To co Gienia mówi o zapisywaniu jest ciekawe, bo de facto rozgrzewasz się do siebie, zanim wejdziesz w kontakt z runą. Ale mam wątpliwość: czy to nie powoduje, że runa potem odpowiada na to, co właśnie napisałaś, a nie na szerszą sytuację? Czy nie zwęża to odczytu?
I to jest dokładnie ta pułapka, o której Dewanna pisała wcześniej w wątku. Runa, do której możesz przykleić cokolwiek, nie pracuje dla ciebie. Pracuje dla twojego komfortu. To nie jest praca z runą, to jest czytanie Rorschacha i mówienie sobie, że to magia.
Trochę się przestraszyłam tego co Akacja napisała. Bo ja właśnie tak to robiłam ostatnio, ciągnęłam runę i szukałam, gdzie to pasuje. Czy to znaczy, że zaczynałam od złego końca? Jak w takim razie powinno to wyglądać poprawnie?
Czyli lepiej mieć pytanie, nawet niedokładne, niż nie mieć żadnego? Zastanawiam się, bo kiedy jestem sama i coś mi ciąży, to nie zawsze umiem tego nazwać. Sięgam po runę właśnie dlatego, że nie wiem, o co zapytać. I co wtedy?
Dziękuję Stokrotuni za to, to brzmi jak coś bardzo prostego, a jednocześnie wydaje mi się, że na to proste pytanie można dostać bardzo różne rzeczy. Mam teraz ciekawość: czy ktoś miał tak, że na to samo pytanie przez kilka dni ciągał tę samą runę? I co z tym robił?
To co Wolchw opisuje to jest właśnie ta granica, o którą ciągle tu zahaczamy, a nikt jej nie nazywa wprost. Runy jako towarzyszenie sobie w izolacji kontra runy jako praca nad czymś. W izolacji łatwo te dwie rzeczy stopić w jedno i potem nie wiadomo, czy ciągasz, bo chcesz się dowiedzieć, czy dlatego, że to jedyny kontakt, który masz z czymś poza sobą.
A czy to naprawdę problem? Pytam szczerze, bo słucham tego i myślę, że może szukanie towarzystwa w runach jest po prostu jednym ze sposobów, żeby przetrwać trudniejszy czas. Nie wszystko musi być pracą magiczną w ścisłym sensie.
Właściwie ten wątek zaczęłam właśnie od tego pytania, czy runy mogą być towarzystwem w izolacji. I teraz gdy go czytam z perspektywy kilkudziesięciu postów, to widzę, że odpowiedź jest bardziej skomplikowana, niż myślałam. Bo mogą, ale jest w tym jakieś ryzyko, o którym wtedy nie wiedziałam.
I to rozróżnienie, które Stokrotunia opisuje, czy to przyszło samo przez refleksję, czy jest coś, co ci pomogło to zauważyć? Bo ja próbuję coś podobnego robić przy kartach i nie zawsze mi to wychodzi.
To jest proste, ale skuteczne. Mam jedno pytanie do całej grupy, bo jestem trochę z boku tej rozmowy. Mówicie dużo o tym, co dzieje się przed ciągnięciem. Ale co z miejscem? Czy macie jakiś konkretny kąt, miejsce w domu, gdzie to robicie? Bo wydaje mi się, że w izolacji przestrzeń też robi różnicę.
Przy tarocie robiłam dokładnie to, co Mieszko opisuje, i to działało. Ale mam wrażenie, że przy runach może to być trochę inne, bo runa to jednak konkretny przedmiot, który dotykasz, trzymasz. Czy to nie powoduje, że ta przestrzeń jest jakby bardziej w ciele niż w miejscu?
Słucham i mam wrażenie, że ta rozmowa trochę odeszła od pierwotnego pytania. Stokrotunia pytała o izolację i towarzystwo. A teraz rozmawiamy o przestrzeni i metodach. Czy nie warto wrócić do tego, czy w ogóle da się być w prawdziwym towarzystwie czegoś, co jest kamieniem lub drewnem? Bo to jest fundamentalne pytanie.
To jest bardzo uczciwe pytanie i właściwie dotykasz czegoś, czego unikałyśmy przez całą tę rozmowę. Bo jeśli w izolacji i tak obracasz się we własnych myślach, a runa tylko to wzmacnia i skupia, to może w pewnym momencie potrzebujesz nie lustra, tylko okna. I tu wracam do pytania, od którego to wszystko się zaczęło: czy runy mogą być towarzystwem? Może nie mogą, bo towarzystwo to coś, co przynosi coś spoza ciebie. A runa, jak mówi Niedziela, oddaje ci ciebie.
