik run od jakiegos czasu i moge powiedziec tyle - nie widze wyraznej zaleznosci miedzy odstepem a trafnoscia, ale widze zaleznosc miedzy stanem emocjonalnym a trafnoscia. Jak byłam spokojna niezaleznie od przerwy, odczyty szly lepiej. Ale moje notatki sa nieregularne wiec to nie jest zadna statystyka.
To co Rezedaa mówi o stanie emocjonalnym a nie o przerwie - to chyba najuczciwsza odpowiedź na moje pierwotne pytanie jaka tu padła. Może częstość sama w sobie nie jest problemem, tylko to że ciągamy właśnie wtedy kiedy jesteśmy w złym stanie do ciągania.
To co Czarek podsumował na końcu jest chyba kluczowe - że ciągamy właśnie w złym momencie, nie za często. Ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem: czy mówisz że gdybyś był w spokojnym stanie, to nawet codzienne ciąganie byłoby okej?
To jest dobre rozróżnienie - częstość jako skutek złego stanu, nie przyczyna. Ale zaraz - skoro ciągasz częściej kiedy jesteś w złym stanie, to może sama częstość staje się z czasem sygnałem ostrzegawczym? Tzn. zauważasz że ciągniesz dużo i to cię alertuje?
To co Edek mówi ma sens. Trochę jak z jedzeniem - nie chodzi o to że trzy posiłki dziennie są złe, tylko że jeśli sięgasz po coś piąty raz w ciągu godziny, to wiesz że coś się dzieje. Częstość jako wskaźnik stanu, nie jako problem sam w sobie.
Nie przeceniajcie mojego dziennika - mam tam dużo luk i dużo wpisów gdzie samo napisalam 'ciagnelam, cos tam wyszlo'. Nie ma z tego dobrych danych. Ale moge powiedziec ze samo prowadzenie dziennika zmieniło jak podchodze do ciagania - bardziej uwazam zanim siegne po runy, bo wiem ze bede musiala cos napisac potem.
To jest w sumie prosty mechanizm - sama obecność dziennika wymusza chwilę refleksji. Ale czy ktoś próbował robić to bardziej formalnie? Tzn. zanim sięgniesz po runy, musisz napisać pytanie na kartce, i dopiero potem ciągniesz? Ciekawi mnie czy taka kolejność coś zmienia.
Ja tak robie od dawna. Zawsze najpierw pisze pytanie, dopiero potem siegam do woreczka. Nie wyobrazam sobie zeby bylo inaczej, bo jak nie masz pytania naprawdę sformulowanego to runy nie maja sie do czego odniesc. Ale nie wiem czy przez to ciagle rzadziej, bo i tak lubie ciagle czesto.
Wow, to jest naprawdę mądre podejście z tym przepisywaniem pytania! Nigdy tak nie myślałam że samo formułowanie może zmienić to o co tak naprawdę pytasz. Ale teraz mam pytanie do Perydotki albo kogokolwiek kto tak robi - czy zdarza się że po przepisaniu pytanie wychodzi zupełnie inne niż to pierwotne?
Mnie to co Leszczynka mówi - że znasz odpowiedź zanim ciągniesz - trochę jednak niepokoi. Bo po co wtedy runy? Czy to nie jest argument że są niepotrzebne, albo że służą tylko do potwierdzania tego co już wiesz?
Czarek poruszył coś ważnego, ale myślę że to nie jest tak zero-jedynkowe. Runy mogą być potrzebne właśnie do wydobycia tego co wiesz nieświadomie - nie do odkrycia czegoś zupełnie zewnętrznego. Różnica między 'wiem i potwierdzam' a 'wiem, ale nie umiałem tego nazwać' jest spora. Ale pytam siebie teraz - czy to nie jest znowu subiektywne kryterium, o którym Kuba mówił wcześniej?
Czyli wracamy do punktu wyjścia - skoro 'głębokość wglądu' jest subiektywna i 'dokładność' nie da się zweryfikować, bo każdy interpretuje inaczej, to w sumie nie mamy żadnej miary. Czy to nie jest trochę problem? Bo dyskutujemy o tym czy częstość wpływa na jakość, ale nie jesteśmy w stanie powiedzieć co to w ogóle znaczy 'jakość'. Jak ktokolwiek może twierdzić że ciągnie 'lepiej' albo 'gorzej'?
Słucham tej wymiany i mam poczucie ze Kuba i Edek mówia o dwoch róznych rzeczach. Kuba chce dowodu zewnetrznego, Edek mówi o dowodzie personalnym. Moze oba sa realne ale w róznych kategoriach? Czyli nie ze jedno jest prawda a drugie falsz, tylko ze odpowiadaja na rózne pytania.
Dobra, ale wróćmy na chwilę do meritum tematu, bo trochę odpłynęliśmy. Pytanie było o rytm i częstość. Czy ktoś z was faktycznie eksperymentował z tym świadomie? Tzn. celowo ograniczył się do jednego ciągnięcia dziennie albo jednego w tygodniu i porównał z okresem kiedy ciągał częściej?
Właśnie - przerwa. Czy to nie jest jak z każdą praktyką? Jak za długo robisz coś każdego dnia bez przerwy to przestajesz to widzieć świeżo. Ale to bardziej argument za przerwami niż za konkretną częstością. Bo ile ta przerwa powinna trwać żeby zadziałała?
Wracając do tego co Klimcia mówiła o mierzalności - myślę że skupiamy się na złym poziomie analizy. Jeśli runy działają jako projekcja własnej psychiki, to 'dokładność' jest zawsze 100%, bo runy zawsze odzwierciedlają twój stan. Pytanie o jakość ciągnienia to wtedy pytanie o jakość kontaktu z tym stanem. I tutaj częstość ma znaczenie - za często, za mało skupienia, za rzadko, tracisz ciągłość.
Konstancja, a jeśli runy są tylko projekcją własnej psychiki, to gdzie jest miejsce na coś zewnętrznego? Bo wydaje mi się że większość praktykujących jednak wierzy że runy mają jakieś znaczenie same w sobie, nie tylko jako lustro.
Właśnie chciałem zapytać o to co Czarek poruszył. Bo mi też nie siada ta wersja z samą projekcją. Czy ktoś tu naprawdę traktuje runy tylko jako psychologiczne ćwiczenie, czy jednak jest jakieś przekonanie że są czymś więcej?
